Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę
Poprzednim razem zakładanie bazy było absolutnym koszmarem.
Tym razem zmieniły się trzy rzeczy.
Po pierwsze: organizacją obozu od samego początku zajmował się Ress. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu.
Po drugie: każdy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to wyprawa wojskowa. Nie ma miejsca na fuszerkę.
Po trzecie: ostatnim razem większość nawet nie znała zagrożenia. Kilka cienistych bestii to nie problem.
A potem dostali wpierdol i musieli wracać do Equlis z podkulonymi ogonami.
Dlatego zakładanie bazy szło pełną parą.
Od razu po przybyciu na miejsce ustawiono stabilizator oraz kolektor piorunów do zasilania. Kiedy pole stabilizujące było w pełni sprawne, zaczęło się wznoszenie murów.
Nie byli pewni, kiedy nastąpi kolejny atak cieni, dlatego Entiri zebrał magów i wzięli się do roboty.
Ress ustalił konkretny plan. Na początek mur o grubości trzech metrów i wysokości dziesięciu, na planie koła wokół głównego stabilizatora. Całość miała mieć średnicę czterystu metrów.
Taki obszar powinien spokojnie pomieścić wszystko, czego potrzebują na tym poziomie rozwoju.
Magowie byli bardzo niezadowoleni, bo to oznaczało, że muszą wznieść ponad kilometr muru z litej skały.
Na swoje nieszczęście nie mieli nic do gadania.
– Do roboty, bando leniwych jełopów. To ekspedycja wojskowa, a nie wycieczka krajoznawcza! Jak wam się skończy mana, to mamy kilka skrzynek eliksirów do zużycia! – krzyknął Entiri, wznosząc pierwszy segment.
Z tą logiką nikt nie mógł się kłócić, dlatego wzięli się do roboty. Podobnie postąpił każdy obieżysfer, który wie co nieco na temat magii ziemi i nie ma nic do roboty.
***
Jeśli chodzi zaś o wnętrze bazy, to tutaj praca szła bez marudzenia. Ress prawdopodobnie rozrysował sobie wszystko jeszcze w Equlis, przed zobaczeniem terenu, na którym będzie pracować.
Odśnieżanie, wycinanie nielicznych drzew, wyrównywanie terenu – większość zajmowała się właśnie takimi zadaniami. Były jednak dwa wyjątki.
Kucharz rozstawił tymczasową kuchnię polową, żeby zaopatrywać pracujących w gorące napoje.
Ekipa naukowa zaś rozstawiła tymczasowe laboratorium. Po poprzedniej wizycie wiedzieli doskonale, jakich danych potrzebują oraz jakie przyrządy pomiarowe muszą zabrać, żeby je otrzymać.
Każdy członek ekspedycji pogrążył się w pracy, zapominając o reszcie świata.
Pierwszy problem pojawił się sześć godzin później…
***
Razem z magami Entiri kończył właśnie stawianie kolejnego segmentu muru. Mieli zrobioną już jedną czwartą, więc w tym tempie skończą całość za osiemnaście godzin. To była bardzo dobra wiadomość.
Co prawda nie musieli się spieszyć – mur wokół bazy już stał – ale był cieniutki, zaledwie pół metra grubości i sześć metrów wysokości.
Ustawili go na szybko, żeby podczas nagłego ataku mieć cokolwiek. Teraz powoli i dokładnie pogrubiali i podwyższali ściany do żądanych rozmiarów.
Entiri usłyszał trzask komunikatora.
– Kosa wzywany do centrum obozu. Mamy mały… problem – usłyszał głos brygadzisty.
Magowie, pracujący nieprzerwanie od sześciu godzin i jadący tylko na eliksirach many, spojrzeli na Entiriego z nadzieją w oczach.
Widząc ich spojrzenia, Kosa westchnął głęboko.
– Ehh… dobra, zróbcie sobie godzinę przerwy – powiedział, po czym skierował się do centrum obozu.
Oby to było coś ważnego.
***
W drodze do centrum rozglądał się po okolicy. Tymczasowa kuchnia pracowała pełną parą, a tymczasowe baraki były bliskie ukończenia.
