Witamy w Piekle. Rozdział 24 - Na końcu sznura

 – Cóż… to eskalowało szybko – rzucił Entiri, tnąc cienistego wojownika na odlew.

Na polu bitwy panował absolutny chaos. Wieżyczki razem ze snajperami nie przestawały strzelać, a pod północną bramą trwała istna rzeź.
Każdy zdolny do walki w zwarciu siekał cienie na lewo i prawo, jednak tego badziewia tylko przybywało.

Dodatkowo kolejna niespodzianka: to nie były cieniste kotki i pieski. Miały bardziej humanoidalne formy.
I były twarde.

Entiri stał właśnie z Garanilem i Vertisem, który dotarł tuż po żniwiarzu. Plecami do siebie odpierali kolejne ataki.
Byli otoczeni.

– O tyle dobrze, że żniwiarz stoi i patrzy. Gdybyśmy mieli walczyć też z nim, mielibyśmy przesrane – odparł Garanil, odbijając kolejny cios.
– Jak go spotkaliśmy na zwiadzie, też tak to wyglądało. Ledwo wyrwaliśmy się z oblężenia – rzucił Vertis, zmieniając bębenek w rewolwerze.
– Wcześniej było ich o wiele mniej. Możliwe, że to on przywołuje nadwyżkę, ale jest to zajmujące – zauważył Entiri.
– Trzeba go czymś rozproszyć, ale inteligentnie. To jednak żniwiarz – rzucił Vertis.
– Kosa, masz chętkę? Żniwiarz to nie mój typ przeciwnika, a ty radzisz sobie z nimi najlepiej – powiedział żartobliwie Garanil.

Entiri zastanowił się przez chwilę, przy okazji rzucając kolejne zaklęcie wzmacniające.

– Dobra, ale muszę się przygotować – odparł po chwili.
– Tak myślałem, rzucamy się na niego kup… czekaj, co!? – Vertisa aż zatkało.
– To, co słyszałeś. Daj mi swój talizman – odparł Entiri.
– Ty chyba nie chcesz…
– Zaufaj mi, mam plan – przerwał mu Entiri.
– Niby jaki? – zapytał Vertis, rzucając Kosie talizman.

Entiri złapał talizman i ruszył pędem w stronę klęczącego nieopodal kolosa.

– Kurwa, sprytny! –Garanil odpowiedział zamiast Entiriego.

***

Entiri dobiegł do kolosa, tnąc te cienie, których nie mógł ominąć. Dotknął ręką kamiennego kolca, który nadal tkwił w żywej zbroi, i rzucił szybkie zaklęcie.
Kolec rozsypał się w pył. Moloch spojrzał na Entiriego z mieszaniną zdziwienia i powątpiewania.

Kosa otworzył talizman stabilizujący i pokazał kolosowi fragment kamienia świata.

– Pomagasz nam zajebać żniwiarza, a potem się rozchodzimy. Co ty na to? – rzucił szybko.

Kolos spojrzał w kierunku żniwiarza, po czym energicznie pokiwał głową. Bez wahania wyciągnął rękę i chwycił kryształ.

Nastąpił błysk światła, a fala energii przeszła przez pole bitwy, raniąc cienie na swojej drodze.
Kolos wstał. Dziury w pancerzu zniknęły, metal był jak nowy. Dwa czerwone punkciki w hełmie zajaśniały jeszcze mocniej.

– Obym nie popełniał błędu – powiedział Entiri, rzucając na siebie kolejne zaklęcia wzmacniające.

Odrzucił pusty talizman, lewą ręką chwycił za swoją wysłużoną berettę. Zmienił magazynek na pociski przeciwpancerne i ruszył w kierunku żniwiarza.

W biegu użył kolejnych zaklęć. Pokrył swój miecz szeregiem osłabiających klątw, które miały znacząco utrudnić żniwiarzowi funkcjonowanie.

W tym tempie muszę skończyć to szybko. Oby pierwszy cios był darmowy!

Los postanowił uśmiechnąć się do Entiriego.
Żniwiarz stał niewzruszony, zupełnie tak, jakby nie widział nadciągającego zagrożenia. Był zbyt skupiony na przywoływaniu cieni.

Na polu bitwy za taką nieuwagę się płaci.

Będąc niedaleko żniwiarza, Kosa użył błysku. Przeniósł się tuż za oponenta i ciął na skos, od góry.
Jakby wiedziony szóstym zmysłem, żniwiarz zdał sobie sprawę z zagrożenia w ostatniej chwili.
Odskoczył w bok, jednak było już za późno. Cios Entiriego odciął mu lewe ramię.

Ryk bólu i wściekłości rozniósł się po polu bitwy, a białe, czerwone oraz niebieskie symbole rozprzestrzeniły się po ciele przeciwnika.

Entiri uśmiechnął się mimowolnie.

Klątwy działają. Bardzo dobrze.

Żniwiarz rzucił się w kierunku Entiriego z mieczem w prawej ręce. Był jednak zdecydowanie wolniejszy.

