Witamy w Piekle. Rozdział 20 - Zapuszczając korzenie
– Lecą! – krzyknął Entiri.
Stał na szczycie wieży kontrolnej, naprędce wzniesionej magią ziemi. Patrzył w dal przez lornetkę i wyraźnie widział sześć dużych samolotów towarowych oraz dwa śmigłowce w eskorcie dwudziestu myśliwców.
– Nie spieszyli się. Miało być sześć godzin, wyszło trzydzieści sześć – usłyszał w słuchawce głos Ressa.
– Chociaż tyle, że szóstka się zgadza. Ciekawe, co przywieźli – odparł Vertis.
– Ja się zastanawiam, czy lotnisko jest dość duże – zauważył Brex.
– Kapitan konwoju „Sedacja” do „Zakładu dla Psychicznie Obłąkanych”, prosimy o pozwolenie na lądowanie na lotnisku „Haloperidol” – usłyszeli głos kapitana samolotu.
– CO KURWA?! – Ress, Brex, Vertis i Entiri krzyknęli jednocześnie.
***
Zgodnie z obawami Brexa lotnisko było zdecydowanie za małe, by pomieścić wszystkie maszyny, dlatego wylądowały tylko dwa myśliwce oraz dwa śmigłowce. Reszta zrzuciła ładunki na spadochronach, po czym wraz z eskortą wróciła tam, skąd przyleciała.
Konwój był jednocześnie sukcesem i niespodzianką. Dostali masę sprzętu, którego nie zamawiali, a który mógł okazać się potrzebny, zapasy na kolejne dwa miesiące oraz mecha konstrukcyjnego.
Prawdziwą niespodzianką było jednak to, kto przyleciał na stałe.
Zaraz po wylądowaniu ze śmigłowców wysiadł Bryant w towarzystwie czterech endorańskich techników.
– Bryant? Myślałem, że po walce z kolosem odpuścisz sobie Dysmerię – rzucił Brex, podchodząc do śmigłowca.
– I miałbym to przegapić? Poza tym tylko ja umiem pilotować tego mecha – odparł luźno Bryant.
– A my będziemy robić za wsparcie techniczne. Do mecha i śmigłowców wpakowaliśmy eksperymentalną wersję konstruktorów i fabrykatorów. Jak coś się zepsuje, będziemy poprawiać – dodał jeden z techników.
– Zdecydowanie będzie nam to potrzebne. Jesteśmy wdzięczni za wsparcie – Brex skinął lekko głową.
– Nawet o tym nie wspominaj, przyjaciele muszą sobie pomagać – odezwał się żeński głos z wnętrza śmigłowca.
Po chwili wyszła z niego Velira, ubrana jak rasowy poszukiwacz przygód.
– No proszę. Co takiego przeskrobałaś, że Oświecona cię tu przysłała? – odezwał się milczący dotąd Entiri.
– Mam być szpiegiem i donosić jej o wszystkim, co tu knujecie! – odparła Velira, przytulając Entiriego.
– W takim razie dobrze, że kiedyś robiłem w kontrwywiadzie – odgryzł się Entiri.
Velira pokiwała głową.
– To nie koniec niespodzianek. Mamy jeszcze dwie osoby, które zdecydowanie się przydadzą, oraz prezencik.
Do grupki podeszli piloci myśliwców. Pierwszą była kobieta około trzydziestki: szare oczy, popielate włosy do ramion, spokojne rysy twarzy i ostre spojrzenie.
Pomimo braku wyraźnych cech szczególnych w jej wyglądzie było coś dziwnego.
Na jej widok Ress od razu się rozpromienił.
– Ann? Co ty tu robisz?
– Nie pojawiłeś się na rutynowej partii szachów. Poza tym ten świat jest interesujący – odparła spokojnie.
– To co, partyjka w wolnej chwili?
– Nie. Zagrajmy w „Heroes IV”.
– Dlaczego akurat w to?
– Bo jeszcze tego nie znam.
Drugą osobą był Garanil, niosący pod pachą pojemnik do przenoszenia roślin.
– Trzymaj, czerwiu. Nawet nie wiesz, jak trudno było to zdobyć, dlatego wisisz mi piwo… nie jedno. Nie jestem pewien, czy wypłacisz się do końca życia – powiedział, podając Entiriemu pojemnik.
– Przesadzasz. Poczekamy miesiąc, może dwa, i tobie zdarzy się jakiś kryzys, przez który poprosisz mnie o coś równie upierdliwego – odparł Kosa, oglądając prezent.
W środku znajdowała się młodziutka sadzonka drzewa świata. Mała, o bardzo delikatnej korze i listkach w różnych kolorach.