Właśnie, „tymczasowe”. Większość zabudowy, którą właśnie stawiali, była niezbędnym minimum i zostanie rozebrana, kiedy ściągną tutaj mecha konstrukcyjnego i inne tego typu maszynki.
Dopiero wtedy pojawi się tutaj porządna zabudowa ze zbrojonego betonu i nie tylko.
Kiedy dotarł do centrum obozu, zobaczył tam ekspres do kawy stojący na dębowym stoliku, a obok jakiś śmieszek wbił flagę ONZ.
Na tym etapie się tego spodziewał, więc nie zdziwiło go to aż tak bardzo.
Ale dlaczego akurat ta flaga?
Nie zamierzał się nad tym zastanawiać. Niedaleko stabilizatora rozstawili ramę portalową, konsolę sterującą, a wszystko podpięli do generatora, który cicho szumiał nieopodal.
– Dobra, to po co mnie ściągacie? – zapytał stojącego obok konsoli Brexa.
– Sam zobacz.
Brex nacisnął przycisk na konsoli. Po chwili po ramie przeszły iskry, a jej wnętrze rozświetliło się błękitem. Portal powoli się otwierał.
Już na tym etapie Kosa wiedział, że coś jest nie tak. Przejście otwierało się zbyt wolno.
Po chwili alarm konsoli zawył, a na ekranie pojawiło się kilka migających na czerwono okienek z kodami błędów.
Na poły otwarty tunel zaczął się powoli chwiać i wyginać, zupełnie jakby gwałtowne fale nawiedziły spokojną dotąd taflę oceanu.
Następnie tunel implodował, zapadając się w sobie, po czym nastąpiła niewielka eksplozja.
Była zbyt mała, żeby coś uszkodzić, jednak w tym wypadku to był chyba najgorszy znak.
Entiriego zatkało. Nie odezwał się ani słowem i podszedł do konsoli. Przez kolejne dwie minuty czytał komunikaty o błędach, co i rusz zerkając to na ramę portalową, to na stabilizator rzeczywistości, który stał obok.
– Kurwa, jak? – odezwał się w końcu.
– No właśnie nie mamy pojęcia. To dziwna sytuacja, bo przecież portale otwieraliśmy normalnie – odparł Brex.
– Zbiorę naukowców i spróbujemy to obejść. Jeśli nie jesteśmy w stanie otworzyć portalu, to nie mamy jak się stąd wydostać.
Entiri ruszył szybkim krokiem w kierunku namiotu badawczego, kiedy Brex złapał go za ramię.
– Nie dramatyzuj. Od czego mamy protokoły? Jeśli nie skontaktujemy się z Equlis dwanaście godzin od zamknięcia portalu, sami go otworzą, żeby złapać kontakt. Pamiętasz, prawda?
Entiri uśmiechnął się do Brexa jak ostatni debil.
– Nie mów… – Brex nie dowierzał.
– Jeśli chodzi o nasze procedury i protokoły, to będę rżnął głupa – odezwał się radośnie Entiri.
Plask!
Brex uderzył się otwartą dłonią w czoło.
– W takim razie poczekamy – Entiri zerknął na zegarek – jakieś sześć godzin. Daj znać, jak będziemy mieli kontakt – powiedział lekko, odchodząc w stronę muru.
Brex stał tak przy konsoli przez kolejne kilka chwil.
– Jakim cudem on jest jednym z najlepszych obieżysferów – powiedział pod nosem, po czym wrócił do pracy.
***
Sześć godzin później połowa muru była już umocniona. Entiri był zadowolony z efektów, a zwiad powietrzny nie wykrył żadnych zagrożeń. Dlatego dał magom wolne do końca doby.
Właśnie zmierzał do kuchni polowej, kiedy wezwali go do namiotu dowodzenia. Postanowił iść tam od razu, bo czas, jaki mieli na kontakt z Equlis, minął jakieś pół godziny temu.
Zgadywał, że chodzi o kontakt.
Kiedy wszedł do namiotu, zobaczył Brexa i Vertisa siedzących przy biurku, na którym stał laptop.
– Prześlijcie mi log, zaraz sprawdzę, o co dokładnie chodzi – usłyszał głos Bryanta.
