Witamy w Piekle. Rozdział 11 - Umysł Kalibrowy
Biegł przez las… znowu. Sceneria wydawała się bardzo znajoma.
Zaraz… poznaję te drzewa. Czy to nie przypadkiem teraz?
Uniknął cięcia z góry i pobiegł do przodu.
Tak, to teraz… cholera, znowu koszmar.
W biegu ścisnął płatki nosa i próbował wciągnąć przez nie powietrze. Udało się, choć nie powinno.
Świadomy sen, to daje kilka ciekawych możliwości.
Zatrzymał się i spojrzał do tyłu. Zobaczył przed sobą wysoką postać spowitą w mroku. W jej dłoni gładko leżała złowieszcza kosa.
– Proszę, proszę, takie coś to tylko matka może kochać.
Podszedł bliżej, żeby się przyjrzeć. Kosiarz ciął zamaszyście swym orężem. Entiri próbował zatrzymać kosę siłą woli, w końcu to świadomy sen.
Ostrze kosy wbiło mu się w klatkę piersiową.
– Co jest, kurwa!? – zachrypiał zszokowany, po czym zaczął dławić się własną krwią.
Huk!
Świat snu rozsypał się niczym domek z kart, kiedy Entiri uderzył plecami o zimną, metalową podłogę transportowca.
– Mówiłem, żebyś uważał z tym parkowaniem! – usłyszał krzyk z zewnątrz.
– Czy ja się nie mogę chociaż raz obudzić normalnie? – rzucił pod nosem.
Wstał z podłogi z trudem, opierając się o miękkie siedzisko ławki, z której właśnie się stoczył. Był osłabiony, mięśnie dawały mu w kość, bo zapomniał dorzucić zaklęcie regeneracyjne podczas walki. Całość dopełniał palący ból klatki piersiowej.
Nie wiedział, kiedy zasnął. Ostatnią rzeczą, którą pamiętał, było położenie się na ławce transportowca, kiedy po niego przyjechali. Wyszedł powolnym krokiem z pojazdu.
Tuż obok, na składanym siedzeniu, siedział Kasor, czytając książkę. Tytuł zapisany złotymi literami głosił: „Kroniki Obieżysferów: Wojna o Equlis”.
– Ile spałem? I co to za poruszenie? – zapytał zaspanym tonem Kosa.
– Jakieś sześć godzin. Jedna z grup wróciła z rekonesansu i podczas parkowania szturchnęła twoje miejsce spoczynku.
– Słyszę, że próbujesz mówić jak człowiek, a jednocześnie brzmisz jak poeta… co jest?
– Kwiecisty język spowalnia komunikację. Vertis mi to wyjaśnił. Podczas akcji mam mówić zwięźle.
– Będę musiał mu za to pogratulować.
– Vincent jest zajęty, więc posadzili mnie obok wejścia, żebym zdał raport, jak się obudzisz.
– Świetnie, dawaj. Co nowego?
– Z pięciu grup zwiadowczych wróciły dwie… i każda przywiozła ze sobą zdjęcia. Nie jestem w stanie tego poprawnie opisać. A poza tym… mamy dwóch martwych.
– Co się stało?
– Nie wiem. Zasnęli i już się nie obudzili. Nieśmiertelniki zadziałały poprawnie i zostały wysłane do centrum odnowy biologicznej.
Kosa pokiwał ponuro głową. Miał w głowie kilka teorii, ale chciał się upewnić.
Ale na początek kawa… i jakieś jedzonko, bo nawet śniadania nie skończył.
***
W międzyczasie kucharze łaskawie przestali kłócić się o gulasz i faktycznie coś ugotowali. Kosa mógł więc w spokoju zjeść posiłek i zabrać na wynos półlitrowy kubek porządnej, mocnej kawy. Narada została już zwołana, czekali tylko na niego.
