Witamy w Piekle. Rozdział 15 - Odwrót
Nie minęła nawet minuta od kiedy Entiri otrzymał wiadomość, a już wyciągał z kieszeni telefon i wbijał numer.
– Hej, Staruś, jak idzie? – usłyszał w słuchawce głos Veliry.
– Nie najlepiej. Dostałem właśnie wiadomość od Brexa, że muszę być w obozie na wczoraj, bo są pod oblężeniem. Dlatego muszę się zwijać.
– W takim wypadku dobrze, że skończyłam ustawiać ten pożal się Boże gang. Skoro wybywasz, to idę z tobą i zahaczymy o Akaszę.
– Myślałem, że chcesz wziąć udział w rozróbie na Dysmerii – rzucił żartobliwie.
– Nie w tym stroju. Dodatkowo trochę się zmęczyłam i chcę odpocząć. Obieżysferzy umieją sobie radzić.
– Vertis zdechł trzy razy.
– Jak dojdzie do pięciu, to wpadnę wam pomóc. Podskoczysz do mnie? Wyślę ci namiary.
– Jasne, przyprowadzę przy okazji Moduła, żebyś mogła mu przekazać władzę nad gangiem.
– Dobry plan. – Rozłączyła się po tych słowach.
Entiri po chwili dostał współrzędne do portalu i od razu wysłał je na karwasz.
– Czyli dostanę kolejny gang do pomocy, miło. Chociaż liczyłem, że zostaniesz – odezwał się Moduł.
– Nope, bez szans. Za to chcę cię prosić o jedną rzecz. Oryginalnie chciałem pościągać długi ze Żmii i Kafara, ale muszę się obejść. Jest na stacji jakaś mała jednostka? – odparł Entiri.
– Trzeba by się włamać do komputera stacji. Mam szpenia, który zaraz to zrobi.
Moduł dał znak ręką do jednego ze strażników i kazał dać znać Śmigaczowi, że ten ma się włamać do komputera dokującego stacji i przesłać dane statków do Entiriego.
– Dlaczego właściwie przyleciałeś tu po statek? Obieżysferzy nie mają stoczni?
– Nie. Zawsze kończy się to katastrofą. A wszystkie stocznie, które nas obsługują, mają długi czas oczekiwania i budują za wolno.
– To może zajmiecie stację? Jest tu stocznia.
Entiri podrapał się po nosie i zaczął intensywnie myśleć nad tą propozycją, kierując się do ciemnej uliczki. Moduł szedł obok niego.
– Bez szans. Nie jesteśmy zdobywcami. Żaden obieżysfer na to nie pójdzie – odpowiedział po chwili.
– Szkoda, przydałaby nam się wasza pomoc…
– Ale jeżeli jakimś cudem, przez przypadek, większość ludności stacji zwróci się do obieżysferów z prośbą o pomoc… to sprawy staną się o wiele ciekawsze – powiedział Entiri z tajemniczym uśmiechem na twarzy.
– To co właściwie mam zrobić? – zapytał zdziwiony Moduł.
– Działaj tak dalej. Gdyby udało wam się przejąć kontrolę nad stacją i ogłosić niepodległość, to w oczach Equlis będziecie osobnym państwem, niezwiązanym z Imperium. Wtedy wyrażacie chęć nawiązania stosunków dyplomatyczno-handlowych z Equlis. I cyk – jesteście pod naszą ochroną.
– To brzmi prosto, ale będzie cholernie trudne.
– Ej, nie zostawię cię z tym samego. Dam cynk pewnym znajomym, którzy znają się na operowaniu brakiem surowców w takim klimacie. Nie zrobią tego za was, ale nauczą, jak tego dokonać i jak zrobić coś z niczego.
Entiri otworzył portal na ścianie zaułku.
– Pasuje? – zapytał.
– A mam inny wybór?
– Możesz odrzucić ofertę i sam się z tym męczyć – odparł Entiri, wchodząc w portal.
– Na tym etapie przyjmę każdą pomoc – odparł Moduł, idąc za nim.
***
Portal zaprowadził ich na sam środek brudnego, zaśmieconego placu. Gdzieniegdzie dało się też dostrzec ludzkie ciała.
Dookoła intensywnie biegali gangsterzy z zielonymi opaskami na ramionach. Każdy z nich był zbyt zajęty sprzątaniem placu, żeby zwrócić na nich uwagę.
