Witamy w Piekle. Rozdział 14 - Moduł
Tuż po wyjściu z klubu Entiri wyjął telefon i wysłał wiadomość do Veliry.
Velira: Powoli, dopiero dotarłam i będę miała sporo roboty.
Kosa: Wiem, gdzie jest Moduł. Skoczę do niego. Jak skończysz, spotkamy się w barze „12 Volt”.
Velira odpowiedziała kciukiem w górę.
Skoro tę sprawę miał za sobą, otworzył na karwaszu mapę stacji, którą potajemnie zeskanował podczas pobytu u Madame. Obliczenie współrzędnych do otwarcia portalu zajęło chwilkę, ale nie był to problem. Miał czas.
Kiedy skończył, otworzył portal prowadzący w pobliżu głównej siedziby gangu Moduła. Bezmyślnie zrobił to na środku ulicy, więc pobliscy przechodnie od razu wyciągnęli broń. Imperium sporo płaciło za Obieżysfera.
Zorientował się w swojej głupocie i szybko przeskoczył przez portal, zamykając go za sobą.
***
Z łoskotem uderzył o ziemię. Najwyraźniej pomylił się w obliczeniach wysokości, bo wyszedł z portalu w alejce dwa metry nad ziemią.
W takich momentach fajnie byłoby być kotołakiem. Koty spadają na cztery łapy. Następnym razem zrezygnuję z bycia człowiekiem, wbrew przyzwyczajeniom… ciekawe, jak bym wyglądał z ogonem i kocimi uszkami.
Wstał z ziemi i otrzepał się. Od razu zauważył kilka zmian.
Po pierwsze, powietrze nie śmierdziało tu gnijącymi resztkami i tanim alkoholem. Po drugie, było tu wyraźnie czyściej.
Zdjął z pleców karabinek i ostrożnie wyjrzał z alejki. Lampy uliczne świeciły jasno, dając idealny obraz sytuacji. Ulice były pozamiatane i nie było tu ani jednego zakurzonego samochodu.
Już samo to było bardzo dobrym znakiem.
Zawiesił karabin na plecach i zaczął powoli przechadzać się ulicą, obserwując zmiany. Terytorium gangu Moduła nie było zbyt duże, a on chciał na własne oczy zobaczyć sytuację, dlatego wybrał miejsce tuż przy granicy jego wpływów.
Kierował się do głównej siedziby i powoli zaczynał mieć pełniejszy obraz.
A potem, po kolejnym skrzyżowaniu, na ulicach zaczęli pojawiać się przechodnie.
Różnica była diametralna. W porównaniu do wychudzonych, brudnych ludzi w poszarpanych łachmanach, których widział w drodze do klubu, ci wyglądali o wiele lepiej. Owszem, żaden z nich nie wyglądał na w pełni najedzonego, ale przynajmniej byli czyści, a ich ubrania sprawiały wrażenie solidnych. Pozszywane równiutko z różnych rodzajów tkanin i w różnych kolorach, wyglądały jednak finezyjnie i ekscentrycznie – zupełnie jakby ubrania w jednakowym kroju i kolorze wyszły z mody.
Kolejną rzeczą, która rzuciła mu się w oczy, była grupka chłopaków w porządnych ubraniach roboczych, szytych najpewniej z grubego materiału. Byli właśnie w trakcie rozbierania jednego z samochodów na części pierwsze. Pracowali sprawnie, starając się jednocześnie nie uszkodzić żadnej części – zupełnie jakby każdy element pojazdu był na wagę złota.
Najbardziej zdziwiła go jednak ekipa budowlana, która właśnie kończyła rozbierać jeden z pobliskich budynków.
Moduł chyba szykuje się na jakąś grubszą reformę.
Na całe szczęście nikt nie zwracał na niego uwagi – każdy był zajęty swoimi sprawami.
***
Po kilku kolejnych minutach dotarł do centrum terytorium i stanął przed trzypiętrowym budynkiem z ogromnym muralem na kompozytowych ścianach. Malunek przedstawiał białe skrzydło na niebieskim tle – dość uniwersalny symbol wolności.
Straży nie było; prawdopodobnie każdy w budynku potrafił obronić się sam. Otworzył drzwi i pewnie wszedł do środka.
Wnętrze wyglądało dość zwyczajnie, jak na Arenis. Podłoga pokryta była jakimś tworzywem sztucznym, które trudno było ubrudzić. Żadnych dywanów, metalowe i plastikowe meble oraz kilka terminali w ścianach. Tuż przed wejściem do windy stało solidne, metalowe biurko, które spokojnie mogło robić za osłonę w przypadku strzelaniny.
