Witamy w Piekle. Rozdział 7 - Przepowiednia
Minęła godzina od starcia z kolosem. Drużyna poruszała się powoli, ale bez przerwy. Dobrą wiadomością było to, że Kosa nie narzekał na tempo.
Podczas tej godziny zostali zaatakowani aż trzy razy. Każdy z ataków był podobny – sfora cienistych wilków. W przeciwieństwie do poprzedniego przeciwnika one nie stanowiły żadnego zagrożenia, Entiri i Elathe mogli sobie odsapnąć, a reszta się wykazać.
Poza tym przeszły przez nich aż dwie fale rzeczywistości, które dobitnie potwierdziły działanie talizmanów stabilizujących.
– Zdają się być nieregularne… pierwsza pojawiła się siedem i pół minuty po skończonej walce, druga dwadzieścia osiem minut i siedemnaście sekund później – rzucił Vertis, sprawdzając zegarek kieszonkowy.
– Zdecydowanie trzeba nam więcej danych… jakiego miejsca właściwie szukamy? – zapytała Tirri.
– Tak naprawdę to żadnego. Przeprowadzamy rekonesans i szukamy schematów – odpowiedział Kosa.
– Fakt, znalezienie dobrego miejsca pod bazę w świecie, który co chwila zmienia teren, zdecydowanie wykracza poza nasze kompetencje – mruknął Marruk.
– Przynajmniej dalej mamy bimber – rzucił zadowolony Kargan, znów pociągając z piersiówki.
– Zachowujesz się jak stary alkus – odcięła się Elathe.
– Dla krasnoluda to nie obraza, to dziedzictwo kulturowe – odparł krasnolud.
***
Pierwszą ważną rzecz zauważyli dopiero po trzech godzinach.
Robili akurat postój w ogromnym lesie liściastym, woda w czajniku grzała się nad podgrzewaczem chemicznym, a cała drużyna jadła equliańskie racje żywnościowe, które – wbrew pozorom – były naprawdę smaczne.
– Są stabilne… – powiedział zamyślony Kosa.
– Znowu myślisz na głos… i niby co w tym porąbanym świecie jest stabilne? – zapytał Vertis.
– Motywy terenu są stabilne… przynajmniej tak mi się wydaje.
– Czej, zgubiłem się, wyjaśnij – powiedział Marruk, odkładając miskę z curry.
– Godzinę temu weszliśmy do tego lasu i w międzyczasie przeszły przez niego aż dwie fale. Na początku w tej części lasu rosły tylko brzozy i orzechy włoskie. Po pierwszej były to topole i dęby, a teraz mamy tu buki, leszczynę i mogę przysiąc, że gdzieś mi mignął mallorn – wyjaśnił Kosa.
– Nie rozumiem, do czego… – zaczął mówić Kargan.
– Drzewa się zmieniły, prawda, ale ogólna zasada została: wszystko to drzewa liściaste – przerwał mu Vertis.
– Innymi słowy – niezależnie od liczby zmian dominuje ten sam motyw. W tym przypadku las liściasty. Jeśli uda nam się to potwierdzić, to znacznie ułatwi sprawę – zauważyła Tirri.
– Z tego, co powiedział Bryant, stabilizatory potrzebują normalnego zasilania oraz energii z tego świata, żeby działać – powiedział zamyślony Kosa.
– To pierwsze to nie problem. Natomiast druga sprawa… drzewa wystarczą? – rzucił Kargan.
– Trzeba by je ścinać i przetwarzać na energię. Dużo zachodu, ale lepsze to niż nic – odpowiedział Vertis.
– Nikt nie powiedział, że nie możemy mieć kilku baz. Jednak główny obóz chciałbym założyć gdzieś, gdzie pozyskiwanie tutejszej energii będzie prostsze – rzucił Kosa.
– Masz jakiś pomysł? – zapytała Elathe.
– Jeśli znajdziemy miejsce, gdzie co i rusz uderzają pioruny, to będzie jak znalazł – odpowiedział lekko.
– I chcesz szukać takiego miejsca na piechotę? Jesteś poważny? – zapytał Marruk, starając się nie roześmiać.