Na fotelu ustawionym przed blokiem, który najlepsze lata miał już za sobą, siedziała Velira z nogą założoną na nogę i bawiła się pistoletem.
– Widzę, że świetnie się tutaj bawiłaś – rzucił Entiri, rozglądając się dookoła.
– Tak, ale już się skończyło. Zwijajmy się stąd. Chcę się umyć i wypić dobrą kawę, a tobie pewnie spieszy się do obozu – odparła Velira, wstając z fotela i przeciągając się jak kot.
Entiri wyświetlił mapę na karwaszu i pokazał ją Modułowi.
– Jesteśmy tutaj. Dasz radę wrócić na swój teren? – zapytał.
– Bez problemu. Jak z dowodzeniem? – Moduł pytająco spojrzał na Velirę.
Velira gestem przywołała jednego z gangsterów, a następnie wskazała na Moduła.
– Jak ja jestem pierwsza po Bogu, to on jest drugi, kapujesz? Wykonujecie jego polecenia co do joty i bez szemrania. Inaczej wrócę, a tego byście nie chcieli – rzuciła głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Oprych zasalutował jej bez słowa, po czym zasalutował Modułowi i wrócił do pracy.
Karwasz Entiriego wydał znajomy pisk. Dostał listę okrętów zadokowanych na stacji. Przejrzał ją na szybko.
– Nie ma żadnego, który spełnia wymagania… no nic, wymyślę coś innego. Skoro to mamy załatwione, możemy się zwijać – rzucił Entiri, otwierając portal.
– Najwyższy czas. Miło było poznać, Moduł – powiedziała Velira, wchodząc do tunelu.
– Papatki! – Entiri rezolutnie pomachał ręką, idąc z Velirą.
Portal zamknął się bezdźwięcznie, zostawiając Moduła w samym środku bazy gangsterów czekających na jego rozkazy.
– To co teraz, szefie? – zapytał jeden z oprychów.
– Doprowadzić to miejsce do porządku. Wszystkie śmieci i zwłoki usypcie w jednym miejscu i skołujcie sprawną ciężarówkę. Na moim terenie założyliśmy hodowlę szczurów i szkoda by było, gdyby to wszystko się zmarnowało – powiedział pewnie Moduł.
Odpowiedziało mu kilka salutów.
– Jak Boga kocham, nie wiem, które z tej dwójki jest bardziej przerażające. Entiri czy Velira – mruknął pod nosem.
***
Wyszli z portalu w korytarzu na statku, tuż obok kajuty Veliry.
– No, odstawiłem cię. Z oczywistych względów nie zostanę na dłużej. Mogę cię prosić o załatwienie formalności? – zapytał szybko.
– Nie przejmuj się tym i wracaj do obozu. Skoro się tak spieszysz, to musi być naprawdę źle.
– Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedział, otwierając portal do obozu na Dysmerii.
Kilka kliknięć na ekranie karwasza i na jego lewym ramieniu pojawiła się trójkątna tarcza z wyraźnie widocznymi runami na powierzchni. Przeszedł przez portal, zamykając go za sobą.
Velira nie zdążyła wejść do kajuty, kiedy podbiegł do niej jeden z załogantów.
– Pani kapitan, Oświecona kazała przekazać, że oczekuje raportu od razu po powrocie – powiedział, po czym natychmiast odbiegł.
– Ani chwili spokoju – mruknęła Velira, wchodząc do kajuty.
***
Nie zdążył się nawet rozejrzeć, kiedy przywitało go potężne uderzenie kolczastego ogona. Zdołał zasłonić się tarczą, a impet ciosu przesunął go po piasku, zostawiając na ziemi długie bruzdy. Mimo to nie stracił równowagi.
Poczuł ból w lewej ręce. Zignorował go i szybko rozejrzał się dookoła, chcąc ocenić sytuację.
Nie zdążył. Cień, który wcześniej smagnął go ogonem, rzucił się na niego ponownie.
Instynkt zadziałał, ale tym razem na niekorzyść Entiriego – przywalił oponentowi tarczą prosto w pysk.
Poczwara padła na ziemię ogłuszona, a ręka Kosy zaprotestowała przeciw tak brutalnemu traktowaniu, boląc jeszcze bardziej.