– Świetnie. Oddam to jakiemuś druidowi, który tego nie spieprzy. W sumie powinniśmy od razu iść do namiotu po waszym lądowaniu. Po co odmrażać sobie tyłek? – rzucił lekko Entiri.
Odpowiedziało mu kilka przytaknięć.
***
W namiocie panowała znacznie cieplejsza atmosfera. Na stole od razu wylądowały kubki z kawą i herbatą. Wszyscy rozsiedli się na krzesłach przy stole.
Wyjątkiem była Velira, która z sobie tylko znanych powodów postanowiła usiąść na kolanach Entiriego.
Chyba się stęskniła.
– Zanim zaczniemy faktyczną naradę… możecie mi łaskawie powiedzieć, który kretyn zatwierdził te nazwy? – rzucił Brex.
– Nie mogli się zdecydować, więc Fellan zarządził ogólne głosowanie. Macie szczęście, bo na drugim miejscu był „Oddział Proktologiczny” – rzucił Bryant.
– Dobrze, że od początku nie mieliśmy praktycznie żadnych oczekiwań. Chociaż trzeba przyznać, śmieszne – odparł Vertis.
– Dobra, robimy nową nazwę! Pomysły? – powiedział Brex.
– Przywołuję was do porządku natychmiast. Mamy ważniejsze rzeczy do roboty niż nazwa dla obozu – Entiri sprowadził ich na ziemię.
– Ale morale… – zaczął Bryant, lecz Entiri mu przerwał.
Morele zasadzimy obok drzewa świata, jeśli bardzo chcesz. Ress, co mamy na tapecie?
Słysząc to, Garanil zakrztusił się lekko herbatą. Ress zaczął przeglądać notatki.
– Musimy zwinąć każdą tymczasową konstrukcję i zacząć budować porządnie. Z betonu – powiedział pewnie.
– Świetnie, no to do roboty. Garnek, Brex, Vertis – zostańcie tutaj na chwilę, mamy jeszcze coś do obgadania.
– A ja? – zapytała niewinnie Velira.
– Ty też możesz zostać. Ale zejdź z kolan, bo muszę wstać – Entiri pogłaskał ją po głowie.
Velira spełniła jego prośbę. Entiri wstał i oparł ręce na stole.
– Nie mamy zielonego pojęcia, kto i kiedy wpadnie przez wir wymiarowy. Musimy założyć kilka skrytek z zaopatrzeniem – powiedział po chwili namysłu.
– Słusznie. W ten sposób kotek, który tu trafi, będzie miał chociaż cień szansy – odparł Vertis.
– W skrytkach nie może być byle czego. Z tego, co pamiętam, Equlis nie ma żadnego standardu – zauważyła Velira.
– Trzeba jakiś ustalić. Pomysły? Garnek, jakbyś był kotkiem w chujowej sytuacji, co chciałbyś zobaczyć? – zapytał Entiri.
– Na początek byłoby miło, gdybyś mi przypomniał, czym jest wir wymiarowy, bo za dużo czasu spędziłem pośród druidów i popijając gorzałę z żołędzi, pokrzyw… Nie uwierzyłbyś, z czego te staruchy potrafią ukręcić procent – odparł Garanil.
– Zaraz, moment, dlaczego to właśnie jego pytasz?! – oburzył się Vertis.
– Bo on ma dyplom akademii chłopskiego rozumu. Wir wymiarowy… – Kosa zaczął wyjaśniać, ale Vertis mu przerwał.
– Ty pamiętasz, że mam doktorat z psychologii syruliańskiej?
– Jakbyśmy byli w fast foodzie, to twoja opinia byłaby wartościowa – uciszyła go Velira.
Entiri odchrząknął i kontynuował.
– Wir wymiarowy to specyficznego rodzaju ścierwo, które ściąga portale międzywymiarowe w swoje pobliże. To znaczy – na Dysmerię. Możemy więc mieć tu gości, których przydałoby się ratować.
– Zrozumiałe i logiczne. Więc… gdybym był kimś, kogo niechcący przeisekaiowało na Dysmerię, to co chciałbym znaleźć w skrytce, zostawionej przez kogoś, kto mógł przewidzieć, że będę w kłopotach i mogę być zielony jak szczypior? – zadał na głos pytanie Garnek.
Spojrzał na połówkę herbaty w kubku i zaczął nim lekko manewrować, aż ciecz zaczęła się kręcić zgodnie z zasadami znanej fizyki.