– Nie jestem poważny i dobrze o tym wiesz. I zdecydowanie nie chce mi się dalej łazić po tym terenie… – zaczął Kosa.
– Dlatego bazę wypadową założymy tutaj – przerwał mu Vertis.
– Ściągniemy sprzęt do wycinki lasu i badawczy, przedzwonimy do Endorian, żeby przysłali tu ST Akasze… słowem: weźmiemy się do roboty – dorzuciła Elathe.
– Czyli ustalone, pora na Transport Tycoon Equlian Base – rzuciła wesoło Tirri, otwierając portal do Kantarii.
***
Po powrocie Kosa trafił od razu do medyka. Żeby go poskładać, użyli dość brutalnej metodyki – telekinezą wyrwali żebro z płuca, wstawili na miejsce i rzucili potężne zaklęcie lecznicze.
To Equlis, liczy się efektywność.
Całość zajęła około piętnastu minut. Kosa był zażenowany prostotą tej metody. Medyk wyjaśnił mu, że gdyby spróbował to zrobić sam na polu bitwy, to prawdopodobnie by się ukatrupił. Dlatego to, co zrobili z Elathe podczas bitwy, było bardzo dobrym rozwiązaniem.
Reszta drużyny nie czekała biernie.
Kargan wraz z Marrukiem przeszli się po karczmach, żeby zebrać większą ekipę ekspedycyjną. Od czasu wydarzeń w karczmie wędrowców wieści zdążyły się rozejść, więc ochotników było aż nadto.
Tirri udała się do Varissy, żeby poinformować naukowców o tym, co się stało. Pomagała w przygotowywaniu sprzętu na wyprawę.
Elathe i Vertis mieli zdecydowanie najcięższe zadanie – przekonanie premiera Fellana Roena, że rząd Equlis powinien udzielić wsparcia i zrobić z tego oficjalną sprawę, było trudne, ale po usłyszeniu o molochu skapitulował.
Od tej pory działania w tamtym świecie były oficjalne, więc ekspedycja dostała rządowe finansowanie, a świat – oficjalną nazwę: Dysmeria.
***
Po wyjściu od medyka Entiri od razu otworzył sobie portal. Miejsce, do którego chciał się udać, było raczej daleko od głównych sieci komunikacyjnych, więc była to najszybsza metoda.
Znalazł się w gęstym lesie, jakieś trzydzieści kilometrów od Kantarii. Z tego miejsca musiał przejść kawałek, ale po około pięciu minutach znalazł to, czego szukał.
Duża, drewniana chata z ogrodem w środku gęstwiny. Budynek nie wyglądał najlepiej: zakurzone i zabrudzone szyby, pajęczyny pomiędzy słupkami balustrady na werandzie oraz deski, które widziały już lepsze czasy. Całość wydawała się być opuszczona od dawna.
Były to jednak tylko pozory.
Entiri pewnie ruszył przed siebie, wszedł po skrzypiących schodkach i stanął przed drzwiami. Chciał zapukać, ale drzwi uchyliły się, zanim to zrobił. Kosa westchnął z zażenowania.
Pchnął drzwi, wszedł do środka i zdjął buty. Następnie ubrał kapcie stojące przy drzwiach.
Wnętrze prezentowało się całkowicie inaczej — jasno oświetlone, z czystą i wypolerowaną podłogą. Ściany również były czyste, choć pozbawione ozdobników. Ruszył w prawo i pchnął kolejne drzwi.
Salon był ładnie urządzony. Kamienny, obecnie wygaszony kominek obiecywał ciepło domowego ogniska; kremowa kanapa, która pomimo wieku wyglądała jak nowa; rzeźbiony, drewniany stół i cztery krzesła z tego samego kompletu, a pod ścianą regał z przyborami wróżebnymi, kartami tarota, magicznymi księgami oraz wszelkim badziewiem potrzebnym do voodoo.
Przy stole, z kubkiem herbaty w dłoniach, siedział Rayeth. Chudy, ciemnoskóry mężczyzna o fioletowych oczach, wyglądający na okolice czterdziestki. W rzeczywistości był znacznie starszy.
