Witamy w Piekle. Rozdział 23 - Wiązanie pętli
– Oczywiście, że musiało się to stać… no bo, kurwa, czemu nie?! – krzyknął Entiri.
Stał właśnie na murze bazy, przeczesując wzrokiem otoczenie.
Przy jego pasku coś intensywnie trzeszczało.
Piętnaście minut po otrzymaniu planów wieżyczki, z zegarkiem w ręku, przez Dysmerię przeszła kolejna fala, zmieniając jezioro dookoła bazy w pustynię.
– Dysmeria jak zwykle musi sobie z nas robić jaja – skwitowała Velira, jedząc lody czekoladowe w rożku.
– Najwyraźniej tak… cholera, też to słyszysz? Co tak trzeszczy?
– To chyba twój omnimetr.
Entiri sięgnął do paska i zdjął z niego małe urządzenie.
– Osiemdziesiąt mikrosiwertów… – odczytał z ekranu.
– Tutejsze promieniowanie tła normalnie nie przekracza czterech…
– Czyli nie dość, że pustynia, to jeszcze grzeje… możemy wrócić do tundry? Proszę?! – krzyknął w dal.
Entiri po prostu nie znosił pustyni. Promieniowanie było tylko irytującym dodatkiem.
– Prawdopodobnie tak, ale to może potrwać. Antyrady czy czekamy na kolejną falę? – rzuciła spokojnie Velira.
– Nie wiemy, kiedy będzie kolejna. – wyjął z torby dwie ampułkostrzykawki, jedną wstrzyknął sobie, drugą podał Velirze.
Następnie podłączył się do obozowych głośników, by nadać komunikat.
– Uwaga, moi państwo. W ten piękny, szarobury dzień w tym zjebanym świecie mamy pustynię na zewnątrz obozu. Dodatkowo czterdzieści stopni Celsjusza oraz rześkie osiemdziesiąt mikrosiwertów. Jak ktoś nie ma antyradów, to ma się zgłosić do medyka – powinien mieć ich sporo… o ile nie przepił.
Kosa zgadywał, że to była tylko formalność. Każdy średnio rozgarnięty uczestnik ekspedycji powinien nosić przy pasku omnimetr na wypadek takich sytuacji.
Warto dodać, że na takie ekspedycje nie wysyłano osób „słabo rozgarniętych”.
Konieczność wyciągania debili z kłopotów, które sami spowodowali, zawsze jest męcząca.
– Co z wieżyczkami G-6? – zapytała Velira.
– Nie będę przerywać produkcji. Skoro jezioro pojawiło się raz, może pojawić się znowu. Wtedy będziemy mieli mniej czasu, więc wolę być przygotowany.
Z karwasza Entiriego zaczęła dobiegać przyjemna melodyjka. Spojrzał na ekran.
„Połączenie przychodzące: Brex”
Przez chwilę korciło go, żeby odrzucić połączenie, jednak przypomniał sobie, że są na Dysmerii. To mogła być kwestia życia i śmierci, dlatego odebrał i przełączył na głośnomówiący.
– Salon sukni ślubnych, Kosa przy telefonie – zażartował.
– Mam trzech martwych, pięciu rannych i jesteśmy jakieś dziesięć kilometrów od północnej bramy. Goni nas stary znajomy. Jest znacznie szybszy! – rzucił Brex, rozłączając się.
– No pięknie. – podsumował Entiri.
– Czyli będzie rozróba, dobrze, że już kończę – powiedziała Velira, dojadając rożek.
– Dodatkowo to kolos, a większość luda jest poza obozem. To może być ciężka walka.
Entiri znów połączył się z siecią. Kolejny komunikat.
– Z ostatniej chwili. W naszym kierunku zbliża się kolos, któremu będzie trzeba wklepać. Chętni do bitki są mile widziani przy północnej bramie. – Entiri zabrzmiał jak rasowy prezenter telewizyjny.
Następnie Kosa wyjął z torby swój zaufany karabinek z osprzętem oraz zasobnik z amunicją. Wszystko przekazał Velirze.
– Chcesz, żebym ja z tego strzelała?