Za biurkiem siedziała starsza, siwowłosa recepcjonistka, zajęta pracą przy komputerze.
Entiri odchrząknął, żeby zwrócić na siebie uwagę, po czym usiadł przy biurku.
– Dobra, mam sprawę do Moduła.
– Szef jest obecnie zajęty. Proszę podać imię i numer ID, poinformuję go o wizycie.
– Entiri. Nie mam ID, jestem Obieżysferem.
– Mhm, rozumiem, bez num… – urwała w pół zdania, a jej twarz pobladła, gdy dotarła do niej waga usłyszanej informacji.
– Spokojnie, nie przyszedłem tu nikogo zabić… jeszcze – dodał żartobliwie.
Recepcjonistce jednak zdecydowanie nie było do śmiechu. Natychmiast wysłała zawiadomienie do Moduła poprzez wewnętrzną sieć komunikacyjną, pytając, czy ma wzywać oddziały straży z terenu.
Po chwili dostała prostą odpowiedź: „Wpuść go.”
Po tym pobladła jeszcze bardziej, choć wydawało się to niemożliwe.
Wcisnęła przycisk na biurku, a drzwi do windy się otworzyły.
– Szef czeka na trzecim piętrze – powiedziała, maskując zaniepokojenie w głosie.
Kosa uśmiechnął się, skinął głową w podziękowaniu i wszedł do windy.
A raczej – do jej braku.
Szyb windy był pusty. Była tylko metalowa kładka prowadząca do przeciwległej ściany, z wspawaną obok drabiną prowadzącą na górę.
No tak. W slumsach energia to też waluta. Muszą oszczędzać.
***
Wspiął się na trzecie piętro. Drzwi były już otwarte. Pokój urządzono dość schludnie. Po materacu z kołdrą i poduszką, leżącym na podłodze pod ścianą, Entiri wywnioskował, że Moduł spał właśnie w tym pomieszczeniu.
Łóżko w biurze. Znak zapracowanego przywódcy.
Moduł siedział przy biurku i intensywnie rysował na tablecie graficznym. Kiedy tylko zobaczył Entiriego, wstał, podszedł do niego i od razu zamknął go w niedźwiedzim uścisku.
Moduł był bowiem postawnym facetem w wieku dwudziestu jeden lat – jeżeli Entiri dobrze liczył.
Człowiek pełen sprzeczności. Barczysty, o łagodnych rysach twarzy, złotym sercu i ciężkiej ręce. Wśród swoich rozwiązywał spory słowem, a ci, którzy grozili jego ludziom, nie mieli świetlanej przyszłości.
– Kosa, miło cię widzieć! – Moduł pisnął jak mała dziewczynka ciesząca się z nowej lalki.
– Spokojnie, wielkoludzie, bo mnie uszkodzisz – odparł rozbawiony Kosa.
Moduł puścił go i odsunął się kawałek, chcąc bliżej przyjrzeć się przyjacielowi.
– Słowo daję, sześć lat, a ty nic się nie zmieniłeś – rzucił z lekkim zdziwieniem.
– Nie mogę tego powiedzieć o tobie. Gdzie się podział ten wychudzony trzynastoletni szczyl, którego uratowałem od handlarza niewolników?
– Niestety, jak chcesz przetrwać w slumsach, to albo inwestujesz we wszczepy i dobrą broń, albo w siłę. Kalistenika jest darmowa.
– Prawda. To co tam słychać? Możesz zacząć od momentu, kiedy zostawiłem cię na Proteusie – rzucił Kosa, siadając przy biurku.
– Nie ma za bardzo czego opowiadać. Kilka zleceń typowo najemniczych, trochę handlowałem, czasem też przemyt… w pewnym momencie miałem własny statek.
– Przyjemnie. Własny okręt to zawsze dobra rzecz.
– I był. Przez pierwsze pół roku. A później na nowo rozgorzała wojna z Golerami, więc Imperium po cichu zabierało i uzbrajało każdą jednostkę, jaką mogło. Zawitałem na stację, żeby uzupełnić prowiant i…
– Gwizdnęli ci statek i wpakowali do slumsów – dokończył za niego Entiri.
Moduł pokiwał głową, sięgnął do szafki biurka i wyjął plastikową butelkę po wodzie, wypełnioną czarną cieczą, oraz dwa kubki. Napełnił je i schował butelkę.
Entiri sięgnął po jeden z kubków i powąchał.
Kawopodobne. W tych warunkach pewnie jakaś lura. Ale jak się nie ma, co się lubi…
Upił łyk. Nie było aż tak złe w smaku – głównie dlatego, że ogromna ilość dodanego słodzika kompletnie zabiła smak kawy. Bez tej słodyczy prawdopodobnie byłoby to niepijalne.
