Witamy w Piekle. Rozdział 17 - Odkrycie



Czas płynie zdecydowanie szybciej, kiedy się dobrze bawisz.
A jak tu się nudzić, kiedy w larpie obsadzili cię w roli głównego złola?
No nie da się.

Właśnie dlatego Entiriemu ostatnie dwa tygodnie błysnęły przed oczyma, zamiast biec normalnym tempem.

Jednak od tego urlopu zaczynało mu już powoli odbijać, a do głowy zaczęły przychodzić głupie pomysły. Myślał nawet o wzięciu sobie drużyny kotów albo przejściu na obieżysferską emeryturę.

A może się zajmę hodowlą jedwabników?

Dobrze, że dwa dni po zakończeniu gry i posprzątaniu dzielnicy portowej Gerum przesłał mu wiadomość.

Było to pojedyncze zdjęcie przedstawiające żółtą, jasno świecącą kulę, dookoła której unosiły się fragmenty czegoś, co wyglądało jak ogromny pierścień orbitalny. W tle widniał już znajomy obraz granicy wymiaru.

Pod spodem była wiadomość głosząca: „W instytucie kartograficznym za dwie godziny”.

W jego głowie pojawiła się tylko jedna myśl.

Na co ja właściwie patrzę?

***

Na miejscu czekał na niego tylko Gerum. Entiri zgadywał, że trzmielerał chciał przeprowadzić z nim jakąś indywidualną odprawę – takie rzeczy czasem się zdarzały.

Nie zdążył się nawet przywitać, kiedy Gerum się odezwał.

– Bzz bzz?
<< Co o tym sądzisz?>>

Gerum wskazał na zdjęcie widoczne na ekranie laptopa. To samo, które dwie godziny temu dostał w wiadomości. Entiri chwycił laptopa i zaczął przeglądać inne zdjęcia z raportu.

– Jeśli mam być w pełni szczery, to nie wiem, co o tym myśleć. Wygląda to trochę tak, jakby jakaś cywilizacja zbudowała pierścień wokół swojej gwiazdy.
– Bzz bzzt.
<< To zdjęcia Dysmerii.>>

Entiri zamarł. Jego myśli zaczęły intensywnie krążyć wokół tych zdjęć oraz tego, co ustalili, będąc na miejscu.

– Kto jeszcze to oglądał? – zapytał po chwili.
– Bzz. Bzz bzz bzzt.
<< Nikt. Dostałem to dziś rano, a wszyscy są zajęci. Bryant meldował, że kończą przerabiać mecha, więc niedługo ruszacie… o czym myślisz?>>

Entiri nie odpowiedział. Wziął kartkę, długopis i zaczął coś intensywnie liczyć, posiłkując się kalkulatorem.

Pierścień orbitalny, kula światła, Dysmeria… co mówił Bryant?
„Krzywizna terenu podnosi się o dwie minuty kątowe na kilometr”.


Czyli to powinno być…

Gerum milczał. Znał Entiriego już od paru lat, a wcześniej czytał o nim w kronikach, więc doskonale wiedział, że w takich momentach lepiej się nie odzywać.

Po kilku szybkich obliczeniach Entiri wydał werdykt.

– Dziesięć tysięcy osiemset kilometrów. Tyle wynosi obwód wewnętrzny pierścienia… a raczej wynosił, zanim podzielił się na fragmenty. O ile wcześniejsze obliczenia Bryanta są poprawne.
– Bzz bzzt… bzzt?
<< To jeszcze projekt badawczy czy już megastruktura?>>
– Ja… nie mam pojęcia. Jednak wyjaśnia to kilka rzeczy. Swoją drogą, nie wiedziałem, że mamy myśliwce dostosowane do lotów w przestrzeni kosmicznej.
– Bzz bzz.
<< Bo nie mamy. Zwykłe myśliwce zwiadowcze.>>

W tym momencie Entiri uderzył głową w stół.

– Nie rozumiem fizyki tego układu – powiedział zrezygnowany.

Gerum podszedł do niego i zaczął delikatnie gładzić jego włosy odnóżem.

– Bzz bzz. Bzz bzzt… bzzt.
<< Już, już. Wszystko się jakoś ułoży.>>

Po paru chwilach cichego użalania się nad swoim losem Entiri podniósł głowę i wrócił do przeglądania zdjęć.

– Nie ma sensu dyskutować o tym, jak działa tam fizyka – od tego są nauko… a to co?

