Witamy w Piekle. Rozdział 16.5 - Urlop



Urlop należy do tych przyjemniejszych rzeczy.
Można poleżeć, pospać dłużej, obejrzeć jakiś serial lub poczytać książkę.
Inni wybierają się na wycieczki i planują swój urlop, żeby zwiedzić kawałek świata lub poopalać się na plaży.
Prawdziwie wspaniała sprawa.

No, chyba że jesteś uzależnionym od przygód, adrenalinowym ćpunem, a urlop został na tobie wymuszony przez kiepski stan zdrowia.
Entiri zaliczał oba te punkty.

Dlatego też po czterech dniach urlopu, obejrzeniu sezonu anime oraz zarobieniu kilkuset equliańskich na rynku przedmiotów popularnego hack’n’slasha doszedł do jednego wniosku.

Zdycham z nudów.

Westchnął w duchu i skierował myśli na inny tor.
Jak rozwiązać ten problem?

Może po prostu przejdę się do Geruma i reszty i będę celowo sprawiał problemy?
Nie, to nie jest dobry pomysł. Nie jestem aż tak znudzony… jeszcze.


Podczas krótkiego pobytu w szpitalu equliańscy medycy dali radę uleczyć zdecydowaną większość szkód spowodowanych przeciążeniem organizmu.
Problem polegał na zmęczeniu psychicznym i duchowym.
Tego nie wyleczy się ot tak. Leki mogłyby chwilowo złagodzić objawy, ale na dłuższą metę tylko by mu zaszkodziły.

Był to jeden z dwóch powodów, dla których zgodził się na urlop.
Drugi był z nim ściśle powiązany. Kiedy pomyślał o konieczności wykłócania się z Gerumem, Brexem i Bryantem, zachciało mu się rzygać.
A to nigdy nie jest dobry znak.

Po piętnastu minutach intensywnego myślenia nad rozwiązaniem problemu znudzenia postanowił ruszyć tyłek z domu.
Może na zewnątrz czekała na niego jakaś inspiracja?

***

Po spokojnym spacerze do bram Kantarii Entiri skierował swoje kroki do sklepu botanicznego „Wiązanka”.
Przed pierwszym wypadem do Dysmerii zostawił tutaj różę z Va Se, ale nie miał czasu wynegocjować z Laurą odpowiedniej ceny. Równie dobrze mógł zrobić to teraz.

Wnętrze sklepu było w podobnym stanie co wcześniej. Zmieniły się tylko rośliny tworzące bałagan.
Laura stała za kontuarem, porządkując jakieś nasiona. Już miał się przywitać, kiedy to zauważył.

Dziesiątki małych, białych kwiatuszków we „włosach” driady.

– Laura… dziecino… co się stało? Przecież sezon kwitnienia masz już za sobą – rzucił mocno zdziwiony.
– Entiri… a, to… mały wypadek przy pracy. Dostałam partię eksperymentalnego środka, który miał ułatwiać roślinom kwitnienie. Jeden zbiornik pękł i… sam widzisz – odparła zażenowana Laura.
– Jeśli dorwą cię trzmiele, to dopiero będzie… pomóc ci z tym?

Laura wyraźnie się zawahała. Wychowywała się w Equlis i tylko czytała o tym, jak wygląda to u innych driad. Niemniej jednak dla niej była to sprawa dość intymna.
W normalnych warunkach brała kilka dni urlopu, kiedy pojawiały się kwiatki. Szła wtedy do Hisena – Obieżysfera, który ją przygarnął – żeby je usunął. Jednak teraz nie było go w Equlis.

Po dłuższej chwili namysłu postanowiła, że ufa Entiriemu na tyle, by powierzyć tę sprawę w jego ręce.

– Chodźmy na zaplecze… tylko proszę, bądź delikatny – odparła niepewnym głosem.

Entiri obrócił znaczek na drzwiach z „otwarte” na „zamknięte” i poszedł za driadą.