W namiocie dowodzenia panował harmider spowodowany informacjami, które przywieźli ze sobą zwiadowcy. To jednak musiało chwilę poczekać. Entiri chciał się najpierw zająć sprawami administracyjnymi.
Po wejściu do namiotu postawił kubek na stole i uciszył wszystkich gestem. Następnie podłączył się do sieci informacyjnej obozu.
– Uwaga wszyscy, mówi Entiri. W związku z ostatnim atakiem kolosa, wzmożoną aktywnością tego cienistego gówna oraz śmiercią dwóch naszych we śnie oficjalnie zmieniam status ekspedycji z badawczej na wojskową. Do roboty, bando leniwych jełopów!
Rozłączył się i od razu napotkał pytające spojrzenia wszystkich zgromadzonych.
– Rozumiem, że sytuacja jest nieciekawa, ale żeby aż tak? – zapytał poddenerwowany Brex.
– Nie o to chodzi. Smokowce bijące się o namiot, kucharze kłócący się o gulasz… to rozprasza i działa na nerwy. Rozumiem śmieszkowanie, ale bez przesady – rzucił spokojnie Entiri.
Usiadł przy stole, napił się kawy, a jego wzrok spoczął na drobnym, niepozornym zwiadowcy, który pomimo braku statusu dowódcy był na naradzie. Perfekcyjnie wyprasowane ubrania, bez ani jednej plamki, pomimo roboty w zwiadzie, równo ułożona fryzura — wszystko w perfekcyjnym porządku. Dzieciak był nie do pomylenia.
Kosa był z tego faktu bardzo zadowolony. Właśnie ten szczyl był mu teraz potrzebny.
– Ress… tak cię nazywają… dobrze pamiętam, że masz Fixa?
Młody wyprężył się i zasalutował.
– Tak, dowódco. Lekarz określił to jako „umysł kalibrowy”.
– Świetnie, bo tak się składa, że potrzebuję kogoś do planowania obozu i przyszłych baz. Nadasz się do tego idealnie – powiedział stanowczo Kosa.
Przez salę przeszedł pomruk zadowolenia. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza.
– Czyli… mam przestać brać leki… tak? – zapytał niepewnie, ale z ekscytacją.
– Chcę mieć rozrysowany plan obozu jak najszybciej, więc tak.
Ress zasalutował i wybiegł z namiotu z wypiekami na twarzy.
– Dobra, to jedziemy dalej. Brex, co tam odkryłeś na swoim zwiadzie i jakimi zdjęciami się wszyscy zachwycają? – rzucił stanowczo Kosa.
Brex bez słowa rzucił Entiriemu kilka z nich. Przedstawiały dosłowną krawędź tego czegoś, na którego powierzchni byli. Po kolejnych zdjęciach wnosił, że fotograf wychylił się za krawędź i robił zdjęcia w dół. Widać było na nich masę barw, niczym zorzę polarną.
– Nagranie? – zapytał Kosa szybko, podekscytowany.
Po chwili odpalili je na laptopie. Masa ciągle zmieniających się barw, dominowały błękity i biele.
– Cholera… ale to przecież… – zaczął Kosa.
– Dokładnie, wygląda jak granica wymiaru. – potwierdził Brex.
– Nic dziwnego, że napęd ST Akaszy wywalił błąd. Będzie trzeba zrobić dodatkowe testy i, jeśli się nie mylę, to całość będzie ogromnym bólem w dupie. Ehh… masz coś jeszcze?
Brex wyjął z sejfu przezroczysty kamyk wielkości kasztana. Wyglądał trochę jak kwarc, jednak pod światło połyskiwał jak opal.
– Znaleźliśmy całe złoże tego, jakieś pięć kilometrów od obozu. Niby nic nadzwyczajnego, ale ile razy fala rzeczywistości by nie przeszła, te kamyki dalej pozostają niezmienne. – odpowiedział Brex.
Entiri wstał od stołu jak poparzony. Krzesło rąbnęło o ziemię.
