Witamy w Piekle. Rozdział 25 - Oddech

 Jedyną rzeczą świadczącą o niedawnym oblężeniu była czarna maź, właśnie wnikająca w ziemię.

Technicy sprawdzali sprawność wieżyczek i wymieniali uszkodzone elementy.
A było tego sporo, biorąc pod uwagę liczbę przeciwników.
Szczególnie po dupie dostała obrona przeciwlotnicza.

Brex, Vertis, Garanil, Vincent i Velira stali nad zwłokami Entiriego.
Vincent ostrożnie podniósł kamień dusz z ziemi i owinął go w specjalną tkaninę.

– To co teraz? – zapytał Brex, zapalając fajkę.
– Przydałoby się go chyba pochować – rzucił luźno Vertis.
– Dobry był z niego człowiek… i jeszcze lepszy obieżysfer. Chyba najlepszy, jakiego znałem – powiedział smutno Garanil, ocierając łezkę. Po chwili jednak kontynuował wesołym tonem: – Dobra! Wskrzeszamy go! Ile będzie się tak wylegiwał.
– Jesteś pewien, że chcesz to zrobić tutaj? Nie będziemy w stanie wysłać go na urlop! – skontrował Brex.
– Ta, a potem będzie nam suszył głowę, że za długo nam zeszło. Wskrzeszajcie go tutaj, przekonam go do urlopu! – powiedziała Velira tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Nastąpiła krótka chwila ciszy, podczas której każdy z obecnych na coś czekał.
Po chwili odezwał się Brex.

– Too… robicie coś? – zapytał, kątem oka zerkając na pozostałych.
– Nie znam się na tym. Niech Vertis popracuje – odparł krótko Vincent.
– Dobrze wiecie, że go nie znoszę. Nie zamierzam go wskrzeszać! – obruszył się Vertis.
– Ja jestem raczej magicznym młotkiem… to Kosa zazwyczaj się tym zajmował – podsumował Garanil.
– Czyli co… nie damy rady go wskrzesić? – rzuciła zdziwiona Velira.
– Ej! Mamy kogoś, kto umie wskrzeszać?! – Garanil wydarł się na całe gardło.

Elathe podbiegła do nich w kilka sekund i od razu przykucnęła przy Entirim.

– Kiedy on kipnął? – zapytała szybko.
– Ja wiem… chwilę temu? – odparł spokojnie Brex.
– Dokładny czas, proszę – Elathe spiorunowała go wzrokiem.
– Jakieś pięć minut temu – odparł Garanil, spoglądając na swój karwasz.

Elathe zaklęła szpetnie.

– I żadne z was nie pomyślało, żeby zawołać mnie wcześniej?
– A czy to, kiedy kipnął, jest takie ważne? – zapytał Vertis.

Brex uderzył się otwartą dłonią w czoło.

– No tak, po dwóch minutach bez tlenu mózg obumiera – powiedział w nagłym olśnieniu.
– Gdybyście zawołali mnie od razu, nie trzeba by go było wskrzeszać. Wystarczyłoby zaleczyć ranę i przywrócić akcję serca – wyjaśniła Elathe.
– To co teraz? Da się go naprawić? Drugiego takiego Entiriego nie dostanę – zapytała Velira.
– Rezurekcja to nie jest mój konik… ale razem z magami i kapłanami powinniśmy sobie poradzić.

***

Wziął głęboki oddech – zupełnie jakby dusił się od lat.
Zerwał się do siadu, otworzył oczy i rozejrzał dookoła.
Był lekko otępiały. W uszach dzwoniło, wzrok był zamazany. Do tego pulsujący ból głowy.
Entiri doskonale znał to uczucie.

Magowie oraz kapłani stojący w kręgu dookoła niego, a także runy narysowane na piasku, tylko potwierdziły jego przypuszczenia.