***

Zaplecze sklepu było dość ciasne, ale o wiele bardziej uporządkowane.
Półki wypełniały pojemniki z nasionami, doniczki z roślinami zamówionymi w zeszłym tygodniu oraz specjalne pojemniki na rzadkie okazy. Niektóre z nich faktycznie coś zawierały.
Dodatkowo można tu było znaleźć mnóstwo przyborów potrzebnych do prowadzenia takiego biznesu.

Znalazła się nawet kuchenka elektryczna, czajnik, kubki, cukierniczka i pojemnik z herbatą. Entiri strzelał, że Laura sama wyhodowała i ususzyła liście herbaty.

Driada wyciągnęła taboret spod biurka, na którym stał stos dokumentów obok otwartego laptopa. Przestawiła go na środek pomieszczenia i usiadła.

W tym czasie Entiri przeszukał torbę przechowania i wyciągnął z niej skalpel, butelkę z rozpylaczem oraz fiolkę z miksturą znieczulającą o działaniu kontaktowym.
Dodatkowo zdjął z półki pusty pojemnik, do którego zamierzał wrzucać odcięte kwiatki.

Wlał miksturę do butelki, dolał wody i dokładnie wstrząsnął. Spryskał włosy Laury roztworem, a potem sprawdził ostrość skalpela.
Zaciął się przypadkiem w palec, więc miał absolutną pewność, że ostrze jest cholernie ostre. Zaleczył ranę zaklęciem i przystąpił do delikatnego, metodycznego odcinania kwiatków.

Biorąc pod uwagę zakończenia nerwowe w kwiatach, każdy z tych elementów był kluczowy. Gdyby zrobił coś źle, Laura w najlepszym wypadku czułaby się cholernie niekomfortowo, a w najgorszym wyła z bólu.
Jednak Entiri miał wprawę, więc driada czuła tylko coś na kształt obcinania włosów.

– Nie wiedziałam, że się na tym znasz – rzuciła po chwili.
– Kiedyś przygarnąłem młodą driadę orchidei w lasach Abdańskich. Tamtejsi druidzi chcieli ją wykorzystać do przebłagania boga lasu, który się na nich wkurwił.
– Domyślam się, że pierwsze kwitnienie było katorgą – powiedziała Laura.
– A i owszem. Musiałem się szybko zorientować, co wolno, a czego nie. Potem podróżowałem z nią przez kolejne dwadzieścia lat, zanim postanowiła się osiedlić.
– Rozumiem. To była dobra decyzja, powierzyć się w twoje ręce.

Laura kompletnie się zrelaksowała, gdy Entiri metodycznie odcinał kolejne kwiaty.

***

Półtorej godziny później było już po wszystkim. Entiri westchnął głęboko.

– No, to chyba wszystkie.
– Liczyłeś, ile ich było? Zazwyczaj nie przekraczam setki.
– To by się nawet zgadzało, bo naliczyłem osiemdziesiąt pięć.
– Czyli rekordu nie pobiłam.

Laura podniosła z podłogi pojemnik z odciętymi kwiatami. Patrzyła na niego przez chwilę z ulgą i melancholią, po czym odstawiła go na biurko.

– Zgaduję, że przyszedłeś tutaj, żeby omówić różę z Va Se?

Entiri pokiwał głową. Już miał się odezwać, kiedy Laura wyjęła z jednej z szafek szklaną, szczelnie zamkniętą ampułkę.

– Proszę, to za różę i podziękowanie za pomoc z kwiatkami. Wiesz, co to jest? – zapytała, podając Entiriemu przedmiot.

Kosa przyjrzał się uważnie zawartości ampułki. W środku było kilka niebieskich płatków o różnych, delikatnych kształtach. Wyglądały na porządnie wysuszone.

– Czy to nie są przypadkiem płatki hirakońskiej lawendy olbrzymiej?

Laura pokiwała głową.