Tak, zdecydowanie pękła kość przedramienia. Dobrze, że jestem magiem.
Skierował energię do kości, by przyspieszyć regenerację. Jednocześnie wyjął sztylet i wbił go w czaszkę cienia, któremu zaczynała wracać przytomność.
Zadziałało. Przestał się ruszać.
Czyli standardowe metody znowu działają… to dużo ułatwi.
Upewnił się, że nic mu nie zagraża, po czym dokładnie rozejrzał się po obozie i ocenił sytuację. Wziął głęboki oddech. Poczuł dym i przelaną krew.
Obóz stał się polem bitwy.
Cieniste bestie różnych rozmiarów i kształtów – niektóre nawet człekokształtne – szlajały się po terenie, atakując obieżysferów i niszcząc sprzęt. Porozdzierane namioty, roztrzaskane skrzynie z zaopatrzeniem, zniszczone transportowce.
Wyglądało to żałośnie.
Obieżysferzy jednak nie dawali za wygraną. Odpierali atak bez przerwy. Vertis biegał po polu bitwy, prując ze swojego rewolweru i zmieniając bębenek, gdy tylko kończyła się amunicja. Brex machał toporem bojowym, kosząc wszystko na swojej drodze. Dwóch snajperów eliminowało cele z ostatniej stojącej wieży, a smokowce krążyły nad obozem, strącając każde latające paskudztwo, jakie się napatoczyło.
Nawet słoń pomagał w walce, depcząc mniejsze cienie.
Pośród tego wszystkiego stał Entiri, zadając sobie tylko jedno pytanie.
Kurwa, jak?! Zostawiłem was na cztery godziny!
Westchnął głęboko i wykonał gest ręką. Karty wyleciały z futerału i zatańczyły wokół niego, gdy przygotowywał zaklęcie. Po chwili uderzył otwartą dłonią w ziemię.
Przez pole bitwy przeszła fala białego światła, która miała zetrzeć w pył wszystkie cieniste bestie.
Z tym że zadziałało to słabo. Owszem, mniejsze i słabsze cienie zniknęły, ale masa większych pozostała.
I chyba im się to nie spodobało, bo zaczęły atakować jeszcze zacieklej.
Entiri po raz kolejny westchnął, wyraźnie rozczarowany.
Czyli nie ma łatwego rozwiązania.
Spojrzał w niebo, zastanawiając się, jakie decyzje życiowe doprowadziły go do tej sytuacji, po czym uśmiechnął się pod nosem.
Przynajmniej zadziałało na latające. No nic, pora brać się do roboty.
Przez pole bitwy przeszedł podmuch wiatru, który otoczył walczących Obieżysferów. Następnie każdego spowiła szara powłoka, by po chwili zniknąć.
Walczący poczuli się lepiej. Umysły pracowały szybciej, ciała reagowały sprawniej, a zmęczenie zelżało.
Każdy, kto znał Entiriego, znał też te dwa zaklęcia: pośpiech i tarczę w wersji masowej.
Ten zastrzyk sił i morali był kluczowy. Obieżysferzy zaczęli walczyć z nowym zapałem.
Sam Entiri też nie stał bezczynnie. Schował tarczę – nie będzie mu teraz potrzebna. Do prawej dłoni wziął swoją zaufaną berettę, a lewą dobył miecza. Rzucił się w wir walki.
Ciął cień z lewej.
Strzelił do bestii, która rzucała się na plecy Vertisa.
Przebił mieczem kolejnego. Znowu strzał.
Przemierzał pole bitwy niczym huragan, zbierając krwawe żniwo wszędzie, gdzie się pojawił.
***
Cała walka skończyła się po siedmiu minutach. Entiri rozproszył rzucone przez siebie zaklęcia i ciężko usiadł na ziemi. Nie zdążył nawet porządnie odpocząć po wcześniejszej walce z Kolosem, a już musiał rzucać się w sam środek kolejnej. Był wykończony.
Kiedy tak łapał oddech, podszedł do niego Brex i podał mu szklaną butelkę z zielonym płynem.
– Eliksir wzmacniający. Regeneruje też energię – powiedział krótko.
Entiri wziął od niego butelkę i wypił duszkiem. Smak był paskudny, więc zaraz przepił wodą z manierki.