– Śmierć… to prawdziwy odlot. Ile mnie nie było? – zapytał, masując palcami skronie.
– Jakąś godzinę – odparła Velira, podając mu bukłak z wodą.
– Co tak długo? – rzucił, po czym upił łyk.
– Bo jedyna osoba, która jest w stanie wskrzeszać w miarę szybko, była przed chwilą martwa! – krzyknęła Elathe, ocierając pot z czoła.
– Nie drzyj się tak, rozumiem – odparł cicho Entiri. Zdecydowanie nie miał obecnie sił na kłótnie.
– Fakt, że jesteś tak oporny przy wskrzeszaniu, zdecydowanie nie pomógł! Następnym razem wyślemy Vertisa albo Brexa po przepowiednie – ich wskrzesza się o wiele łatwiej! – krzyknęła Elathe, wyraźnie chcąc się wyładować.
– Ej! Ot tak byś mnie poświęciła? – oburzył się Vertis.
– Wybacz, skarbie, ale przywrócenie do życia ciebie to bułka z masłem. Głównie dlatego, że nie jesteś potężnym magiem – głos kapłanki wyraźnie złagodniał.

Velira pomogła Entiriemu wstać. Kręciło mu się w głowie, a nogi miał jak z waty.
Praktycznie od razu Garanil podparł go od boku.

– Spokojnie, gwiazdeczko. Jesteś wykończony.
– Dzięki za cynk, nie zgadłbym.

Kątem oka Kosa zauważył jeszcze jedną osobę, której zdecydowanie nie spodziewał się zobaczyć. Dał Garanilowi znak, że da radę iść sam.
Tarczownik odstąpił, a Entiri podszedł do stojącego opodal Kolosa.

Sam moloch przyglądał się obieżysferowi z mieszanką zainteresowania i ostrożności. Ręce trzymał blisko ciała, prawa noga była lekko wysunięta do przodu – był gotowy na atak.

Entiri pokręcił delikatnie głową, po czym wyciągnął w jego kierunku dłoń.

– Kompletnie nie mam ochoty się z tobą bić. Sztama? – zapytał.

Kolos przez chwilę przyglądał się dłoni Entiriego, szukając podstępu. Po chwili jednak wyciągnął swoją prawicę i delikatnie uścisnął dłoń Kosy.

– I to mi się podoba. Obyśmy nigdy więcej nie wchodzili sobie w drogę. Bezpiecznej podróży… dokądkolwiek zmierzasz.

Kolos puścił jego dłoń, po czym wydał z siebie cichy pomruk zadowolenia. Odwrócił się na pięcie i ruszył dalej – w głąb Dysmerii.

– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? Bestia katastrofy na wolności to zawsze kłopoty – zapytał Garanil, stając obok niego.
– Miałbyś rację, gdyby takową był.
– Co masz na myśli?
– Od samego początku wykazywał wyższość i pogardę. Denerwował się, kiedy go obrażałem. Wpadał w furię z powodu słów, a nie ran. Na koniec przyjął ofertę i współpracował.
– Co to ma do rzeczy? – zapytał Garanil.
– Bestia katastrofy ma jasną definicję. To oszalały byt żądny mocy kamienia świata. Jak dotąd nie spotkaliśmy takiego, który wykazywałby coś więcej niż instynkt samozachowawczy – wyjaśnił Entiri.
– A to, co opisałeś, świadczy o wyższej inteligencji… masz rację.
– Nie wiem, czym jest ten kolos, ale mam nadzieję, że więcej go nie spotkam. Jest problematyczny! – powiedział Entiri z pretensją w głosie.

Kosa wyciągnął papierosa i zapalił. Po chwili puścił dymka.

– Wracamy. Potrzebuję kawy… i zmienić ubrania – dodał po chwili.

***

Jak tylko znalazł się w przydzielonym mu mieszkanku, Entiri wskoczył pod prysznic.
Nie dawał tego po sobie poznać, ale czuł się po prostu paskudnie. Jedyne, na co miał teraz ochotę, to zanurkować w miękkiej pościeli.
Nie mógł jednak tego zrobić – było jeszcze kilka rzeczy do załatwienia.

Po prysznicu i narzuceniu czystych ubrań poszedł do kwatery głównej.
Kiedy wszedł do głównej sali, Vincent od razu wcisnął mu w dłoń kubek gorącej kawy.
Entiri przyjął go z wdzięcznością i od razu upił łyk.

