Witamy w Piekle. Rozdział 22 - Strefa wiru
– Mówił ci ktoś kiedyś, że latasz jak szatan? – zapytał Entiri.
– Wypraszam sobie, to on lata jak ja! – odcięła się Velira.
Lecieli już od dobrej godziny i zbliżali się do celu.
Velira za sterami samolotu świetnie się bawiła, podczas gdy Entiri na tylnym siedzeniu metodycznie analizował dane zbierane przez czujniki pojazdu.
– Mam po prostu wylądować czy…
– Polataj chwilę dookoła. Chcę zebrać odczyty.
Velira kiwnęła głową.
***
Mniej więcej pół godziny później Entiri zauważył dziwny odczyt.
– Ląduj, musimy coś sprawdzić.
– Niby gdzie? Nie widzę żadnego płaskiego terenu. Wszędzie pagórki…
– Ten samolot ma możliwość lądowania i startu pionowego. Czekaj, aktywuję procedurę lądowania.
Entiri pogrzebał chwilę w systemie statku. Po chwili ciąg głównych silników pod skrzydłami został skierowany w dół, a stery przejął autopilot.
Samolot zaczął powoli opadać, aż w końcu usiadł bezpiecznie na ziemi.
– Fajny bajer… możemy zaadaptować tę technologię? – rzuciła Velira.
– Jak wrócimy do bazy, dam znać premierowi, że jesteście zainteresowani – odparł lekko Entiri, wyskakując z kokpitu.
Zaczął grzebać przy karwaszu, by po chwili zmaterializować sondę geologiczną, którą zabrał z obozu.
Urządzenie z impetem wbiło się w ziemię. Następnie do komputera Entiriego zaczęły docierać odczyty.
– Kwarc, żelazo, miedź… nic specjalnego. Zaraz… iryd, śladowe ilości osmu, związki alkaliczne… jest nawet trochę kryoteum.
– Jakbyśmy zaczęli tu wydobycie, to można się obłowić. Szkoda tylko, że skład zmieni się zaraz po fali – Velira celnie sprowadziła go na ziemię.
Entiri podsunął jej pod nos karwasz. Na ekranie była podświetlona jedna pozycja.
– Tego nie zmieni – rzucił pewnie.
– Czyli jest tu złoże tych dysmerańskich kryształów…
– Musimy im wymyślić jakąś nazwę.
– Prawda. Brzmi to po prostu źle. Nie zmienia to faktu, że mamy miejsce na bazę.
Dopiero teraz Entiri rozejrzał się dookoła. Pagórki, dołki, karłowate drzewa i żółte trawy.
– Znowu sawanna… ale przynajmniej to nie pustynia – mruknął.
– A propos tego – fale zmian są w stanie zmienić prawie wszystko w… prawie wszystko inne, tak? – zapytała niepewnie Velira.
– Mniej więcej. Nie jesteśmy do końca pewni, badamy to.
– Dlaczego w takim wypadku nie widzieliśmy żadnych ruin, budynków ani bardziej przetworzonych materiałów?
– To… – Entiri zawahał się, podrapał się po głowie, zastanawiając się nad odpowiedzią. – To jest bardzo dobre pytanie i nie mam zielonego pojęcia, jak na nie odpowiedzieć.
– Jakieś anomalie? Coś, co może podsunąć jakąś tezę?
– Nie jestem pewien… cała Dysmeria to jedna, wielka anomalia. Nie wiemy, co jest tu naturalne, a co spowodowane naszą obecnością.
Velira nie odpowiedziała. Wpatrywali się w ciszy w dane wyświetlane na karwaszu.
– To co teraz? – przerwała ciszę.
– Teraz trochę analizy. Mamy tu mnóstwo danych, które trzeba przełożyć na bardziej zrozumiały język – odparł Entiri.
Znów komenda do karwasza i błysk materializatora. Po chwili stał przed nimi stół z dwoma krzesłami. Entiri rozłożył jeszcze monitor, myszkę i klawiaturę, po czym sparował wszystko ze swoim komputerem osobistym.
– Dobra, zobaczmy, czy mój podkręcony Z-5 poradzi sobie z analizą – rzucił, uruchamiając program analityczny.
– Serio? Z-5? Przecież na rynku equliańskim dostępna jest już seria ZX. Wiem, że lubisz starszy sprzęt, ale…
– Ale seria ZX ma problemy optymalizacyjne i jest tylko o połowę mocniejsza od mojego sprzętu przy trzykrotnie wyższej cenie. Podziękuję – przerwał jej Entiri.
Velira zaśmiała się cicho.
– Chcesz mi powiedzieć, że cię nie stać?
– Mój jest już podrasowany i ma wgrane wszystko, czego potrzebuję. Seria ZX to porażka — nie lubi modyfikacji.