– Wysłałeś do Equlis z notką, że mają przeprowadzić pełne badania, prawda? – wyrzucił z siebie Kosa.
Brex pokiwał głową.
– Będę musiał tam zdecydowanie pojechać, żeby to obejrzeć. Trzeba też zagonić astrologów do pracy, zrobić kilka testów… kupa roboty. Cieszę się, że zwaliłem planowanie obozu na kogoś innego. – rzucił Entiri podekscytowany.
– To jaki jest plan? – zapytał wchodzący do namiotu Vincent.
– Prosty, zgarnę motocykl i pojadę to obejrzeć. Wy jak na razie zróbcie sobie wolne, bo jak Ress wejdzie w Fix, to wywróci obóz do góry nogami, a wy macie mu w tym pomóc. – odpowiedział Kosa.
– Dobra, a co z dwoma zgonami w obozie? Przeprowadzić śledztwo? – rzucił ktoś z boku.
– Nie, jak wrócą z centrum odnowy biologicznej, to sami powiedzą nam, co ich zabiło. – To powiedziawszy, Entiri wyszedł z namiotu.
***
Jazda motocyklem zdecydowanie ma w sobie coś innego. A zwłaszcza wtedy, kiedy jedziesz przez opuszczone miasto lub przestrzeń nietkniętą przez cywilizację.
Tak właśnie było w tym wypadku.
Najpierw las, który po ostatniej fali zgęstniał i stał się bukowy, potem zielona łąka, w którą zmieniła się kamienna pustynia, na której walczył z kolosem.
Wojskowy ścigacz, na którym jechał, wyposażono w opony bezpowietrzne oraz czułą kamerę sprzężoną z komputerem pokładowym. Przez to na szybce jego kasku były wyświetlane wszelkie obiekty, które mogłyby być dla niego potencjalnie niebezpieczne.
Dzięki temu systemowi wczesnego ostrzegania mógł bez nerwów pędzić z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.
Po spokojnej godzince nieprzerwanej jazdy musiał się zatrzymać. Trafił bowiem na przepaść. Grunt nagle się urywał i ustępował miejsca pustce. Podszedł do krawędzi i spojrzał w dal.
Nic. Widział tylko to brzydkie, zachmurzone niebo.
Wyjął lornetkę z plecaka i spojrzał w dół.
Ocean ciągle zmieniających się barwnych kształtów w kolorach bieli i błękitu, mieniących się niczym zorza polarna.
– Tak, to zdecydowanie granica wymiaru, nie mam pojęcia, jak daleko od nas jest… Teraz zrobi się trudniej.
Wyjął z torby kilka porządnych kotwic, po czym wbił je głęboko w ziemię. Kiedy był pewien, że nigdzie się nie ruszą, położył między nimi talizman stabilizujący. Tak na wszelki wypadek.
Następnie przywiązał do kotwic linkę z przędzy arachnidów. Była cienka i o wiele wytrzymalsza od stali, a do tego bardzo delikatna i aksamitna.
Założył rękawice, podczepił linkę pod pas i zaczął powoli spuszczać się w dół przepaści. Ściana zaczęła się powoli od niego oddalać – wyraźny znak zakrzywienia terenu. Dodatkowo pod wysepką, z której się spuszczał, dalej widział zorzę.
Przyłożył lornetkę do oczu i zaczął obserwację. Lornetka była połączona z kamerą, więc wszystko się nagrywało.
Barwy granicy wymiarów zdecydowanie były hipnotyzujące, wisiał i patrzył tak na nią przez bite piętnaście minut.
Jednak w końcu otrząsnął się, odsunął lornetkę i spojrzał w górę. Po chwili musiał spuścić wzrok. Wielka kula światła. Nie miał nad sobą chmur, więc raziło w oczy.
Znowu lornetka, tym razem rozejrzał się dookoła. Obserwował otoczenie dokładnie. Wszędzie widział albo blask kuli, albo tańczące barwy granicy wymiarów.
