Witamy w Piekle. Rozdział 21 - Oblężenie i rozczarowanie

 




Minął tydzień od pierwszego transportu z Equlis.
Obieżysferzy… jak to obieżysferzy, nie próżnowali.

Wszystkie namioty oraz tymczasowe budynki zostały zastąpione porządnymi konstrukcjami z betonu i metalu.
Kwatera główna, laboratorium, baraki, zbrojownia, kuchnia… wszystko stało na swoim miejscu. Dokładnie tak, jak zaplanował sobie Ress.
Co do milimetra.
Pojawił się też warsztat, dzięki któremu technicy przestali grzebać przy pojazdach pod gołym niebem.

Jednak najważniejsza zmiana pojawiła się na murach. Automatyczne wieżyczki laserowe zostały ustawione w równych, dziesięciometrowych odstępach i bezustannie strzelały do wyrastających z ziemi cieni.

Obóz był pod oblężeniem.
I tak od dwóch dni.

Ogień był spokojny, cień wyrastał z ziemi, wieżyczka oddawała strzał, laser przecinał cień, który rozpływał się niczym smoła i wsiąkał w glebę, by po chwili na jego miejscu wyrósł kolejny.

Owszem, przez pierwsze dwie godziny mogło to robić wrażenie, ale po takim czasie wszyscy się już przyzwyczaili.
Entiri stał właśnie oparty plecami o ścianę wieży obserwacyjnej i powoli delektował się smakiem porannej kawy.
A przynajmniej dla niego była poranna, wstał jakieś piętnaście minut temu.

Nie miał nic szczególnego do roboty, dlatego też przysłuchiwał się wiadomościom, jakie chodziły na kanałach radiowych.
Meldunki o stanach magazynowych, zużyciu energii, technikaliach dotyczących wieżyczek i zagęszczeniu cieni pod murami.
Wszystko, co było potrzebne do sprawnego funkcjonowania bazy.

No i jeszcze składanka najlepszych żartów zasłyszanych dzisiaj w stołówce obozowej. Takie rzeczy dobrze robią na morale.
A moreli jak nie było, tak nie ma.

Drzwi do klatki schodowej wieży otworzyły się z upiornym skrzypieniem. Nawet jeśli nie spodziewali się żadnej infiltracji, warto mieć ten system wczesnego ostrzegania.
Właśnie dlatego zawiasy były celowo nienasmarowane, a Entiri dodatkowo polał je słoną wodą.
Dzięki temu szybciej zardzewiały.

Z wieży szybkim krokiem wyszedł Brex, rozglądając się intensywnie dookoła. Już miał zacząć kląć, kiedy zauważył Entiriego, którego osłaniały otwarte drzwi.

– Tu jesteś, musimy pogadać – rzucił poważnie.
– Było dać znać przez komunikator. O co chodzi? – odparł luźno Entiri.
– Czy jesteś absolutnie pewien, że sytuacja jest pod kontrolą?
– Myślałem, że już o tym gadaliśmy… wieżyczki dają radę i pomimo ciągłego ostrzału dalej mamy nadmiar energii.
– Ale ile tak wytrzymamy? Miesiąc? Rok? Mieliśmy wydobywać kryształy, szukać Żniwiarza i rozstawiać skrytki, a siedzimy na dupie!
– Brex, Brex, Brex… zrelaksuj się, to dopiero dwa dni…
– Ale… – Brex próbował się odezwać, ale Entiri mu przerwał.
– Poza tym nie siedzimy tutaj przez te cieniste pieski wyrastające z ziemi. Dopóki wokół naszego obozu krąży ten senny upiór, nie wypuszczę nikogo z bazy. – Entiri wydawał się kompletnie zrelaksowany.
– Coś ty palił, że jesteś taki spokojny? Czy może ktoś wrzucił ci coś do kawy?
– Jestem spokojny, bo mamy go na widelcu. Pułapka już ustawiona, wystarczy poczekać, aż w nią wpadnie.

Entiri był zadowolony z sytuacji. Jak tylko czujniki wykryły coś, co próbuje się dobrać do sfery sennej obozu, natychmiast postawili barierę. Szybka i elegancka reakcja.