– Oj, droczę się tylko. Sama myślałam o zakupie komputera osobistego.
– W takim wypadku idź od razu po Z-7. Jest bardzo podatny na mody.
Ciszę przerwał sygnał programu analizującego, który wypluł kolejny pakiet danych. Ten był już znacznie bardziej zrozumiały niż surowe odczyty czujników.
Entiri przez chwilę przeglądał dane, po czym uruchomił kalkulator.
Kilka dziwnych wzorów matematycznych później urządzenie podało wynik.
– Hm… wychodzi na to, że musimy założyć skrytki w promieniu jakichś osiemdziesięciu kilometrów – stwierdził.
– Od którego miejsca? – zapytała Velira.
– Bezpośrednio pod centrum wiru… jakieś pięćdziesiąt kilometrów od nas.
– Brzmi jak sporo skrytek do założenia.
Entiri zamyślił się na chwilę. Teren był co prawda pusty, ale jego wyrównywanie byłoby koszmarem.
– Przy odrobinie szczęścia wir rozpadnie się, zanim ktoś przez niego wypadnie. Ech… może następna fala wylosuje nam lepsze warunki do pracy.
– Ale jest też szansa, że będzie gorzej. Jesteś w stanie określić, kiedy wir się rozpadnie?
– Bez szans. Odczyty energetyczne wyszły poza skalę, a obecnie nie mam większej.
– To co teraz?
– Czekamy, aż sonda określi dokładne rozmiary złoża kryształów, potem wracamy – powiedział Entiri, ustawiając zlecenia analizy.
– Zgaduję, że nie możemy się zrelaksować?
– Za duże ryzyko, że coś nas zaatakuje… ale możemy w coś zagrać.
– Makao? – zapytała, wyciągając z kieszeni talię kart.
– Rozdawaj.
***
Po dwóch godzinach sonda wypluła z siebie wynik.
Entiri właśnie przegrał kolejną partię, gdy komputer dał znać.
– Zobaczymy… siedzimy na trzech tonach kryształów.
– To dość… mało… tak? – zapytała niepewnie Velira.
– To największe złoże, jakie do tej pory widzieliśmy. Dodaj do tego fakt, że są cholernie twarde, ciężkie w wydobyciu i nie da się ich zdematerializować.
– To przepis na masę roboty. Wydobycie, ciężki sprzęt, transport… cieszę się, że nie ja będę się tym zajmować.
Poczuli lekki podmuch wiatru. Entiri rozejrzał się dokoła.
– Ocho, patrz, kolejna fala. – rzucił, patrząc za siebie.
– Są strasznie nieregularne, przydałby się system wczesnego ostrzegania. Myśliwiec jest osłonięty? – odparła szybko.
– Tak ma zamontowany kryształ w kadłubie, jednak reszta…
Velira wstała i położyła dłoń na sondzie, Entiri zwinął stół z całym osprzętem do torby.
Półprzezroczysta fala zmian przeszła przez nich niczym fala przypływu. Nie byli już na sawannie. Dookoła nich rozpościerał się las tak gęsty, że światło nie było w stanie przejść przez korony drzew.
– No pięknie. – powiedział Entiri.
Rzucił szybkie zaklęcie oświetlające. Kula białego światła zawisła nad jego głową. Taka sama po chwili zawisła nad Velirą.
– Świetnie… owszem, musimy wyciąć sporo drzew, ale dzięki temu będzie czym zasilić główny stabilizator. – rzucił rezolutnie Entiri.
– Nope, poczekamy na kolejną. – odparł Velira.
– A to niby dlaczego?
– To czarcie jabłonie.
Entiri gwałtownie rozejrzał się dookoła. Na niektórych gałęziach faktycznie można było dostrzec owalne owoce przypominające jabłka z małymi różkami. Wszystkie były jeszcze zielone.
– Szlag! Wszystkie przejrzałe! W takim wypadku musimy się stąd szybko zabrać.
Entiri sięgnął do torby i wyjął z niej dwie buteleczki. Wypił zawartość jednej, drugą podał Velirze.
– Na ile wystarczy? – zapytała po wypiciu.
– Jakieś piętnaście minut. Wskakujemy do myśliwca. Ty prowadzisz, bo będę musiał nas przenieść nad drzewa.
Velira przytaknęła. Ruszyli przez gąszcz, czując wszechobecny, mdląco słodki zapach, który mieszał w zmysłach. Jakby zachęcał, do wzięcia błyszczącego, zielonego jabłuszka.
Po paru minutach intensywnego szukania drogi między drzewami udało im się dotrzeć do myśliwca i otworzyć kokpit.
Wskoczyli do środka i zapięli pasy.
– Odpal silniki i rozkręć je na maksa, ale nie zwalniaj hamulca. – rzucił Entiri, przygotowując zaklęcie.