– Albo będę na tyle formacji, pilnując, żeby nikt nie zginął, albo tłukł kolosa na froncie. Masz okazję sobie postrzelać z tej pukawki.
Velira uśmiechnęła się szeroko. Zupełnie jak dziecko, które dostało nową zabawkę.
***
– Wygląda to całkiem nieźle. – rzucił Entiri, patrząc na grupę śmiałków gotowych walczyć z kolosem.
Garanil, Vincent, Kargan oraz Bryant w pancerzu wspomaganym stali przy bramie. Trzech snajperów – z Velirą włącznie – na wieżach strażniczych.
Dodatkowo dwa działa kalibru 152 mm, które ściągnęli właśnie na taki wypadek.
– Widzę ich, zbliżają się – usłyszał w słuchawce głos Veliry.
– Świetnie, załatwmy to szybko, dobrze? Nie mam ochoty walczyć z nim czwarty raz. – powiedział Entiri.
Odpowiedziały mu przytaknięcia.
Każdy był gotów do walki. Tym razem na pewno uda im się wyciągnąć tę przerośniętą konserwę.
Entiri dotknął futerału. Karty ponownie zatańczyły. Już miał zacząć formować zaklęcia wspomagające, kiedy usłyszeli głos Ressa w komunikatorze.
– Do wszystkich! Ann wyszła z transu. Powiedziała, że Dysmeria się do nas zbliża i za chwilę rozpęta się tutaj piekło!
– Jak to… Dysmeria… się zbliża? – zapytał Garanil.
– Nie wiem, zaraz po tym straciła przytomność!
– Bogowie ot tak nie tracą przytomności… stała czujność! – powiedział Entiri.
Ananke? Tracąca przytomność? To nie zapowiada się kolorowo!
– Wyjadą zza pagórka za pół minuty! – krzyknął snajper.
Przybrali formację bojową. Garanil, Bryant i Kargan na przedzie. Vincent w środku.
Entiri stał z tyłu jako mag wspierający. Od razu rzucił parę zaklęć wzmacniających.
W końcu wyjechali. Pięć transportowców wynurzyło się zza pagórka.
A tuż za nimi kolos, który… nie wyglądał zbyt… kolosalnie.
Był zdecydowanie mniejszy. Zamiast wcześniejszej, przerośniętej puszki wyglądało to jak poprawna zbroja rycerska.
Wysoki na około dwa metry, pół metra w barach, może trochę więcej.
– Co on, zbiegł się w praniu? – zapytał Vincent.
– Może mało żelaza w diecie? – zażartował Bryant.
– Wy serio mieliście problemy z czymś takim? Przecież ja go sam załatwię. – Garanil był pewny swego.
Nawet nie zaczekał na odpowiedź. Ruszył przed siebie w dzikiej szarży z uniesioną pawężą. Zamierzał po prostu staranować kolosa.
– Kurwa, debil! – krzyknęła Velira z muru.
Entiri tylko westchnął głęboko.
– Chodźmy mu pomóc, bo jeszcze się chłopak zabije – rzucił spokojnie Vincent.
Garanil z całym impetem wbił się w kolosa, który… nie cofnął się o krok.
Przyjął potężne uderzenie wspomaganej magicznie pawęży, jakby to był wicherek.
Kolos odskoczył w bok, przebiegł obok Garanila. Szybkimi ruchami minął Kargana i wskoczył na pancerz Bryanta.
Naukowiec próbował walczyć, miotał się, chcąc zrzucić z siebie oponenta jak natrętną muchę.
Kolos jednak miał inny plan. Szybkie uderzenie w plecy pancerza – trafił w źródło zasilania.
Bryant padł na ziemię, zbroja straciła całą moc i nie reagowała na polecenia.
Z komunikatora dało się słyszeć wiązankę przekleństw, która zawstydziłaby niejednego wilka morskiego.
Kolos pobiegł dalej. Przebiegł obok Vincenta, jakby kowboj nie był dla niego żadnym zagrożeniem.
Następnie rzucił się na Entiriego.
Kosa spodziewał się takiego obrotu spraw.