– Mam pytanie… kiedy dokładnie się obudziłeś? – zapytał Brex.
– Wstałem jakiś kwadrans temu… i nie, nie obudziłem się jeszcze.

Brex uderzył się otwartą dłonią w czoło, po czym głęboko westchnął.

– Już zapomniałem, jak wkurwiający potrafisz być w takim stanie – rzucił Brex ze zbolałą miną.
– Wyluzuj, poza ciągłym szturmem nic się nie dzieje. Jestem przekonany, że upiór wpadnie w naszą pułapkę jeszcze dzisiaj.
– Skąd ta pewność?
– A stąd, że pęknięcia, które zostawiliśmy w ramach pułapki, średnio rozgarnięty mag znalazłby w ciągu pięciu godzin. A ten debil krąży wokół niej od dwóch dni.
– Może go nie doceniłeś? To w końcu bestia katastrofy…
– Bestia katastrofy – czytaj „zbyt zajęty pragnieniem mocy, by myśleć”. Jeśli już, to go przeceniliśmy.

Entiri ruszył kubkiem, aby wprawić resztkę kawy w ruch. Następnie wypił wszystko jednym łykiem.

– Wciąż uważam, że powinieneś pozwolić mi wziąć ekipę ekspedycyjną i ciężki sprzęt.
– Gdyby Vertis był w tej ekipie, to wysłałbym was z moim błogosławieństwem. Może upiór by go dorwał. – Entiri uśmiechnął się szelmowsko.
– Szefie! Magowie mówią, że coś próbuje przebić się przez bańkę. Proszą o wsparcie – usłyszeli głos Vincenta.
– Przekaż im, że już tam idę – rzucił Entiri do słuchawki.
– O wilku mowa… co z nim zrobimy?
– Wpakujemy go do kamienia więziennego i przekażemy do IBE. Ucieszą się na nowy okaz – odparł Kosa, wchodząc do środka wieży.

***

Siedziba magów znajdowała się tuż obok warsztatu. Magowie i technicy, wbrew pozorom, nie różnili się tak bardzo od siebie. Dodatkowo lubili ze sobą współpracować.
Jeśli śruba albo klucz nasadowy wpadł ci przez przypadek do wnętrza silnika podczas remontu, sprawny telekinetyk wyciągnie je bez rozbierania całości.

Już na wejściu Vincent wziął od Entiriego pusty kubek po kawie i wcisnął mu w rękę nowy, ze świeżo zaparzoną.
Entiriego lekko to zdziwiło. Pusty kubek miał odstawić do stołówki po drodze, ale wyleciało mu to z głowy. Podziękował za świeżą kawę, bo tego nigdy za wiele, po czym przeszedł do głównej sali.

Wnętrze wyglądało tak, jak można się było tego spodziewać. Mnóstwo runów wyrytych w betonowej posadzce, półki uginające się od ksiąg z wiedzą, którą warto było mieć na wyciągnięcie ręki, magiczne światła na ścianach i jakiś dziwny artefakt unoszący się na rzeźbionym piedestale na środku sali.

Całość wyglądała bardzo mistycznie i tajemniczo.
Oczywiście jeśli zignorować miękkie, różnokolorowe pufy rozrzucone po sali oraz stolik z ekspresem do kawy przy jednej ze ścian.

W sali panowało lekkie poruszenie. Trzech magów w niebieskich, zdobionych szatach stało przy artefakcie.
Entiri zignorował kolejnych dwóch w podobnych ubraniach, siedzących na pufach i czytających komiksy z Kaczorem Donaldem.

– Na czym stoimy? – rzucił po wejściu.
– Próbuje się przebić przez pęknięcie, jednak w tym tempie umrzemy z nudów. – odparł jeden znad komiksu.
– Macie kolejną barierę w gotowości? – zapytał Entiri.
– Tak, czekamy tylko na rozkaz. – odparł jeden ze stojących przy piedestale.
– No to na co czekacie? Otwierać.

Jeden z magów zrobił gest ręką. Tylko tyle.
Po chwili artefakt zadrżał, sygnalizując obecność czegoś obcego.

– Zamykam, postawcie kolejną. – rzucił mag.

Tym razem Entiri to poczuł. Delikatna fala, blokująca wszystko ze sfery snów, omiotła jego ciało, rozchodząc się po obozie. Zatrzymała się tuż przed tą pierwszą.