– Dzięki… co się właściwie stało? – zapytał Kosa.
– Nie do końca wiemy. Jak tylko ruszyłeś na stację, zebrałem kilku chłopaków i ruszyliśmy na złoże tamtych kryształów, żeby zdobyć więcej próbek. Pięć minut po odpaleniu wiertła zaroiło się od tych pokrak. Z początku nie był to problem, ale później musieliśmy się wycofać.
– Więc zaatakowały obóz – dokończył Entiri.
– Odsapnij. Mamy jakieś pięć minut przed kolejną falą.
– Kol… Brex, ewakuujemy obóz. Dziwię się, że jeszcze tego nie zrobiłeś – powiedział Entiri, wstając.
– Jest szansa, że kolejnej fali nie będzie. Może to była ostatnia…
– Nie zamierzam ryzykować.
Entiri położył dłoń na krtani i użył zaklęcia, by wzmocnić głos. Po chwili zaczął mówić tak głośno, że słyszał go cały obóz.
– Uwaga wszyscy! Ci z najdłuższym stażem formują front. Reszta zbiera sprzęt i wynosi go przez portal do Equlis. Zabierajcie tylko najcenniejsze rzeczy. Potem się ewakuujemy!
W obozie nastąpiło poruszenie, gdy Obieżysferzy zaczęli pracować ze zdwojoną siłą.
Po kilku chwilach rozległ się ryk, a jeden ze snajperów na wieży oddał strzał.
– Brex, obawiam się, że nie mamy pięciu minut – powiedział Entiri.
Kosa ściągnął z lewego przedramienia karwasz, odpiął od pasa torbę podprzestrzenną z materializatorem i rzucił całość w kierunku przebiegającego obok Vincenta.
– Vincent! W środku są equliańskie wieżyczki automatyczne, rozstaw je! – krzyknął Entiri.
– Ile? – zapytał Vincent, łapiąc torbę.
– Wszystkie!
Następnie Entiri rzucił pośpiech i tarczę, ale tylko na walczących Obieżysferów. Znów poczuli znajomy wicher, lekkość i gotowość do walki.
W tym czasie Vincent rozstawiał equliańskie automatyczne wieżyczki – niewielkie pistolety maszynowe na trójnogach, wyposażone w silniki elektryczne, kamery, źródła zasilania oraz komputer z oprogramowaniem mającym jedno polecenie: strzelać do wszystkiego, co nie jest obieżysferem.
Wyglądały jak wybryk pijanego rusznikarza, ale działały.
Było ich dziesięć. Każda z rozstawionych wieżyczek natychmiast zaczęła strzelać, eliminując cienie z precyzją chirurga.
Na lewej flance Vertis, z rewolwerami w obu dłoniach, strzelał bez przerwy, zmieniając bębenki jak oszalały. Obok niego Elathe okładała cienie raz tarczą, raz buzdyganem, mamrocząc pod nosem kolejne zaklęcia lecznicze i wspomagające.
Na środku Brex wywijał toporem z zapałem godnym drwala oddanego swojej pracy. Ścinał dwa, czasem nawet trzy lub cztery cienie jednym machnięciem.
Po prawej stronie Marruk machał toporem, śmiejąc się jak obłąkany. Każdy, kto go znał, doskonale wiedział, co to oznaczało.
Półork wpadł w szał bojowy i za nic miał własne bezpieczeństwo czy odniesione rany.
Obok niego Kargan zgniatał młotem każdy cień, który próbował zbliżyć się do Marruka.
Tirri skakała po całym polu bitwy, eliminując każdy silniejszy cień z wprawą wytrawnej zabójczyni, nie zatrzymując się nawet na chwilę.
Niebo nad nimi co i rusz przecinali Saphi i Rubeus, siekając i spopielając każdy nadlatujący cień.
Na tyle całej formacji stał Entiri. Karty nieprzerwanie wirowały wokół niego, gdy rzucał kolejne zaklęcia, mające tylko jeden cel:
utrzymać ich jak najdłużej.
Energia magiczna krążyła w jego ciele. W umyśle miał dokładny obraz tego, jak zaklęcie ma zadziałać. Wokół niego unosiły się dwie błękitne kule czystej energii, zbierające z pola bitwy zasoby.
Uczucia pozytywne i negatywne, światło, cień, ciepło – każda forma energii była przez nie pochłaniana i przekształcana w jego własną energię magiczną.