Velira wykonała polecenie. Silniki zaryczały, jednak samolot stał w miejscu.
Po chwili nastąpił fioletowy błysk. Pod maszyną otworzył się portal, samolot poleciał w dół. Wypadli z portalu nad koronami drzew.
Velira zwolniła hamulec, a myśliwiec wyrwał do przodu.
– Zdecydowanie musicie nam opchnąć plany tego myśliwca. – rzuciła zachwycona.
– Zobaczę, co da się zrobić. Wracamy do bazy głównej – odparł Entiri.
Po chwili rzucił kolejne zaklęcie, by zneutralizować toksynę czarcich jabłek, która mogła się dostać do środka poprzez powietrze, lub na ich ubraniach i skórze.
Różnicę odczuli natychmiast.
– Dzięki, ten zapach zaczynał mnie drażnić – rzuciła velira
***
Pół godziny później wrócili do bazy.
– Dobra, to nowość – rzuciła Velira, patrząc na obóz.
– Na tym etapie nie jestem już nawet zaskoczony. Dobrze, że mur jest wysoki i w miarę szczelny.
Otoczenie obozu znacząco się zmieniło po ostatniej fali. Do tej pory przeskakiwało losowo pomiędzy tundrą, bagnem oraz lasem deszczowym.
Teraz wyglądało to jakby Ktoś postanowił wznieść fortecę na samym środku jeziora.
– Pasuje jak pięść do nosa, ale przynajmniej oblężenie się skończyło – powiedziała Velira, przymierzając się do lądowania wewnątrz murów.
– Nie, wieżyczki dalej strzelają. Widocznie cienie umieją pływać – odparł, obserwując linię obronną.
Po chwili samolot siedział na błocku bazy. Entiriemu uciekł ten fakt, więc kiedy wyskoczył z kokpitu na skrzydło, a potem na ziemię; wywinął pięknego orła, upadając na plecy.
– Wszystko w porządku? – zapytała Velira, wychylając się z kokpitu.
Ze swojej pozycji idealnie widziała w jak imponującym stopniu umazał się błotem.
Jej umysł zaczynał snuć wizję wspólnego, gorącego prysznica; oraz odpowiedniej wymówki, ale wypowiedź Entiriego wybiła ją z rytmu.
– Może ja tu trochę poleżę… to błoto jest takie wygodne – odparł Entiri
– Kąpiele błotne ponoć dobrze robią na cerę, ale powinieneś się zanurzyć cały – Velira ledwo powstrzymywała śmiech.
– W takim razie tobie przyda się bardziej niż mnie. – odgryzł się Entiri.
Velira nie wytrzymała i serdecznie się roześmiała, podobnie jak on weszła na skrzydło i zeskoczyła na ziemię, jednak o wiele ostrożniej.
Lądowanie zakończyło się powodzeniem, podeszła do Entiriego, który nie wykazywał chęci wstania z miękkiego błocka. Wyciągnęła rękę w jego kierunku, żeby pomóc mu wstać.
Entiri z wdzięcznością chwycił jej dłoń, po czym z psotnym uśmiechem pociągnął dół tak, że Velira wylądowała twarzą w błocku tuż obok niego.
Po chwili podniosła głowę, starła błoto z twarzy, rozmazując je jeszcze bardziej i spojrzała na Entiriego.
– Musiałeś?
– Masz teraz wymówkę, żeby wejść ze mną pod prysznic. – rzucił z rozbrajającą szczerością.
– Myślałam, że jesteśmy dorośli i nie potrzebujemy wymówek. – zdziwiła się Velira
– Po pierwsze: jestem dziecinny! Po drugie: sama przed chwilą zastanawiałaś się na wymówką.
– Jakiś wybryk natury czyta w myślach.
Entiri wstał i podniósł Velirę z błocka.
Następnie ruszył w kierunku budynku, w którym mieszkał, a w którym był też prysznic i pralka.
– Ale wiesz, że mogę sama iść? – zapytała Velira, wciąż leżąca w jego ramionach.
– Korzystaj z okazji. – odparł Entiri, nie zwalniając kroku.
Całej sytuacji przyglądał się Vincent, którego nie zauważyli, a który chciał odebrać od Kosy raport z wyprawy. Postanowił się jednak nie wtrącać.
– Niektórzy żyją w swoim świecie. To się ceni. – powiedział cicho.
***
Po nieco zbyt długim prysznicu oraz zmianie ubrań Entiri wraz z Velirą pojawili się w pokoju dowodzenia.
Ress już na nich czekał z gorącą kawą oraz raportem podsumowującym zdarzenia z ostatnich trzech godzin.
Znaczy… raport by był, gdyby coś się faktycznie stało.