Nosił się raczej na modłę lat dwudziestych dwudziestego wieku. Z tego, co wiedział Kosa, facet pochodził z okolic Nowego Orleanu, chociaż z nim nigdy nic nie było pewne.
No i oczywiście nieodłączny, wysoki cylinder spoczywający na głowie oraz laska oparta o stolik.
– Kto to mnie dzisiaj odwiedził, siadaj.
– Cześć, Rayeth, wybacz, że bez zapowiedzi, nie mogłem czekać do czwartku – rzucił Kosa, zajmując krzesło naprzeciw mężczyzny.
– Czyli ważny interes, słucham.
– Nie wierzę, że to mówię, ale potrzebuję przepowiedni.
– Hu hu hu… ty? Przepowiedni? Wiesz, jak to się skończy?
– Wiem i o to właśnie chodzi.
Rayeth był zdecydowanie dziwną osobą. Założyciel Karczmy Wędrowców i magik na pół etatu. W rzeczywistości Kosa podejrzewał, że był swego rodzaju demonem pragnień lub innym tego typu dziadostwem. Pracował w swojej karczmie tylko i wyłącznie w czwartki, a przez resztę tygodnia siedział raczej w tej chacie.
Nie wiedzieć skąd, w ręce Rayetha pojawiła się talia kart tarota, którą zaczął szybko i intensywnie tasować. Z racji bycia kimś w rodzaju karcianego mistrza to, co stało się po chwili, zaszokowało i jego, i Entiriego.
Rayethowi omsknęła się ręka i wszystkie karty poleciały na podłogę. Siedzieli przez chwilę w milczeniu, bo coś takiego nigdy się jeszcze nie zdarzyło. Rayeth już chciał zbierać karty, ale zatrzymał się w połowie. Entiri wstał, żeby mu pomóc, ale zatrzymał się, kiedy zobaczył karty.
Prawie wszystkie były odwrócone rewersem do góry… oprócz sześciu. Rayeth powoli i z czułością zebrał karty, wycierając każdą z nich chusteczką, którą wyjął z kieszeni. Sześć odwróconych kart położył na stole, resztę odłożył na półkę.
– Patrząc po tym, nawet nie chcę wiedzieć, w co się wpakowałeś, Kosa. Karty też nie są zbyt przychylne – powiedział Rayeth.
Na stole leżały: głupiec, księżyc, rydwan, wieża i dwie kopie śmierci.
– W talii tarota nie ma duplikatów, ta druga jest z innej talii i nawet nie wiem, skąd wzięła się w tej. Dodatkowo fakt, że po prostu mi wypadły, powoduje, że nie mam pojęcia, w jakiej kolejności powinny być – kontynuował wróżbita.
– Dasz radę coś z tego poskładać? – dopytał Kosa.
Rayeth przesunął rękę tuż nad kartę głupca i wszedł w trans.
– Ktoś nowy zaczyna swą przygodę… początek jednak nie będzie zbyt bajkowy.
Przesunął rękę dalej, nad kartę wieży.
– Katastrofa, upadek. Będziecie walczyć, ale przegracie, jest to nieuniknione. Za mało sił i środków, za dużo zbyt silnych przeciwności.
Kolejna była karta księżyca.
– Tajemnica. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Za każdą akcją podąża reakcja. Geneza skryta w cieniu i księżycowym blasku.
Następna była śmierć.
– Twą podróż zakończy cięcie. Nic więcej i nic mniej. Nie będzie w nim patosu, poświęcenia, nadziei. Nic z tych rzeczy. Jego drogę wytyczy zielona błyskawica lśniąca o zachodzie.
Dalej był rydwan.
– Wspólny wysiłek przeprowadzi was przez trudności. Wartości opuszczone, by później je odzyskać i znów stracić. Widzę przepychankę prowadzącą do sukcesu. Jednak tylko wtedy, kiedy uda wam się utrzymać tempo.
I w końcu ostatnia karta — śmierć z innej talii.
– Śmierć. Zginąć, by zachować, zabić, by odzyskać.
Przesunął rękę dalej — nie było tam żadnej karty, tylko pustka.