Kosa zamierzał sparować uderzenie, ale kolos był szybszy.
Z impetem wbił się w żniwiarza od boku, posyłając go na ziemię. Zaczął okładać go pięściami jak oszalały.

Szok uderzenia zastąpiła szczera furia. Żniwiarz wniknął w ziemię pod kolosem.

Znowu ta sztuczka… gdzie jesteś?!

Entiri był czujny. Starał się wychwycić obecność przeciwnika, jednak nie był w stanie.
Jednak ktoś inny czuwał.

Kula wystrzelona przez Velirę rozorała glebę po lewej stronie Entiriego.
Kosa zrozumiał natychmiast. Wbił miecz w ziemię tam, gdzie wskazała mu Velira.

Usłyszeli kolejny ryk ugodzonej zwierzyny.

Żniwiarz wyłonił się trzy metry za nim. Jego oczy płonęły wściekłością, a przeklęte runy paliły się jaskrawym, niebieskim blaskiem, dając Entiriemu wyraźnie znać, że oponent próbuje zregenerować rękę — jednak bezskutecznie.

To była pierwsza klątwa.

Żniwiarz rzucił się na Entiriego, tnąc od góry, jednak Kosa zablokował uderzenie i strzelił mu w brzuch. Po chwili kolejna kula trafiła w plecy.
Velira cały czas działała niczym anioł stróż.

Żniwiarz schował miecz. Zebrał energię, próbował cisnąć w Entiriego zaklęciem.
Czar eksplodowało w jego dłoni.
Rozjarzyły się czerwone znaki.

To była druga klątwa.

Przeciwnik Entiriego zawył z wściekłości, by po chwili znów oberwać pięścią od kolosa.
Uderzenie odrzuciło go o spory kawałek.
Rozjarzyły się białe symbole.

Wokół szyi żniwiarza pojawił się biały, świetlisty łańcuch, prowadzący do lewego ramienia Entiriego.

To była ostatnia klątwa.

Nie mógł się regenerować – z ran sączyła się czarna jak smoła krew.
Nie mógł rzucić żadnego zaklęcia – dłoń miał poparzoną od wybuchu many.
Nie mógł uciec – łańcuch blokował jego ruchy.

Pozostawało mu tylko walczyć!

Dobył miecza i rzucił się na Entiriego z upiornym wrzaskiem.
Kolos stanął mu na drodze.
Chciał uderzyć, ale żniwiarz znów wniknął w podłoże.

Zamierzał wynurzyć się z ziemi tuż przy Entirim.
Strzał Veliry zdradził jego pozycję. Miała go jak na dłoni.

Wyskoczył z cienia przed Kosą, zanim ten zdążył wbić miecz w ziemię.

Entiri sparował jego atak.
Cięcie z prawej. Z lewej. Od góry.
Fechtowali się w milczeniu, jak równy z równym.

Entiri jednak słabł. Zimny pot spływał mu po skroni.
Ruchy stawały się wolniejsze, bardziej przewidywalne.
Oddech był szybszy, bardziej rwany.

Aż w końcu obieżysfer popełnił błąd.

Żniwiarz zamierzał to bezlitośnie wykorzystać.
Jego ostrze minęło gardę Entiriego i miało zanurzyć się w jego szyi.

Ale w tle panowała cisza.
Żadnego grzmotu.
Żadnej błyskawicy.

Kolos dobiegł do pleców żniwiarza i złapał go za ramię, zatrzymując ostrze.

Entiri to wykorzystał. Z całej siły uderzył swoim mieczem w ostrze żniwiarza.
Roztrzaskując je na kawałki!
Fragmenty zimnej stali uniosły się w powietrze, a wraz z nimi – dusze zabitych przez żniwiarza.

To była szansa, której Entiri nie mógł zmarnować.

Odrzucił miecz.
Ostatkami sił woli rzucił kolejne zaklęcie.
Sięgnął do dusz pokonanych, wiążąc je tym samym białym łańcuchem.

– Kamień dusz! – krzyknął Entiri.

Ktoś rzucił w jego kierunku niebieską, lekko połyskującą kulę.
Entiri odrzucił pistolet i złapał ją, by następnie zamknąć w niej schwytane dusze.

Żniwiarz mógł tylko patrzeć na niego nienawistnym spojrzeniem, gdy rozpadał się w pył.

Nowe cienie przestały się pojawiać. Front się uspokoił.

Garanil chciał podejść do przyjaciela. Wiedział, że Entiri nie jest w najlepszym stanie.
Nie zdążył.

Humanoidalny cień wyrósł z cienia Entiriego.
Zielona błyskawica przecięła niebo przy zachodniej bramie.
Czarne jak smoła ostrze zagłębiło się w plecach obieżysfera, przechodząc na wylot.

Kolos jednym ruchem wgniótł cień w ziemię.
Jednak było już za późno.

Serce Entiriego stanęło. Kamień dusz wypadł mu z rąk.
Obieżysfer osunął się na ziemię.

Martwy.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 4