Prawdopodobnie chodzi o ramę portalową.
– Już wys… – zaczął Vertis, ale Entiri mu przerwał.
– To nie będzie konieczne. Bryant, ty jesteś autorem oprogramowania ram. Ile kodów błędów zaprogramowałeś dla niestabilnej przestrzeni? – rzucił szybko.
– E? Osiemdziesiąt sześć… ile z nich wystąpiło? – zapytał zdziwiony naukowiec.
– Tak – odparł krótko Entiri.
– Moment, Kosa… przecież wyskoczyło kilka… – Vertis próbował się kłócić, ale Entiri znowu mu przerwał.
– Bo próbowaliście tylko kilka razy. Jestem pewien, że prędzej czy później wyskoczyłyby wszystkie zaprogramowane pokemony.
– Niby dlaczego? – zapytał Brex.
– Rama stoi tuż przy stabilizatorze! Dodatkowo nie możemy też otworzyć portalu magią. To nie awaria – odparł Entiri.
– WAS?! – Bryant krzyknął, po czym usłyszeli łoskot krzesła uderzającego o podłogę.
– To, co słyszałeś, uszy się myje, a nie trzepie o wannę.
W namiocie zapanowała cisza, którą po chwili przerwał Brex.
– Bezpiecznie będzie założyć, że z jakiegoś powodu nie możemy otwierać portali z Dysmerii. Zapasów starczy nam na kolejne cztery doby. Do tego czasu musicie zorganizować kolejny konwój albo wymyślić rozwiązanie.
Entiri pokiwał głową, po czym dodał:
– Przekaż temu cieciowi, który będzie dowodził konwojem, że musi być gotowy na wyjątkowo paskudne powitanie.
– Natürlich… połączenia będziemy nawiązywać co sześć godzin… może częściej, żeby sprawdzać kolejne rozwiązania, ale ta sprawa jest wyjątkowo dziwna. Trzymajcie się tam!
Po chwili sygnał się urwał.
– Nie możemy otworzyć portalu żadnymi znanymi nam metodami, kiedy stabilizator przestrzeni stoi obok. Ciekawe, jak zareagują equliańscy uczeni – rzucił cicho Vertis.
– Popłaczą się. Wiesz, jak delikatna i czuła jest nasza społeczność akademicka – odparł Kosa.
– Tylko jakim cudem udało nam się otwierać portale do tej pory? – powiedział Brex, kiwając głową.
Entiri wzruszył ramionami.
– Coś czuję, że wkrótce się dowiemy. Idę zjeść obiad, prześpię się trochę i wracam do pracy nad murami – powiedział, kierując się do wyjścia z namiotu.
– Myślałem, że chcesz to skończyć jak najszybciej – rzucił Vertis.
– Zejdź ze mnie. Pracuję praktycznie bez przerw od dwunastu godzin – odparł Entiri, wychodząc na zewnątrz.
***
Zgodnie z zapowiedziami Bryanta Equlis otwierało portal na Dysmerię co sześć godzin, czasem nawet częściej. Za każdym razem wychodzili z nowym pomysłem rozwiązania problemu portalu.
Za każdym razem pomysł zawodził.
Powodowało to ogromne niezadowolenie członków equliańskiego środowiska naukowego.
Zupełnie jakby niemożność otwarcia portalu tam, gdzie go chcieli, była ogromną skazą na honorze.
Sama sytuacja cieszyła Entiriego – obserwowanie bezsilności naukowców było dla niego dziwnie satysfakcjonujące.
Przez kolejne dwa dni udało im się zrobić w obozie wszystko, co Ress sobie zaplanował na ten etap. Ukończyli mur i zaczęli badać motywy terenu dookoła, więc zwiadowcy mieli co robić.
Niestety reszcie członków ekspedycji powoli zaczynało się nudzić z braku zajęć. Zaczynali wpadać na coraz to głupsze pomysły.
Dlatego wszyscy z radością zareagowali na informację o tym, że Endoranie skończyli przerabiać mecha, a Equlis wysyła go razem z konwojem tego samego dnia.
Był jednak tyci, maleńki problemik.