– Nie ma karty, która potrafi opisać chaos tego, co cię czeka. Ale to nie pierwszy raz… prawda?
Na tym przepowiednia się zakończyła. Rayeth wyszedł z transu.
– Słuchaj… biorąc pod uwagę tę przepowiednię, mam prośbę: myśl na głos. Twoje interpretacje moich przepowiedni zawsze są pouczające… i osobiście uważam je za zabawne – rzucił Rayeth.
Usłyszeli gwizd czajnika, a następnie pikanie mikrofalówki — najwyraźniej wstawił to tuż przed przyjściem Kosy. Rayeth zniknął za drzwiami i po chwili wrócił z kubkiem kawy z mlekiem i miską popcornu. Kawa wylądowała przed Kosą, a wróżbita zaczął zajadać się prażoną kukurydzą, patrząc na Entiriego jak na pierwszorzędnego komika.
Niezrażony sytuacją Kosa zaczął intensywnie przetwarzać informacje, popijając kawę.
– Głupiec jest prosty. Ktoś nowy, bez złych nawyków. Nikt o zdrowych zmysłach nie zabrałby na taką wyprawę świerzaka, więc pewnie ktoś pojawi się w Dysmerii przez przypadek. Będzie trzeba rozłożyć skrytki z potrzebnym sprzętem, żeby kotek nie zdechł.
Upił łyk kawy, wyjął z torby czarny notes i długopis. Zaczął notować swoje spostrzeżenia.
– Nie znamy kolejności wydarzeń, więc poprzekręcam trochę. Wieża i rydwan… innymi słowy, skupiamy się na szlakach zaopatrzenia i budujemy się na porażkę. Sprzęt, budowle, szlaki zaopatrzeniowe – to wszystko może iść w diabły. Plan ewakuacji musi być solidny. Nie zostawiamy nikogo w tyle.
Kolejny łyk kawy.
– Co prawda w tarocie śmierć oznacza raczej zmianę… ale ty wróżyłeś, więc lepiej wezmę to dosłownie. Pierwsza śmierć… „zielona błyskawica” – takie są tam naturalne, a i nie zamierzam ściągać więcej, bo było to dość trudne. Nie widziałem tam też za bardzo chmur burzowych, więc gdzieś musi być miejsce, gdzie błyskawice biją często i naturalnie – idealne miejsce na bazę. Główną bazę budujemy raczej jak twierdzę, ale z łatwą ewakuacją. Dodatkowo tam padnę, więc gdzie indziej mogę szlajać się, jak chcę. Przydatna wiadomość.
Zrobił krótką przerwę, zbierał myśli.
– Księżyc… pojawianie się fal rzeczywistości jest dziwne, trzeba zbadać temat. Co do drugiej śmierci, nie mam pomysłów, wymyślę coś później.
– Jak siebie kocham, Kosa, ty jesteś szalony. Znam tylko kilku takich krejzoli, co to potrafią przepowiednię o nagłym zgonie zinterpretować jak listę zakupów. Może jeszcze mi powiesz, że mam dostarczyć trzydziestometrowy przedłużacz? – Rayeth ledwo powstrzymywał śmiech.
– Za krótki, co najmniej czterdzieści metrów.
Tego wróżbita nie wytrzymał – wybuchnął szczerym, serdecznym śmiechem, spadając przy tym z krzesła. Tarzał się po podłodze ze śmiechu przez bite pięć minut.
Kosa w tym czasie dalej robił notatki i zapisywał kolejne pomysły. Jako że śmiech bywa zaraźliwy, to chichotał pod nosem.
Rayeth otarł łzy i usiadł na krześle.
– To, huh… to masz teraz plan… tak?
– Raczej ogólne założenia z kilkoma szczegółami. Całość zamyka się w „nie bądź głupi – nie daj się zabić”. Dzięki twojej przepowiedni będzie to znacznie prostsze. – odparł lekko Entiri.
– W takim razie nie będę cię zatrzymywał. Wpadnij, jak znowu będziesz potrzebować pomocy.
Entiri wstał, dopił kawę i skierował się do wyjścia.