– Cóż… przydałaby się podstawowa klamka 9 mm, zapasowy magazynek, pudełko amunicji i notatka, jak dla debila, jak korzystać z broni palnej. Wbrew pozorom to częsty problem, zwłaszcza gdy ktoś jest ze „świeższego” poziomu techniki, gdzie miecz jest ostatnim krzykiem mody. Prosta apteczka, jakieś niezniszczalne żarcie i woda – tak na trzy, cztery dni – śpiwór, rezerwowe ubrania. Plecak. Do dwudziestu kilo. Z możliwością zaczepienia śpiworu. Bez stelażu.
Dwa ostatnie słowa podkreślił, widząc, że zarówno Vertis, jak i Brex już chcą się odezwać. Przechylił kubek i dopił herbatę.
W międzyczasie Entiri wziął ze stołu kartkę i długopis, po czym zaczął spisywać listę.
– Śpiwór raczej puchowy. Taki, że jak się w nim położysz na ziemi, to nie zmarzniesz. Do tego talizman stabilizujący, żeby żadna fala wymiarowa świeżaka nie zmiotła – dodał pod nosem.
– Jedno pytanie: jak ta świeżynka ma się przespać? Jakiś środek ochrony bezobsługowej? – rzuciła trafnie Velira.
– Miny przeciwpiechotne? – zapytał Brex.
Vertis uderzył go otwartą dłonią w tył głowy. Musiał podskoczyć, żeby dosięgnąć.
– Debilny pomysł! – krzyknął przy okazji.
– Ale ty jesteś durny. Normalnie w konkursie na największego głupka jesteś za głupi, żeby wygrać, Brex. Może jeszcze pułapka z trującym gazem? – zadrwił Garanil.
– Tylko rzucam pomysły! Trochę litości… wiecie, kiedy ostatni raz byłem kotem? Albo organizowałem skrytkę? – wyrzucił z siebie Brex.
– Kotem to ty jesteś cały czas, podobnie jak Vertis – odparł Entiri.
Brex chciał zaprotestować, a Vertis przywalić Kosie, ale odezwała się Velira.
– Equliańskie wieżyczki P-3? Obudowa na statywie, czujniki laserowe i możliwość wsadzenia dowolnej pukawki?
– Wreszcie ktoś używa mózgu. Panowie, bez obrazy, ale wszyscy wiemy, że gdyby zawartość skrytki projektował Brex, byłaby tam zbroja płytowa, miny przeciwpiechotne i pięćdziesiąt robotów logistycznych bez systemu sterującego. A gdyby projektował ją Vertis – rewolwer czarnoprochowy bez instrukcji obsługi. Wieżyczka, w którą można wsadzić kropidło i która sama zastrzeli wszystko, co spróbuje podejść, to naprawdę dobry pomysł. Do tego nóż, kawałek liny – może paracordu – oraz zapalniczka albo zapałki. Najlepiej sztormowe, wodoodporne i idiotoodporne – stwierdził Garanil.
Wbrew pozorom Złotousty jeszcze nie zaczął pełnoprawnego roastu tych dwóch dyletantów, nawet jeśli mogło tak to wyglądać.
– Nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Jak na coś wpadnę, dopiszę. Garnek, chcesz zostać czy wolisz wrócić do Equlis? Już dość nam pomogłeś, nawet nie chcę zgadywać, jak ciężko było zdobyć tę sadzonkę – rzucił Entiri.
– Długa opowieść na inny raz. Więc… albo mogę wam pomóc tutaj, albo wrócić do Equlis, sprawdzić, ile nowych sezonów anime wyszło, czy są jakieś nowe gry do ogrania… albo po prostu pójść do knajpy dla czarnych charakterów i pić w dobrym towarzystwie, pocieszając – powiedzmy – Annatara, że następnym razem jednak uda mu się podbić Śródziemie. Trudny wybór. Nah, zostanę. Co będę siedział na rzyci – odparł.
– No, to się może przydać. Spróbuję policzyć, jaki jest zasięg tego wiru… na jakim obszarze musimy rozstawić te skrytki. Zaczniemy je rozkładać, jak dostarczą sprzęt z Equlis. Do tego czasu możecie się rozejść i zrelaksować. Słyszałem, że kucharz robi gołąbki. – rzucił Entiri.
– Pamiętasz, że jak Stirlitz dostał takie polecenie, to znaleziono go nieprzytomnego, przytulonego przez dwie panny lekkich obyczajów, z walającymi się po podłodze butelkami po wódce? – zapytał rzeczowo Garanil.
– O to się nie martwię. W obozie nie ma dziwek, a mamy żonine łzy, więc spokojnie możesz się uchlać.
– Nie wzięliście zasobów strategicznych? – zażartował Garnek.