Entiri wraz z Ressem i Brexem był właśnie w namiocie dowodzenia, kiedy Bryant nawiązał kontakt.
– Portal otworzył się tym razem sto pięćdziesiąt kilometrów od was – usłyszeli z głośnika głos Bryanta.
Głośne plaśnięcie rozległo się w namiocie, kiedy zebrani naraz uderzyli się otwartą dłonią w czoło.
– Orzeszku włoski, aż chce mi się zrobić coś strasznego – rzucił Brex pod nosem.
– Uprzedzam, że również w tym wypadku dynamit nie jest rozwiązaniem – odparł Entiri, masując skronie.
– Co? – Brex spojrzał zdziwiony na Entiriego.
– A, nie wiesz… dobra, to nie było tematu.
– Wygląda to tak, jakby lokalizacje portali nie były ustalone, tylko losowe. Pomysły? – zapytał Ress.
Po tym pytaniu zapadła cisza. Każdy zastanawiał się nad rozwiązaniem problemu.
Ciszę przerwał Entiri, kiedy zaczął myśleć na głos.
– Normalnie taka sytuacja nie byłaby problemem. Wystarczyłoby zrobić zwiad powietrzny, żeby ustalić najlepszą trasę…
– Tutaj zaraz po zwiadzie przejdzie fala i musielibyśmy robić to od nowa. Albo na bieżąco mapować teren i często zmieniać drogę – dokończył za niego Brex.
– Nie wspominając już o bandzie cieni przy wejściu… nawet nie wiemy jak ani dlaczego się pojawiają – rzucił Ress, przeglądając notatki.
– Może poczekamy, aż miejsce portalu się zmieni, i spróbujemy, kiedy otworzy się bliżej? – zapytał Bryant.
– Moglibyśmy chwilę zaczekać. Mamy zapasów na dwa dni, a jakby pogrzebać w torbach przechowania, to pewnie będzie żywności na kolejny tydzień – odparł Entiri.
– Jednak to dość niebezpieczne. Możliwe, że kolejny portal w bliskiej odległości od bazy już się nie zdarzy. To jak z loterią. Przydałoby się znaleźć rozwiązanie, które gwarantuje wynik – skontrował Brex.
W tym czasie Ress zaczął nanosić poprawki na plan bazy, przy okazji intensywnie coś licząc.
– Zwiad lotniczy… – zaczął Entiri, ale Ress mu przerwał.
– Zbiorę magów i wybudujemy lotnisko – rzucił, wychodząc z namiotu.
Usłyszeli łupnięcie, kiedy Bryant uderzył głową w stół.
– No przecież! Zaraz zapakujemy wszystko do samolotów towarowych i…
– Nie sądzę, żebyśmy mieli możliwości, aby otworzyć portal, przez który spokojnie przeleci taki samolot. Te zwiadowcze ledwo dały radę – powiedział Brex, przerywając Bryantowi i sprowadzając go na ziemię.
– Większą ramą tego nie rozwiążemy. To zajęłoby za dużo czasu – rzucił Entiri.
– Ja… Potrzebujemy takiego szpenia, co to na otwieraniu portali zjadł zęby.
Kolejna chwila ciszy. Każdy zastanawiał się nad tym, czy mają kogoś takiego.
– HERMES! – krzyknęli nagle.
– To będzie drogie, bo ten taryfiarz nie przyjmuje wojskowych zleceń… – zaczął Brex, ale Bryant mu przerwał.
– To rządowa operacja. Equlis płaci.
– Czyli ustalone, mamy plan. Pamiętajcie, żeby wziąć eskortę, bo są cienie, które potrafią latać. Dodatkowo mam jeszcze jeden pomysł. Bryant, dopytaj Endoran, czy byliby w stanie zamontować fabrykator i konstruktor do śmigłowca. To ułatwiłoby robotę – podsumował Entiri.
– Doskonały pomysł, mein Freund. Skoro mamy wszystko ustalone, to biorę się do roboty. Nie powinno zająć to więcej niż sześć godzin.
– Do tego czasu musimy skończyć lotnisko. Idę pomóc Ressowi – rzucił Entiri, wychodząc z namiotu.
Komentarze
Prześlij komentarz