– Czytałem kiedyś o nich. Nie mam pojęcia, jak je wykorzystać – Entiri był rozbrajająco szczery.
– No to właśnie dałam ci nową zagadkę, bo te płatki potrafią czynić cuda w odpowiednich rękach.
– Czyli albo dowiem się, co z nimi zrobić, albo znajdę kupca.
– Pasuje ci taka wymiana?
– Pewnie, zawsze to coś nowego – odparł z szerokim uśmiechem.
– Dobra, nie żebym cię wypraszała, ale zmykaj już, bo muszę na nowo otworzyć sklep i jestem zawalona robotą.
– Nie zamierzam ci w tym przeszkadzać. Do zobaczenia! – rzucił Entiri, wychodząc ze sklepu.

***

Kolejnych kilka godzin minęło mu dość spokojnie. Połaził trochę po Kantarii – rzadko miał okazję, żeby to robić. Dlatego cała wycieczka była wyjątkowo przyjemna.

Pomimo tego, że od czasu wojen o Equlis i założenia Kantarii minęło wiele czasu, a jemu zdarzyło się już kilka…naście razy umrzeć i odrodzić, obserwował każdy etap budowania stolicy.
Nie mógł więc przejść przez miasto bez wszechogarniającego go uczucia melancholii.

Miejscowi również potrafili dostarczyć rozrywki. Obserwowanie innych miało swój urok, szczególnie w takim miejscu.
Para magów kłócąca się z handlarzem o rabat, jakby zależał od tego los świata.
Mackowaty potwór rodem z horrorów, kulturalnie wskazujący komuś drogę jedną z macek.
Mercedes W124 robiący za taksówkę, przejeżdżający ulicą tuż obok wozu zaprzęgniętego w konie.
Krasnolud grający w szachy z trzmielem na ławce w parku. Chyba przegrywał, bo z jego ust padło:
„Twoja matka puściła się z owocówką”.

Entiri parsknął śmiechem, a trzmiel w odpowiedzi zaczął intensywnie bzyczeć, przy okazji szachując króla skoczkiem.

Nie minęło dużo czasu, zanim przestał prowadzić go umysł, a zaczął nos. Coś tu naprawdę pięknie pachniało, a on robił się głodny.

***

Obiad zjadł na mieście. Tego dnia wybrał się do świeżo otwartego kebaba, który oferował mięso z trolla myrtańskiego.
Jakie cuda i rytuały musieli odprawić pracownicy, żeby suche, twarde i łykowate mięso trolla było soczyste i rozpływające się w ustach – Entiri nie wiedział.
Kolejna tajemnica branży kulinarnej.

Następnie skierował się do lodziarni „Smak Bryzy” w dzielnicy portowej. Planował zjeść deser, jednak jego plany zostały pokrzyżowane.
Dzielnica portowa była odgrodzona barierkami i skrzętnie przystrajana.

Budynki okrywano tak, aby wyglądały na drewniane, kontenery portowe zasłonięto atrapami, a nowoczesne lampy uliczne zastąpiono takimi ze świecami w środku.
Nawet do portu wprowadzono coś, co przypominało statek widmo. Czarne, postrzępione żagle, nadpróchniałe burty z widocznymi dziurami… robiło to naprawdę dobre wrażenie.

Nieopodal barierek dostrzegł znajomą sylwetkę. Naprawdę, ten rudy, lisi ogon rozpoznałby chyba wszędzie.

– Fenric, ty stary lisie, co tam dzisiaj kombinujesz? – zapytał pogodnie Entiri, stając obok przyjaciela.
– Kosa, widzę, że od tych ciągłych przygód kompletnie pojebały ci się strefy czasowe. Coroczny larp dla dzieciaków – odparł spokojnie Fenric.
– To już? Cholera, na śmierć zapomniałem…
– Tak. Słyszałem: Erutil, Dysmeria. Miałeś dużo na głowie… pomożesz?
– A czy jestem trzeźwy?
– Nie czuję od ciebie alkoholu, więc tak.
– To na chuj się upewniasz? – odparł Entiri z uśmiechem.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 4