– Mamy korpus magów i ludzi z komunikacyjnego, większych pizd nie uświadczysz – dorzucił Vertis.
– Możemy łaskawie zakończyć tę dyskusję i wziąć się do roboty? Inaczej powiem Cadence, Elathe i Tirii, że mają was przycisnąć. – powiedziała Velira, wychodząc z namiotu.
– Panowie, ja na waszym miejscu zacząłbym się bać – powiedział Brex, idąc za Velirą.
– Akurat przeciwko przyciśnięciu przez Cadence nie mam nic przeciwko, ale robota sama się nie zrobi – stwierdził Garanil, wstając.
Po chwili w namiocie został tylko Kosa. Przez kilka kolejnych chwil patrzył w płótno namiotu dowodzenia, zastanawiając się nad czekającą go bitwą.
Matma to nie problem. Matematyka zasięgu wiru wymiarowego? Zabijcie mnie!
Dlaczego nie zwaliłem tego na kogoś innego?!
Z głębokim jękiem uderzył głową w stół.
Gdy w końcu przekonał swoją leniwą stronę, że należy się tym zająć, chwycił za laptop.
Musiał odnaleźć potrzebne mu wzory.
***
Po dwóch godzinach intensywnej pracy miał dość.
Właśnie w takich chwilach zdawał sobie sprawę z tego, jak mało wie o świecie.
Ogólnie – jak małą wiedzą dysponują obieżysferzy.
Zjawisko wiru wymiarowego jest na tyle rzadkie, że nie byli w stanie go dokładnie zbadać. Na domiar złego zazwyczaj pojawiało się w takich sytuacjach jak na Dysmerii.
Zbyt dużo innych rzeczy na głowie i zbyt niebezpieczny teren, żeby rozstawić się z obozem badawczym.
Po wyjściu z namiotu postanowił przejść się po murze. Mógł dzięki temu się odprężyć oraz poobserwować pracę w obozie.
Mech właśnie zaczynał drukowanie kwatery głównej – dużego budynku blisko środka obozu.
Rozpiął siatkę energetyczną, jakby szkic budynku zbudowany ze światła. Następnie rozpylił na nią chmurę materii, która powoli zaczęła krystalizować się na liniach.
Przypominało to trochę nagranie dekonstrukcji energetycznej budynku… ale od tyłu.
– Oglądanie tego procesu zawsze jest hipnotyzujące. – usłyszał obok głos Tirii.
– Prawda. Widok budynku, który powstaje ot tak… coś pięknego. – odparł Entiri.
Sięgnął do torby i wyjął z niej prostą, lekko zużytą papierośnicę. Wyjął z niej dwa papierosy – jeden miał fioletowe oznaczenie, drugi zielone.
Podał zielonego Tirii, a sam zapalił fioletowego i puścił dymka. Siedzieli tak w ciszy, obserwując drukowanie.
Trzy minuty po wypaleniu papierosa Tirii spojrzała na Entiriego z lekkim rumieńcem na twarzy.
– Kosa… co było w tym szlugu? – zapytała nerwowo.
– Tytoń na pół z kocimiętką. – odparł z szelmowskim uśmiechem.
– Muszę znaleźć Vertisa, do zobaczenia! – powiedziała i puściła się sprintem do najbliższych schodów.
Biedny Vertis… przecież ona go wyciśnie do sucha. Prawie mi go żal.
Usłyszał dźwięk budzika ze swojego karwasza. Innymi słowy, jego zmiana dobiegła końca – mógł zjeść kolację i się położyć.
To był długi dzień.
***
Szelest.
Ktoś odsunął tkaninę zasłaniającą wejście do namiotu Entiriego.
Skradała się powoli, uważnie stawiając każdy krok. Nie mogła wydać żadnego dźwięku, bo jeszcze Kosa się obudzi.
O ile już tego nie zrobił i tylko udaje, że śpi.
Ominęła suchą gałązkę leżącą na środku – prostą pułapkę na tych, którzy nie umieją się porządnie skradać.
Dotarła do łóżka, odchyliła kołdrę, następnie odsłoniła plecy Entiriego, by… przyłożyć do nich swoje lodowate ręce!
Entiri syknął, szarpnął się lekko. Już chciał się odezwać, ale Velira mu na to nie pozwoliła.
Płynnym ruchem wskoczyła pod ciepłą kołdrę i potraktowała Entiriego jak przytulankę.
– Velira… gdzie w butach do łóżka… – jęknął Entiri.
– Nie marudziłbyś, gdyby to były szpilki – odgryzła się.
– Pas… dobranoc.
Komentarze
Prześlij komentarz