Technika wymagała ogromnego skupienia, ale działała perfekcyjnie. Odzyskiwał siły, a zmęczenie powoli uchodziło z jego ciała, mimo utrzymywania dwóch zaklęć wzmacniających.
A teraz zamierzał dołożyć trzecie.
Karty zatrzymały się przed nim. Glify zaiskrzyły, gdy wypowiedział zaklęcie.
– Kombinacja: Ukojenie.
Zielony błysk przeszedł przez pole bitwy, a z nieba zaczął padać deszcz. Najpierw powoli, nieśmiało, jakby obawiał się efektu, by po chwili przejść w prawdziwą ulewę.
Krople deszczu spadały na walczących, leczyły rany i przywracały siły sojusznikom.
A jednocześnie parzyły wrogów – efekt, którego Kosa się nie spodziewał.
– Jak ja się cieszę z tego Entiriego i jego pierdolone czary-mary – rzucił wesoło Brex.
– Bez niego byłoby ciężej – powiedział Vertis, przełykając niechęć do Kosy.
– Przepraszam, że moje zaklęcia wzmacniające nie są tak dobre – odezwała się Elathe.
– Po prostu nie masz w tym specjalizacji – odparł Brex.
– Nie unoście się tak, będę w stanie utrzymać to zaklęcie jeszcze jakąś minutę! – krzyknął Kosa.
Po chwili deszcz zaczął wyraźnie słabnąć.
Twarz Entiriego wykrzywiła się w grymasie niezadowolenia.
– Znaczy się… pół minuty! – krzyknął ponownie.
Widząc sytuację na polu bitwy i fakt, że większość sprzętu znajdowała się już przy portalu, werwa wróciła do pozostałych Obieżysferów.
Zmęczeni po obronie pierwszych fal, widzieli zaciętą walkę towarzyszy. Czuli na skórze deszcz wyczarowany przez Entiriego i wstępowały w nich nowe siły.
Jeden po drugim dołączali z powrotem do walki, zostawiając resztę sprzętu tym najmniej doświadczonym.
Dzięki temu front nie złamał się, kiedy zaklęcie Entiriego przestało działać.
Zdali sobie jednak sprawę z kolejnego problemu. Cieni nie ubywało.
W miejsce każdego zabitego pojawiały się kolejne, a snajperzy meldowali przez komunikator, że nie widzą końca tej czarnej masy.
– W którym momencie zamieniło się to w obronę przed hordą? – Krzyknął któryś z walczących.
– To idealna sytuacja! Można sobie naliczyć trupów! – odkrzyknął mu inny.
– Następnym razem bierzemy więcej magów wspierających! – krzyknął Vertis.
W końcu większość ekspedycji i sprzętu znalazła się w Equlis. Nie zapominając o słoniu. Front cofał się powoli w stronę portalu przytłoczony naporem przeciwnika.
Jedyną cenną rzeczą, która została był stabilizator. Jego należało zabrać na końcu. Snajperzy zeszli z wierzy i przygotowywali się do wyniesienia go, kiedy jeden z nich zauważył coś kątem oka.
– Brex! Uważaj! – krzyknął przerażony, kiedy ostrze miecza leciało w jego kierunku.
Brex zdążył tylko zobaczyć cienistą postać, która nagle wyrosła z ziemi, a potem ostrze, zmierzające w jego kierunku.
Nie mógł zareagować, cienie przytłoczyły by go, gdyby spróbował sparować atak.
Reszta frontu była zajęta powolnym wycofywaniem się.
Pozostawało mieć nadzieję, że dadzą radę zabrać jego nieśmiertelnik do Equlis.
Klang!
Ostrze miecza z głośnym brzękiem odbiło się od miecza Entiriego, który nagle pojawił się przed Brexem.
– Wszyscy do portalu! – krzyknął, blokując kolejny cios.
Nie kłócili się, zaczęli się wycofywać, osłaniając siebie nawzajem. Po kolei ruszali w stronę portalu, front powoli topniał.
A stabilizator dalej nie został przeniesiony. Utknął w błocie i snajperzy mieli problem z wyciągnięciem go, a żaden z nich nie miał dematerializatora.
Entiri czuł każde uderzenie. Blok z prawej, cięcie z lewej, strzał na prawo.