Wyjął miecz, przywołał tarczę.
Krok w bok.
Trach!
Pięść Kolosa wbiła się w ziemię.
Entiri miał w tym momencie silne uczucie déjà vu.
Kolos wyszarpał pięść z pustynnej gleby, suchy piach wzniósł się w powietrze. Zamachnął się na Entiriego.
Kosa odsunął się delikatnie. Ominął pięść, skrócił dystans.
Brzdęk!
Potężne uderzenie tarczą w hełm poniosło się echem po okolicy.
– Ty mnie chyba lubisz, co? Albo lubisz dostawać wpierdol, jedno z dwóch!
Mówiąc to, Entiri unikał kolejnych uderzeń rozwścieczonego kolosa.
– Za mocno wierzga, żeby strzelić! – usłyszeli celowniczego działa.
– Podaj! – krzyknął nadbiegający Garanil.
Entiri od razu zrozumiał pomysł przyjaciela i uśmiechnął się mimowolnie.
Skumulował energię w prawej ręce.
Kolejny unik, znowu skrócił dystans.
Odrzucił miecz, dotknął napierśnika oponenta.
– Szach! – krzyknął Entiri.
Potężne pchnięcie mocy odrzuciło żywą zbroję prosto w kierunku Garanila.
– Miłego lotu! – krzyknął tarczownik.
Wzmocnił tarczę oraz mięśnie zaklęciem i z całej siły uderzył lecącego kolosa pawężą tak, aby ten poleciał do góry.
Uderzenie wyniosło go na ponad dziesięć metrów.
Zanim zaczął spadać, Entiri wyrwał telekinezą skałę z ziemi, nadał jej kształt kolca, po czym puścił ją przez cztery bramy przyspieszenia w stronę żywej zbroi.
Trach!
Trafił.
Kolec wbił się w zbroję i przebił ją na wylot.
Kolos z łoskotem uderzył o ziemię.
– Uwaga! – krzyknął celowniczy.
Huk!
Pocisk przeciwpancerny dobił kolosa do ziemi.
– I wy mieliście z nim problemy? – zapytał Garanil, stając obok Entiriego.
– Jest jakiś… o wiele słabszy. Może ciągłe transformacje i regeneracja wypruły go z energii? – odparł Kosa.
– To było strasznie antyklimatyczne – rzucił Kargan, wyciągając Bryanta z pancerza.
– Nie chcę wam przeszkadzać, ale on się podnosi – usłyszeli głos Veliry.
Spojrzeli w kierunku kolosa.
Faktycznie zaczął się powoli podnosić. Przebity kolcem, z dziurą na wylot w napierśniku. Z obu ran płynęła czarna, metaliczna maź.
– To co… dobijamy? Czy może do labo na badania? – zapytał Garanil.
– Za duże ryz…
Nagły trzask komunikatora przerwał wypowiedź Entiriego.
Po chwili usłyszeli głos Vertisa.
– Uwaga, żniwiarz!
Czarna sylwetka wyrosła z ziemi tak nagle, że Entiri nie zdążył nic zrobić.
Ostrze żniwiarza zbliżało się do jego szyi, gotowe po raz kolejny zebrać krwawe żniwo i wyrównać rachunki.
Klang!
Garanil był jednak szybszy. Odepchnął Kosę i sparował ostrze żniwiarza swoją tarczą.
Następnie zadziałał Entiri – użył błysku, by przenieść siebie oraz Garanila na bezpieczną odległość.
Znaleźli się tuż obok kolosa.
– Pękła kość przedramienia – powiedział Garanil, poruszając ręką.
– Wygląda jak poprzednio. Znowu owładnęły nim cienie – powiedział Entiri, rzucając zaklęcie lecznicze.
– To będzie… trudne – odparł Garanil.
Żniwiarz zawył jak zranione zwierzę. Niebo pociemniało, chociaż zdawało się, że to niemożliwe.
Z ziemi powoli zaczęły wyrastać cieniste bestie, patrząc na Obieżysferów głodnym wzrokiem.
– Znaczy… trudniejsze – odparł Entiri.
Komentarze
Prześlij komentarz