Jego uwagę przykuł dziwny obiekt widoczny na jednym ze zdjęć. Znajdował się tuż obok jednego z fragmentów pierścienia, niedaleko kuli.

Kilka prostych komend w programie graficznym, żeby wyizolować i wyostrzyć ten fragment, i już miał przed oczyma coś, co przypominało niebieskawo-czerwony wir.

– No… sprawa właśnie się skomplikowała… – głos Entiriego zabrzmiał wyjątkowo poważnie.
– Bzz… bzz bzz?
<< Dobra… na co ja właściwie patrzę? Jestem pewien, że czytałem o czymś takim w jednym raporcie, ale… >>
– To, mój drogi, jest wir wymiarowy – niezwykle rzadkie zjawisko, które ma tendencję do ściągania w swoje pobliże podróżników.
– Bzz bzz bzzt.
<< Czyli wyjaśniło się, jak trafiła tam grupa Deyera… ale dlaczego tylko ich?>>
– Ciężko powiedzieć. Podróże międzywymiarowe to trudny temat – Bryant pewnie wyjaśniłby to lepiej – ale Dysmeria znajduje się widocznie w odległości jednego, może dwóch skoków od Rapture, do którego się kierowali. Więc ich ściągnęło.
– Bzz bzz bzzt.
<< Albo blisko Equlis… sytuacja się pogorszyła, muszę wydać kilka rozkazów.>>
– Ekspedycja do Dysmerii będzie musiała rozłożyć na jej terenie kilka skrytek z komunikatorami, bronią i zaopatrzeniem. Pół biedy, jeśli doświadczony obieżysfer trafi na Dysmerię… przypadkowy podróżnik sobie nie poradzi – dodał szybko Entiri.
– Bzz bzz bzz?
<< Może będziemy mieli farta i nikt się nie pojawi?>>
– W przepowiedni wypadł głupiec… – powiedział Entiri, na co Gerum zareagował natychmiast.
– Bzz bzz bzzt. Bzzt!
<< Leć do Brexa na miejsce zbiórki, ruszacie natychmiast. Musimy przejąć kontrolę nad Dysmerią, zanim komuś stanie się poważna krzywda!>>

Trzmielerał był wyraźnie podekscytowany i poddenerwowany – było to po nim widać.
Natomiast Entiriemu całość sytuacji zaczynała jeszcze bardziej śmierdzieć.

Dziwny, anomalny wymiar, megastruktura, coś, co wygląda jak sztuczne słońce, dziwne kryształy i wir wymiarowy. Coś było tu grubo nie tak. Lepiej zachować czujność.

Entiri wstał od stołu i ruszył w kierunku pustego placu na przedmieściach Kantarii, gdzie obieżysferzy przygotowywali się do wymarszu.

***

Po dotarciu na plac Entiri ujrzał totalny harmider.

Brex sprawdzał listy zaopatrzenia i personelu. Mechanicy dwoili się i troili, żeby każdy pojazd – opancerzony czy nie – był w pełni sprawny. Niektóre z nich, szczególnie bojowe wozy piechoty, były brzydkie jak czarna, gradowa noc listopadowa. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Ten sprzęt miał działać, a nie wyglądać.

Jednak pomimo tego, jak wyglądało to z zewnątrz, plac był perfekcyjnie zorganizowany. Nawet skrzynie z zaopatrzeniem stały równiutko.

Niedaleko środka placu stały trzy opancerzone transportowce po ostrych przeróbkach. Większość zabudowy taktycznej została zdemontowana i zastąpiona dużymi stabilizatorami. Po przejściu przez portal zgarną na szybko jakąś materię, przerobią ją na energię do zasilania stabilizatorów i cała ekspedycja będzie miała ruchome pole stabilizujące.

Bardzo mi się podoba to, co widzę.

Obok pojazdów stał rozluźniony Ress i wesoło wydawał rozkazy oraz dokonywał ostatnich inspekcji. Entiri na wszelki wypadek poprawił ubranie oraz swój osprzęt, żeby nie drażnić człowieka z fiksem.

Kiedy upewnił się, że każdy guzik jest równo zapięty, a ubranie leży jak należy, podszedł do Ressa.

– O, Kosa, dobrze cię widzieć. Jak urlop? – zagaił wesoło Ress.
– Przyjemny. Larp z dzieciakami w porcie. Jak idą przygotowania?
– Też miałem brać w tym udział, ale jestem na fiksie, więc… no. Przygotowania idą nieźle. Będziemy gotowi do wymarszu za jakieś dwa dni. O ile Bryant się nie spóźni z mechem.
– A propos tego, mam złe wiadomości. Ale najpierw… – Entiri odwrócił się w stronę środka placu i krzyknął: – Brex! Rusz tu swoje półolbrzymie dupsko, mamy temat do obgadania!