Zabójcze tempo, które wyczerpywały jego i tak już mizerne pokłady sił. Każdy, kto byłby na jego miejscu pogodziłby się już ze śmiercią, oraz z tym, że nie będzie komu zabrać nieśmiertelnika.
Ale nie on.
W głowie rozbrzmiały słowa Rayetha.
“ Drogę cięcia wytyczy zielona błyskawica, lśniąca o zachodzie”
A błyskawicy ani widu ani słychu. Czyli jeszcze nie jego pora.
Cofał się dalej, nie wiedząc, czy ktoś jeszcze został, czy wszyscy już przeszli.
Aż w końcu poczuł to za sobą. Zew mocy kamienia świata. tuż za nim, stał stabilizator, porzucony przez snajperów.
Uśmiechnął się pod nosem.
Uderzeniem rękojeści zbił szybkę zabezpieczającą kryształ, odrzucił pistolet i złapał fragment kamienia świata.
Fala potężnej mocy niczym piorun przeszła przez jego ciało, odganiając fizyczne zmęczenie. Płynęła, wiła się, chcąc wyrwać się na zewnątrz. “użyj mnie” zdawała się krzyczeć.
A on, nie zamierzał jej blokować.
Uwolnił moc kamienia, ta rozeszła się potężną falą w kształcie stożka. Zmiotła cienie przednim, rozorała ziemię. Zniszczyła wszystko. Mocy kryształu świata potrafiła być bardzo niszczycielska.
Entiri odetchnął ciężko. Owszem, sytuacja była lepsza, ale użył mocy kamienia. Doskonale wiedział jakie skutki odczuje później.
Miał się już odwrócić w kierunku portalu, kiedy dostrzegł ruch przed sobą.
Po chwili blada jak śmierć ręka wynurzyła się z gleby przed nim. To coś wyszło w całości.
Wysoka, szczupła sylwetka. Czarny poszarpany płaszcz z kapturem, który zakrywał całe ciało. Zdobiony miecz w prawej dłoni.
Oraz biała maska bez wyrazu, widoczna pod kapturem.
Postać rzuciła się na niego z uniesionym mieczem, Entiri zablokował cięcie od góry, po czym odskoczył do tyłu.
Ten jeden cios mówił wszystko. To był ten sam przeciwnik, który prawie dorwał Brexa. Wcześniej pokryty cieniami, teraz od nich wolny.
Odłamek kryształu pulsował w dłoni Entiriego, jakby chciał się wyrwać, i polecieć do mrocznej postaci, a aura oponenta była nie do pomylenia z żadną inną. Kosa doskonale wiedział, z czym ma do czynienia.
I samo to zmroziło mu krew w żyłach.
Muszę się śpieszyć i nie dać trafić. Co może pójść nie tak?
Wypad do przodu – zablokowany. Odskoczył w bok, zamach z lewej.
Brzdęk!
Przeciwnik skontrował. Entiri odskoczył w lewo i wyprowadził kolejne cięcie.
Znowu blok. Kolejny odskok.
Przeciwnik zerka na kryształ w ręce Entiriego.
Wykorzystam to!
Zaszarżował. Pozorowane cięcie od góry, postać przygotowała się do bloku. W tym momencie Entiri podrzucił kryształ do góry.
Zgodnie z przewidywaniami przeciwnik wyciągną rękę do kryształu, ignorując Entiriego.
Ten zbliżył się i chwycił za połę płaszcza.
– Checkmate! – powiedział Entiri.
Energia przeszła przez jego lewą rękę wprost do przeciwnika, aktywując zaklęcie.
Potężne, telekinetyczne pchnięcie posłało postać w tył. Zatrzymał się dopiero na głazie, kilkaset metrów dalej.
Entiri złapał kryształ i nie oglądając się za siebie puścił sprintem do portalu. Doskonale wiedział, że nie jest w stanie wygrać tej walki.
Nie przegrał jej i właśnie to się liczyło.
Przeskoczył przez portal. Zdążył zobaczyć wnętrze pokoju centrali portalowej w Kantarii. Twarz zaniepokojonego Brexa.
Następnie pojawiły się mroczki przed oczyma, stracił siłę w nogach, kryształ wypadł z ręki.
Potem była już tylko ciemność.
Komentarze
Prześlij komentarz