Zobaczył to. Jakiś ciemny kształt majaczył na tle granicy. Był za daleko, żeby go rozpoznać, ale uznał, że musi wrócić na górę i dojść w końcu do jakichś wniosków.
Wspiął się na linę, pochował oprzyrządowanie i usiadł na ziemi, opierając się plecami o motocykl.
– Dobra, podsumujmy… mamy granicę wymiarów, dziwne źródło światła… i z tego, co się orientuję, jesteśmy na wysepce okrążającej to niby słońce. Czyli to nie grawitacja. To siła odśrodkowa. Pojebany układ. – rzucił pod nosem.
Wsiadł na motocykl, założył kask i odpalił silnik.
– Czas wracać do obozu.
***
Kiedy wrócił do obozu, zastał tam kompletny chaos. Namioty były zwijane i przestawiane w zasadne miejsca. Kuchnia polowa perfekcyjnie uporządkowana i działająca pełną parą. Kilku Obieżysferów na czele z kwatermistrzem przeglądało zapasy i robiło spis.
W samym środku obozu, tuż obok brytyjskiej flagi, ekspresu do kawy i słonia w barwach francuskich, który ochoczo zajadał się arbuzami, stał Ress z notatnikiem.
Kosa zaparkował w miejscu do tego wyznaczonym, pilnując, żeby zaparkować równo, bo z gościem, który ma Fixa, nie ma żartów, i zaczepił przechodzącego obok Vincenta.
– Co jest, myślałem, że zejdzie sześć godzin, zanim leki przestaną działać.
– Wziął niwelujące. Fix wszedł na pełnej. Robi porządki. – odparł Vincent.
Entiri nie zamierzał kryć swojego zadowolenia. Cholernie się cieszył, że nie musi zarządzać tym burdelem. Z uśmiechem na ustach podszedł do Ressa.
– Słyszałem, że wziąłeś leki niwelujące. Jak się czujesz?
– Jak się czuję? Nie czułem się tak dobrze od wieków! Namioty były przekrzywione o dwanaście stopni na północ względem portalu i stały o pięć milimetrów za daleko od siebie. Wieża strażnicza stoi w złym miejscu i jej zabezpieczenia przeciwwiatrowe są o dwadzieścia pięć centymetrów za nisko, będzie źle, jak przyjdzie wichura. Dodatkowo brakuje kilku rzeczy w spisie zapasów, słoń ma niezbilansowaną dietę, a ty masz przekrzywiony karwasz. Świat jest cudowny, tyle rzeczy do naprawienia! – Ress wypluwał z siebie słowa jak z karabinu.
Słysząc to, Entiri poprawił karwasz.
– Dziękuję – rzucił Ress.
– A jak nastroje w obozie?
– Nienawidzą mnie, ale w pełni rozumieją sytuację. Najważniejsze, że wykonują polecenia co do joty i bez marudzenia. – rzucił rezolutnie Ress.
– Widzę, że jesteś w pełni pogodzony ze swoim Fixem.
– Obieżysferzy nauczyli mnie, że to nie zaburzenie, tylko przewaga taktyczna. Od tamtej pory cieszę się, kiedy mogę ją wykorzystać. Jak ta operacja się skończy i znowu zacznę brać leki, to – nie oszukujmy się – będę się czuł jak totalne gówno przynajmniej przez trzy miesiące. Ale Fix nie jest czymś, co jest przydatne na co dzień, szczególnie przy zwiadzie… masz ochotę poprawić każdy kamień – rzucił z miną szaleńca.
– Jestem w stanie to sobie wyobrazić… rozkazy? – zapytał Kosa.
– Zrób porządek ze swoim namiotem, przestaw go w wyznaczone miejsce… stoi kapkę krzywo. Poza tym ja zajmuję się zarządzaniem obozem, żebyś ty, jako dowódca, mógł zająć się ważniejszymi kwestiami. Tak to rozumiem i tego się trzymajmy.