– Chodźmy go zobaczyć. Gdzie jest? – rzucił Entiri.
– Gdzieś w północnej części muru. Z takiej odległości ciężko dokładnie wskazać.

Trzech magów, Vincent i Entiri wyszli z siedziby. Dwaj pozostali magowie, niewzruszeni sytuacją, dalej czytali komiksy.

***

Po krótkim spacerze dotarli do miejsca, w którym bezkształtna postać, z uporem godnym dzięcioła, waliła głową w barierę.
Wyglądem przypominała trochę ciemną mgłę albo chmurę pyłu.

– Nie wygląda zbyt imponująco. – rzucił Entiri, dokładnie przyglądając się upiorowi.

Uniósł dłoń i wypuścił prosty impuls energii magicznej.
Postać zareagowała od razu. Zatrzymała się, zadrżała, po czym z jeszcze większym zapałem zaczęła uderzać w barierę. Tym razem tę zewnętrzną.

– To bez wątpienia bestia katastrofy, ale… tak słabej jeszcze nie widzieliśmy… chyba. Jak przekażemy ją do IBE, dostarczą nam więcej danych. – odparł najwyższy stopniem mag.
– Że to coś zabiło dwóch naszych i prawie wykończyło mnie. Zdecydowanie nie chciałbym spotkać się z silniejszym egzemplarzem. – Entiri pokręcił głową z zażenowaniem.

Nikt nie odpowiedział. Entiri wyjął z torby kamień więzienny – kryształową kulkę o średnicy pięciu centymetrów. Była czarna w środku i miała ciemnopurpurowe brzegi. Użył telekinezy, żeby unieść ją przed sobą.
Wykonał kolejny gest ręką; karty wyleciały z futerału i zatańczyły wokół kuli.

– Dobra, dajcie go tu. – powiedział sucho.

Rozkaz został wykonany niemal natychmiast. Magowie zaczęli ciche inkantacje, a upiór powoli podlatywał w ich stronę. Bariera wokół obozu stała się widoczna i wyraźnie było widać, jak mała sfera zawierająca ciemną chmurkę oddziela się od głównej kopuły i zmierza w kierunku Entiriego.

Kosa rzucił krótką inkantację w dziwnie brzmiącym języku. Karty zaczęły wirować wokół kuli, gdy upiór stopniowo się zwężał i wlatywał do jej wnętrza.
Po chwili nie było już po nim śladu. Entiri rzucił kolejny czar, by zapieczętować kamień, który teraz mienił się bladoniebieskim blaskiem.

– Nie lubię oglądać, jak szef używa czarnej magii. – podsumował Vincent.
– A ja nie przepadam za jej używaniem, ale czasem nie ma wyboru. Wrzuć to do relikwiarza, wyślemy go do Equlis następnym transportem. – odparł Entiri, podając Vincentowi kamień.

Vincent przytaknął i ruszył żwawym krokiem do kwatermistrza. Zdecydowanie nie chciał trzymać kamienia dłużej, niż to konieczne.

– No, panowie, fajrant. Świetna robota. Możecie się zrelaksować, a ja pójdę wypuścić Brexa z obozu. – powiedział Entiri, ruszając w stronę kwatery głównej.

***

Po dotarciu do budynku dowodzenia wezwał do siebie Brexa, Vertisa i Bryanta. Doskonale wiedział, że dotarcie na miejsce trochę im zajmie, więc zrobił sobie kolejną kawę.

Gdy przyszli, nie zdążyli nawet usiąść, kiedy Entiri zaatakował ich dobrą wiadomością.

– Zamknęliśmy tego upiora, możecie ruszyć się z bazy. Patrząc po waszych minach, zdecydowanie wam się to przyda. – rzucił sucho.
– A już się bałem, że to kolejny fałszywy alarm. Zbiorę chłopaków, sprzęt geologiczny i poszukamy miejsca na wydobycie. – odparł szybko Brex.
– Zostawcie nam kilka sond. Skoro robimy zwiad, to przy okazji zmapujemy złoża. – odpowiedział mu Vertis.
– Dla mnie też zostawcie jedną. Bryant, pożyczam jeden myśliwiec. – powiedział spokojnie Entiri.
– Was?! Do czego niby chcesz go użyć?