– Zastanawia mnie tylko, dlaczego w obozie jest tyle błota. Myślałem, że mury są szczelne – rzucił Entiri, upijając kawy.
– Nie aż tak, jak powinny. Przecieki zdarzają się najlepszym. Dodatkowo wieżyczki nie są zbyt skuteczne przeciwko celom w wodzie. – odparł Ress.
– Woda rozprasza wiązkę lasera, dodatkowo oprogramowanie celownicze ma z nią problemy… tak zgaduję. – dodała Velira.
– Na nasze szczęście cienie też nie radzą sobie w wodzie. Spece z bio podejrzewają, że adaptacja zajmie im jakieś czterdzieści godzin, może mniej. – powiedział Ress, pokazując raport.
– Mamy czas na znalezienie rozwiązania… może zaprząc prąd do pracy? – rzucił Entiri.
– Bez szans. Koszty energii nas zeżrą, nawet z iglicą błyskawic. – powiedział Vincent, wchodząc do pokoju.
Entiri podrapał się po głowie, intensywnie myśląc. Wszelka broń palna byłaby problematyczna. Pociski mają tendencję do paskudnego zachowania przy zmianie ośrodka. Niektóre nawet wybuchają po uderzeniu w wodę.
Problem rozwiązała Velira.
– Endorańskie wieżyczki G-6. Potrafią miotać stalowe igły z prędkością ponad tysiąca metrów na sekundę. Działają na zasadzie działa Gaussa i mogą strzelać pod wodą.
– Dlaczego jeszcze o nich nie słyszeliśmy? – zapytał Ress.
– Bo nie zostały jeszcze poprawnie przetestowane, a Entiri ma zakaz szpiegowania u sojuszników… nie żeby go to powstrzymywało. – odparła krótko Velira.
Ress i Vincent spojrzeli zdziwieni na Kosę. Ich spojrzenia zdawały się wręcz mówić: „Zabronić czegoś? Kosie?”
– Nie powstrzymuje. Nie wykradam wrażliwych informacji z Endory z czystej przyzwoitości. – odparł Entiri.
– Telefon do Oświeconej i dostaniemy plany. Potem chwila drukowania i mamy porządną metodę obronną. – podsumowała Velira.
Jak ja lubię pracować z kompetentnymi ludźmi.
***
Kiedy przyszedł czas na kontakt z Equlis, Entiri poprosił o połączenie z Oświeconą. Po chwili znajoma twarz pojawiła się na ekranie.
Potargane włosy, szlafrok oraz przymknięte powieki wyraźnie dawały do zrozumienia, że Arieth dopiero się obudziła.
– Kosa, zdajesz sobie sprawę z tego, która u mnie jest godzina? – zapytała zaspanym, lekko rozdrażnionym głosem.
– Pewnie coś koło trzeciej nad ranem. – odparła Velira, siedząca na kolanach Entiriego.
– Druga dwadzieścia sześć dokładnie… co się stało i czy naprawdę nie mogło to zaczekać do jutra?
– Potrzebujemy planów wieżyczki G-6. – powiedział spokojnie Entiri.
Arieth momentalnie się rozbudziła i spojrzała poważnie na Kosę.
– Nie miałeś przypadkiem zakazu na szpiegowanie endorańskich technologii eksperymentalnych?
– To nie szpiegostwo, jeśli informacje dostarcza twój wywiad. – Entiri uśmiechnął się radośnie.
W tym momencie Velira przybrała minę niewiniątka.
Arieth westchnęła głęboko, po czym lekko się uśmiechnęła.
– Naprawdę, dlaczego przyzwyczajenie się do tej relacji Endora–Equlis jest dla mnie takie trudne… Skoro prosicie o plany, to pewnie macie poważny problem. Zaraz je wyślę.
– Wielkie dzięki. Nie zamierzam brać tego za darmo. Wysyłam ci plany nowiutkich myśliwców, które są w fazie testów. – powiedział Entiri.
– Fellan o tym wie?
– Kto? – Entiri zgrywał niewiniątko.
– Czyli nie wie. – Arieth uśmiechnęła się psotnie.
– Nie ma nic do gadania, biorąc pod uwagę fakt, że to projekt instytutu technicznego. A tak się składa, że mam przy sobie Bryanta i mogę mieć pozwolenie na wczoraj. – odparł Entiri.
– O nic więcej nie pytam. Proszę, wysłałam plany, a teraz wracam do łóżka. Dobranoc.
Po tym zdaniu Oświecona się rozłączyła, a oni mieli plany.
– Świetnie, to teraz tylko wdrożyć to do produkcji. – podsumowała Velira.
– O ile po drodze coś się nie spieprzy… albo kolejna fala nie zmieni jeziora w pustynię. – odparł Entiri.
Komentarze
Prześlij komentarz