Entiri kiwnął głową i ruszył do swojego namiotu.
***
Zebranie gratów i przestawienie namiotu do wyznaczonego miejsca jest zadaniem, które zajmuje dużo czasu.
Chyba że masz dostęp do torby podprzestrzennej, materializatora i dematerializatora. Wtedy wystarczą dwa kliknięcia. Jednym zwijasz namiot do torby, drugim rozwijasz.
Tak było w przypadku Entiriego, zajęło mu to parę sekund i mógł wrócić do ważniejszych zadań.
Jednak bardzo szybko pojawił się inny problem.
Od czego właściwie zacząć?
Zdecydowanie nie chodziło o to, że nie było co robić. Wręcz przeciwnie: polowe badania, zwiad, pozyskiwanie materiałów, szukanie miejsca na kolejną bazę, analiza materiałów z krawędzi…
Zadań było na tyle dużo, że nie wiedział, w co ma właściwie włożyć ręce.
Dlatego też zahaczył o kuchnię polową. Jeśli zajmie umysł czymś innym, może wpadnie na jakiś pomysł.
Poza tym miał ochotę na coś słodkiego i liczył na to, że obieżysferskim zwyczajem stała tam lodówka wypełniona szklankami z galaretką.
***
Kuchnia polowa dla odmiany była uporządkowana: przyprawy poukładane kolorami, wszystko ustawione od linijki, a przybory kuchenne umyte na błysk.
Entiri po raz kolejny cieszył się z tego, że ktoś z umysłem kalibrowym pilnuje obozu.
Niedaleko kuchni stały cztery lodówki, każda wyposażona w moduł stazy czasowej, co by jedzonko się nie psuło. Jedna większa, po brzegi wypchana tacami z jedzeniem.
Pozostałe trzy miały w sobie kolejno galaretkę, budyń i kisiel, ładnie posegregowane kolorami.
Morale to podstawa i nic nie podnosi ich tak, jak dostęp do lodówki pełnej ulubionego deseru.
Brakowało tylko zamrażarki z lodami.
Kosa chwycił za szklankę budyniu czekoladowego i przysiadł przy stoliku. Dzięki stazie w lodówce budyń był gorący, zupełnie tak, jakby był świeżo zrobiony.
I tak oto dowódca poważnej, wojskowej ekspedycji Obieżysferów wesoło ciamkał budyń, rozważając przy okazji opcje.
Dobra, ułóżmy to priorytetowo. Najważniejsze jest zrozumienie sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Czyli intensywne zwiady oraz obserwacje terenu połączone z badaniami. Drugie na liście jest zadbanie o defensywę obozu i szukanie miejsc pod bazy główne oraz wypadowe. Obóz jest fajny… na razie. Problem się zacznie, jak lokalne dziwactwa zaczną nas atakować. To miejsce kiepsko nadaje się do obrony na dłuższą metę.
Cholera, ten budyń jest naprawdę dobry. Jakiego kakao użyli?
Wracając, nie można też zapomnieć o ustawieniu posterunków wydobywczych. Ten nowy surowiec może okazać się niezbędny.
I jest jeszcze problem ST Akaszy – ściągnięcie jej tutaj naprawdę ułatwiłoby wiele rzeczy.
I już widać dno szklanki… dobra, wezmę jeszcze jeden.
Odstawił pustą szklankę na odpowiednie miejsce, po czym wziął kolejny budyń. Tym razem waniliowy, i wrócił do stolika.
Znam ten smak. Wanilia ściągnięta z Kartosenu. Bardzo dobry wybór… na czym to ja?
A tak… ST Akasza… zaraz… czy ona faktycznie jest tu potrzebna?
Ściągnięcie mniejszego statku wyposażonego w konstruktor i fabrykator będzie o niebo prostsze niż kombinowanie z wielkim transportowcem.
Tak, to brzmi jak plan. Zajmę się tym.
Jak tylko skończę budyń.
Komentarze
Prześlij komentarz