Moduł pił spokojnie, zupełnie jakby już się przyzwyczaił.
Nie. Tak być nie będzie. Muszę bronić honoru dobrej kawy.
Chwila grzebania w karwaszu i na stole zmaterializowały się: kuchenka turystyczna z butlą gazową, butelka wody, czajnik, dzbanek, filtr do kawy, mleko, cukier i paczka porządnej kawy.
Moduł patrzył na Entiriego z wdzięcznością. Podczas wspólnie spędzonego czasu nieraz widział ten zestaw i brakowało mu smaku kawy z Equlis — do tego stopnia, że łzy zaczęły zbierać się w kącikach jego oczu.
– Opowiadaj dalej, to chwilę zajmie – rzucił Entiri.
– A tak, przepraszam. Wracając… pierwsze dwa lata na stacji były niezłe. Zebrałem kilku przyjaciół, poprawiałem swoją sytuację, znowu handlowałem. A potem towary dostarczane do slumsów zaczęły drożeć, a płaca za pracę wykonywaną tutaj malała. Aż zostaliśmy sami.
– Wtedy powstały pierwsze gangi, jeśli dobrze rozumiem.
– Tak. Patrząc na to, jak niszczą wszystko dookoła tylko po to, żeby trochę poprawić swoją sytuację, coś we mnie pękło. Doszła też świadomość, że marnują surowce i niedługo po prostu zdechniemy z głodu albo zabije nas jakaś zaraza. Więc założyłem własny gang.
– Nie próbowałeś kupić biletu na prom, który zabrałby cię byle dalej stąd? – zapytał zdziwiony Entiri.
– Razem ze statkiem skasowali mi dokumenty i opróżnili konto – odparł zażenowany Moduł.
Po chwili czajnik zagwizdał. Entiri zaparzył kawę, rozlał ją do dwóch kamionkowych kubków wyjętych z torby, dolał mleka, dosypał cukru i podsunął jeden Modułowi.
Przez kilka chwil obaj delektowali się smakiem i aromatem porządnej kawy, której zdobycie na stacji było praktycznie niemożliwe. Ciszę przerwał Entiri.
– To co teraz planujesz?
– Jak uratowałeś mnie z niewoli, zrozumiałem, że wszelkie zmiany odgórne chuja dają, bo w Imperium niewolnictwo jest nielegalne. Jakiekolwiek zmiany muszą zajść oddolnie i to właśnie robię. Powoli i spokojnie wzniesiemy nowy front, który zapewni ludziom na stacji…
– Oj, Moduł, nie pierdol – przerwał mu krótko Entiri. – Takie ckliwe gadanie na mnie nie działa i wiem, że próbujesz migać się od długu. Chociaż doceniam próbę i twój talent aktorski.
– Tak… zdążyłem zapomnieć, że wolność to dla ciebie codzienność i że sobie na nią zapracowałeś – odpowiedział z uśmiechem.
– Nad czym teraz pracujesz? Konkrety, bez tego populistycznego chrzanu. Może mogę pomóc.
– Ale… co? – Moduł był wyraźnie zdziwiony.
– Proszę cię. Jakbym chciał ściągać od ciebie dług, to nie dawałbym ci dobrej kawy. Oszczędź mi tych zdziwionych spojrzeń.
– Tak, jasne, wybacz. Rozebraliśmy kilkanaście aut i z baterii zrobiliśmy bank energii, kilka budynków poszło na części pod wzniesione grządki, a zakład krawiecki robi, co może, żebyśmy nie wyglądali jak ostatnie gówno.
– Właśnie zauważyłem drabinę zamiast windy, a jednak wszystkie światła na ulicach się świecą… czyli jak, oszczędzacie czy nie?
– Już dawno nie dostarczają energii do slumsów poza światłami ulicznymi, wentylacją, pompami wody i kanalizacją. Podkradamy energię ze świateł, ale nie mamy sposobu na robienie tego wydajnie, bo każda fluktuacja na wykresach powoduje pacyfikację rejonu, w którym wystąpiła. Zbyt niskie zużycie oznacza, że dobieramy się do własności stacji. Za wysokie – że kradniemy prąd – wyjaśnił Moduł.
– Rozumiem, z tym raczej nie pomogę… wzniesione grządki… ciężko o glebę na stacji. O nasionach nie wspomnę.
– Mamy trzy kompostowniki, ale tak – nie ma ani gleby, ani nasion.
Entiri zaczął intensywnie przeglądać coś na swoim karwaszu. Odezwał się po chwili.