Entiri odstawił kubek i spojrzał zdziwiony na Bryanta. Brex i Vertis również wlepili w niego spojrzenia.

– Mam coś na twarzy?
– Czytałeś raport ze zwiadu przeprowadzonego przed tym, jak ruszyliśmy zakładać ten obóz? Albo wczesne skany wiru wymiarowego?
– Nein, to nie jest w kręgu moich zainteresowań!

Vertis schował twarz w dłoniach, a Brex wybuchnął głośnym śmiechem.

– W takim wypadku dobrze, że siedzisz w obozie, przyjacielu. – Brex serdecznie poklepał Bryanta po ramieniu.
– Już wyjaśniam, twoim językiem, jak lubisz. Wir wymiarowy jest stacjonarny względem masywu skalnego, nad którym się unosi, a nie centralnej gwiazdy… tej świecącej kulki. A to zupełnie inna wyspa niż ta, na której my jesteśmy. – wyjaśnił Entiri.
– Czyli żeby założyć skrytki i zdobyć jakieś dane o wirze wymiarowym, musimy ustawić obóz badawczy niedaleko samego wiru. W miarę możliwości dobrze chroniony. Rozumiem. – dokończył za niego Bryant.

Entiri miał już wychodzić z pokoju, kiedy odezwał się Vertis.

– Wiecie co? Przeoczyliśmy szczegół.

Entiri zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na Vertisa. Zdecydowanie nie lubił tego zdania.
Przegapione szczegóły zazwyczaj prowadziły do problemów.

– Im mniejszy ten szczegół, tym gorzej. Dajesz. – rzucił Brex.
– Fale zmian. Jak chronimy skrytki? Talizmany chronią nas, a generatory duży obszar… – zaczął Vertis, ale Bryant mu przerwał.
– Gottverdammt noch mal! Nie będziemy w stanie ich odpowiednio zasilić! Potrzebujemy jakiegoś pośredniego generatora pola stabilizującego, który będzie działał pasywnie i bezobsługowo! Scheiße! – Bryant uderzył głową w ścianę.

Entiri nie zamierzał nic mówić — Bryant skomentował to wystarczająco dosadnie. Podrapał się po szyi z zamyśloną miną.

O dziwo najspokojniej zareagował Brex. Oparł się o ścianę, zbierając myśli.

– Nie widzę problemu. Skoro zakładamy tam bazę, to obsługa będzie miała oko na perymetr. Możliwe nawet, że nie będą nam potrzebne skrytki — wystarczy kilka oddziałów patrolowych. – odezwał się po chwili Brex.

Entiri uderzył się otwartą dłonią w czoło.

– Ma rację. To jest problem, który wystąpi dopiero po porzuceniu bazy badawczej. – powiedział Bryant, nagle się uspokajając.
– Jeśli ją porzucimy – poprawił go Vertis z szelmowskim uśmieszkiem.
– Jeśli… to dobre słowo. Skoro to mamy ustalone, ja się zbieram. – rzucił Entiri, wychodząc z pokoju.

Użył systemu komunikacyjnego bazy, żeby wysłać wiadomość do Veliry.

„Jeśli masz chwilkę czasu i ochotę na wycieczkę, to widzimy się na lotnisku za pięć minut.”

Po chwili dostał wiadomość zwrotną.

„Przyjęłam.”

***

Kiedy dotarł na lotnisko, Velira już na niego czekała.

– To gdzie lecimy? I czym? – zapytała rezolutnie, kiedy podszedł.
– Lecimy obejrzeć tereny przy wirze oraz samą anomalię. Chcę założyć kolejną bazę. – rzucił krótko.
– Czyli raczej myśliwcem. Equliańskie myśliwce… latałam na starszych generacjach.
– Te są bazowane na Me-262. Wyeliminowaliśmy wszystkie wady oryginału.
– Świetnie, ja prowadzę! – krzyknęła, puszczając się sprintem w stronę myśliwca.

Entiri stał tak przez chwilę, lekko zdziwiony. Co prawda mieli dwa takie myśliwce, ale jeden musiał zostać w bazie na wszelki wypadek.

– Ale to ja chciałem prowadzić. – powiedział po chwili.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 4