Brex, niezrażony przytykiem Kosy, spokojnie odłożył papiery na stół i podszedł do nich.

– Czego chcesz, mikrusie? – rzucił z uśmiechem.
– Patrz.

Entiri pokazał im zdjęcie wiru wymiarowego. Brex momentalnie pobladł, a Entiri w skrócie wyjaśnił Ressowi, dlaczego to taki problem.

– Trzmielerał wydaje już odpowiednie rozkazy, żeby powiadomić wszystkich w Equlis, a my mamy ruszać teraz – dokończył.
– Chciałbym się kłócić, że nie mamy mecha, inwentaryzacja nie jest dokończona i mój fiks się burzy, ale z faktami się nie dyskutuje – rzucił spokojnie Ress.
– Dam odpowiednie komunikaty. Ruszamy za piętnaście minut. Mecha sprowadzimy później.

Brex chciał już odejść, kiedy Kosa złapał go za ramię.

– Zależy nam na czasie. Spakujmy cały sprzęt do torby, jedno z nas poleci myśliwcem i rozstawi obóz…
– Nie da rady – przerwał mu Brex. – Próbowaliśmy tego, jak byłeś w szpitalu.
– Przestrzeń jest zbyt niestabilna, żeby wyjąć z torby tak skomplikowaną rzecz jak czołg czy rama portalu – uzupełnił Ress.
– Portal też się nie otworzył. Wygląda na to, że możemy otwierać portale tylko w określonych miejscach – zakończył Brex.
– Czyli jednak konwój… Wydajcie rozkazy. Ruszamy za dwadzieścia minut – powiedział zrezygnowany Kosa.

***

Członkowie ekspedycji uwijali się jak w ukropie. Nawet ci, których wcześniej nie było na placu, pojawili się na nim dziesięć minut później. Skrzynie z zaopatrzeniem wrzucono do toreb i skrzyń podprzestrzennych, pojazdy odpalono i ustawiono do wyjazdu.

Dodatkowo wszyscy czekali pod bronią, gotowi na absolutnie wszystko, co może czekać ich po drugiej stronie.

Mając pięć minut do planowanego wyjazdu, Brex wrobił Entiriego w przemowę.
Z tego powodu Kosa stał teraz na pustej skrzynce przed całą ekspedycją jak debil, zastanawiając się, jak wyjść z tego z twarzą. Wiele można było o nim powiedzieć, ale na pewno nie to, że miał dużo charyzmy.

Dotknął swojej krtani i wzmocnił głos magią.

– Brex zrzucił na mnie obowiązek przemowy motywacyjnej, więc domyślacie się już, że będzie chujowo. Dlatego przejdę od razu do rzeczy.

Zrobił krótką przerwę, żeby uciszyć chichoty co poniektórych, po czym kontynuował:

– Ta ekspedycja ma dwa zadania: zbudować bazę na Dysmerii i ją utrzymać. Żadnego wycofywania się, żadnej eksploracji, badań ani wydobywania kryształów. Tym zajmiemy się dopiero wtedy, gdy przejmiemy kontrolę nad terenem. Jest jednak jeden wyjątek: w razie możliwości mamy dorwać żniwiarza i odzyskać dusze zaginionego oddziału. Nie wiemy, co czeka nas po drugiej stronie portalu, dlatego wchodzimy uzbrojeni po zęby, w formacji bojowej, i strzelamy do wszystkiego, co się rusza. Jasne?

Pomruk zgody przeszedł przez plac.

Entiri pokiwał głową z zadowoleniem, po czym wykonał gest ręką. Karty wyleciały z futerału, formując zaklęcie.

– Kombinacja: morale!

Przez plac przeszła delikatna fala pomarańczowego światła. Każdy obecny poczuł się o wiele lepiej – zero strachu i niepewności, czysta determinacja i wysokie morale.

Po chwili rozległ się trzask i na placu pojawił się duży, niebieski portal, który szybko przeszedł w czerwień.

Czołgi ruszyły jako pierwsze, za nimi reszta kolumny.

– Pora na drugą rundę, co, Brex? – zagaił Entiri, usadawiając się na wieży czołgu.
– Jesteśmy gotowi. Dawaj ich – odparł Brex, którego głowa wystawała z włazu dowódcy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 4