– Dzięki za pomoc… i za kawę, do następnego. – rzucił na odchodne.
***
Kiedy Entiri dotarł na plac przed centralą portali w Kantarii, wyprawa była w trakcie organizowania. Skrzynki z zaopatrzeniem pakowano na ciężarówki, na plac ściągano ciężki sprzęt do wycinki oraz ciężarówki z generatorami, endoriańskimi konstruktorami oraz stabilizatorami rzeczywistości. Powoli zaczynało to wyglądać jak pełnoprawna wyprawa kolonizacyjna.
Praktycznie od razu do Kosy podbiegł Bryant z plikiem dokumentów, które wyglądały na oficjalne.
– Herr Kosa… – zaczął Bryant, ale Kosa natychmiast mu przerwał.
– Zanim zaczniesz, możesz mi powiedzieć, o co chodzi z tym placem? Ciężarówki? Od czego są torby podprzestrzenne?
– Ja, ja, wiem, to nieefektywne, ale uczestnicy zrobili głosowanie i stwierdzili, że chcą zrobić ekspedycję „jak należy”, zamiast polegać na torbach i magazynach podprzestrzennych. – odpowiedział szybko Bryant.
– Skaranie boskie z nimi. Jeszcze jakieś głupie pomysły, o których powinienem wiedzieć?
– Operacja dostała status oficjalnej, świat nazwali Dysmeria, a z rozkazu premiera mianowali cię dowódcą.
Głośny plask przeciął powietrze. Kosa walnął się otwartą ręką w czoło.
– To nie wyjdzie, byłem u Rayetha po przepowiednię.
– Zrobiłeś co? Ehh… lepiej załatwię ci dobrego zastępcę. A co do głupich pomysłów… normalny jesteś, że z takimi obrażeniami nie wracasz do Equlis od razu po walce? – rzucił Bryant oskarżycielskim tonem.
– Ta, żeby potem przy wyjściu z portalu znowu oberwać, bo wpadliśmy w zasadzkę. Wspaniały plan.
Tym razem Bryant strzelił facepalma.
– Nieważne, masz – powiedział, podając mu plik dokumentów. – To dokumenty dotyczące wyprawy. Ekspedycja jest oficjalna, więc mamy też papierologię.
Entiri wziął od niego dokumenty i zaczął je przeglądać. List z zapasami, oficjalne procedury ewakuacyjne i eksploracyjne, listy członków i aprowizacyjne oraz oczekiwania względem ekspedycji. Dodatkowo kartka z wielkim napisem „Postępuj zgodnie z procedurami, Entiri”.
Kosa wybrał z pliku dokumenty dotyczące członków wyprawy oraz aprowizacji. Resztę spopielił wyczarowanym płomieniem.
Bryant nawet nie drgnął na ten widok – nie był to pierwszy raz, kiedy Kosa robił coś takiego.
– No tak, nie powinni wybierać cię na dowódcę. Skoro olewasz procedury… czy ja oraz kilku naukowców z Instytutu Technologicznego i Magi-Techu możemy dołączyć do wyprawy? Premier zakazał…
– Jeśli premier chce mieć coś do powiedzenia, musi sam dowodzić wyprawą. Zbieraj swoich, jesteś dowódcą części badawczej tej ekspedycji.
Bryant szybko zasalutował, po czym odszedł zbierać zainteresowanych.
Entiri przysiadł na ławce nieopodal i zaczął przeglądać listę członków. Szybko doszedł do wniosku, że ekspedycja będzie zabawna. Owszem, było tam kilku świeższych obieżysferów, ale zdecydowana większość to stara gwardia.
A tam, gdzie weterani, tam komedia zamiast powagi… i bardzo dobrze. Śmiech to zdrowie.
Po kolejnych dwóch godzinach wszystko było gotowe. Portal został otwarty na placu, a jeden ze zwiadowców wyjrzał na zewnątrz.
Po drugiej stronie czekała duża, przestronna polana. Idealna pod obóz.
Dwadzieścia pięć ciężarówek ruszyło do przodu. Bez wzniosłej przemowy, bez patosu.
Prosto w nieznane.
Komentarze
Prześlij komentarz