– Dobra, chodźmy na dół. Pokażesz mi miejsce, w którym mogę to zrzucić.
– Czekaj… co dokładnie?
– Ziemię ogrodniczą. Mam trochę w torbie.
– Co kurwa?!
– Zabawne, nawet nie wiem, skąd się wzięła.
Moduł nawet nie dopytywał. Bez słowa zszedł po drabinie i zaprowadził Entiriego na pusty plac naprzeciw ratusza. Kosa zakładał, że wcześniej stał tam jakiś budynek.
Entiri zdjął z ramienia torbę z materializatorem i postawił ją na betonie. Kilka kliknięć na karwaszu i wiązka zaczęła powoli usypywać kopczyk ziemi na środku placyku.
– Fajne… ile to potrwa? – zapytał Moduł.
– Jakąś godzinkę. To w końcu dwie tony.
– Nawet nie będę próbował zrozumieć, skąd w twojej torbie przechowania dwie tony ziemi ogrodniczej.
– To nie jest najdziwniejsza rzecz, którą tam trzymam. Jak skończy, zajmiemy się nasionami. Mogę mieć rozwiązanie.
Usiedli na krawężniku, czekając, aż proces się zakończy.
***
Po niecałej godzinie, kiedy z torby wysypywały się już ostatki, podbiegł do nich jeden z gangsterów. W rękach niósł metalowe pudło.
– Szefie! Złapaliśmy go!
– Najwyższy czas! Dajcie go do samicy i rzućcie im tamtego cyngla – Moduł wyraźnie się ucieszył.
Gangus odbiegł z pudłem. Entiri odezwał się po chwili.
– O co chodziło?
– Jakiś rok temu był sabotaż na stacji. Ktoś wpuścił do kanalizacji kilka berumiańskich szczurów olbrzymich. Potrafią być większe od kota, żyją w każdych warunkach, są w stanie strawić nawet metal i rozmnażają się jak wściekłe. Niedawno złapaliśmy samicę, brakowało tylko samca, żeby zacząć hodowlę.
– A cyngiel?
– Niezależny zbir, który myślał, że może obrabować kogoś pod moją ochroną. Szczury będą zadowolone.
Entiri pokiwał głową z uznaniem.
– W takich warunkach mięso to mięso. Znam świetny przepis na szczura w sosie własnym.
Karwasz zapiszczał delikatnie, sygnalizując zakończenie zadania. Entiri wstał i zabrał torbę.
– Dobra, teraz roślinki – powiedział, wyjmując z torby worek strunowy z posegregowanymi nasionami, opisanymi naklejkami.
– To musi być jakaś mocna odmiana, skoro ma tu urosnąć.
– Sprowadzamy je z Magnolii. Specyficzny świat z zaawansowaną cywilizacją. Lata kombinowania genetycznego i udało im się stworzyć odmiany, które są w stanie rosnąć w ich paskudnym klimacie i wytrzymać suszę trwającą do pięciuset lat – Entiri podał Modułowi worek.
– Jakieś zastrzeżenia?
– To połączenie rdestowca z owocami i warzywami. W smaku są słabe, ale rosną jak wściekłe i praktycznie nie da się ich wyplenić. Odrosną z najmniejszego kawałka, więc jak wam się marcheweczka wkręci w wentylację, to zaraz będziecie mieli obrośniętą całą stację. Takie to cholerstwo inwazyjne.
Moduł spojrzał na worek z przerażeniem w oczach.
– Brzmi bardziej jak sabotaż niż pomoc, ale jestem wdzięczny. Skoro smakują słabo, to teraz tylko ogarnąć przyprawy… nie powinno to być trudne. Masz może na zbyciu jakąś książkę kucharską?
Entiri uśmiechnął się i wyjął z torby opasły tom najróżniejszych przepisów kulinarnych.
– Nie wiem, jak ci się odwdzięczę – rzucił Moduł, przyjmując tom.
– Och, to proste, wystarczy, że…
Głośne pikanie karwasza przerwało wypowiedź Entiriego. Spojrzał na ekran i dostrzegł wiadomość głosową od Brexa. Wcisnął play.
– Emm… Kosa? Czymkolwiek się zajmujesz, wracaj, bo mamy taki tyci, malutki problemik. Na tyle malutki, że zaraz zwiniemy obóz i wrócimy do Equlis, a Vertisa wskrzesiliśmy już trzy razy. Proszę, rusz dupę.
W głosie Brexa słychać było mieszankę gniewu, zażenowania i rezygnacji.
– …No nieźle – odezwał się Entiri po chwili.
Komentarze
Prześlij komentarz