W sali zebrała się już cała wierchuszka: Garanil, Brex, Vertis, Bryant, Ress i Velira.
Czekali tylko na niego.

– No dobra, kiedy mamy kontakt z Equlis? – rzucił na start.
– Za dwie godziny i szesnaście minut. Jednak przydałoby się ustalić, co robimy dalej – odparł spokojnie Ress.
– Fakt, udało nam się wykonać zadanie główne – obóz się trzyma i możemy zacząć zakładanie placówek wydobywczych – dodał Brex, popijając coś mocniejszego z piersiówki.
– Cele poboczne też wykonaliśmy. Kolos raczej nie będzie chciał znowu walczyć, sprawa wiru ustalona, trzeba tylko ustawić skrytki. Żniwiarz martwy, a dusze grupy Deyera odzyskane – dokończył Vertis, czyszcząc swój rewolwer.
– Drzewo świata zasadzone i ślicznie się rozwija. Za jakiś miesiąc fale nie będą stanowiły dla niego zagrożenia – powiedział Garanil, popijając herbatę.

Entiri zamyślił się przez chwilę, znów upijając kawy.

Nie udało nam się jeszcze odkryć, czym tak naprawdę jest Dysmeria… fale to też cholerna tajemnica. No i głupiec się jeszcze nie pojawił.

– Zgaduję, że kiedy złożymy meldunek, Fellan każe nam założyć kilka posterunków wydobywczych. Nie wiem jednak, jak zareaguje sama Dysmeria – powiedział po chwili.
– Na razie jest spokojnie. Nawet oblężenie się zatrzymało – zauważył Bryant.
– Nie wiemy, na jak długo. Musimy być ekstremalnie ostrożni. Dodatkowo chciałbym ustanowić przynajmniej dwie jednostki o charakterze specjalistycznym – odparł Entiri.
– Co dokładnie masz na myśli? – zapytał Vertis.
– Pomyślcie: jak na razie mamy magów, zwiadowców i górników… plus garnizon obozowy. Czego brakuje?
– Oddziału do szybkiego reagowania. Nie mamy nikogo, kto w pięć minut byłby w stanie przyjechać ze wsparciem – zauważył Ress.
– Drugą będzie jednostka badawcza. Za każdym razem, kiedy próbujemy zacząć poważne badania, coś nam przerywa – dodał Bryant.

Entiri pokiwał głową z zadowoleniem.

– To teraz musimy zaadresować słonia w pokoju – wcięła się Velira.
– Słoń jest, ale na zewnątrz. Przyleciał w transporcie jakiś czas temu i świetnie się bawi jako zwierzątko obozowe. Zaskakująco dobrze działa na morale – odpowiedział lekko zdziwiony Entiri.
– Mówię o tobie, Staruś. Ty, ja i urlop.
– To oczywiste. Wracamy do Equlis z najbliższym transportem – odparł spokojnie Entiri.

W tym momencie Vertisowi oraz Brexowi szczęki opadły.
Bryant natychmiast wyciągnął z kabury pistolet i wymierzył w Entiriego.

– Kim jesteś i co zrobiłeś z herr Kosą, podrabiańcu?
– Bryant… przecież ty nie umiesz strzelać. Coście tacy zdziwieni? – rzucił Entiri.
– Ot tak zgadzasz się na urlop? To nie brzmi jak ty! – krzyknął Vertis.
– Ehh… słuchajcie. Do tej pory mieliśmy żniwiarza, który mógł nam zwiać, a ja miałem nad głową miecz Damoklesa w postaci przepowiedni. Czy to naprawdę aż tak dziwne, że nie mogłem usiedzieć na miejscu?

Bryant powoli zabezpieczył broń i schował ją do kabury, a Brex wolno pokiwał głową.

Ostry ból przeszył głowę Entiriego, a powieki zaczęły się same zamykać. Zachwiał się lekko i gdyby Velira go nie podtrzymała, z pewnością upadłby na podłogę.
Nic jednak nie mogło uratować kubka z kawą, który wypadł mu z ręki i rozbił się o posadzkę.

– Brex… chciałbym już teraz zdać swoje obowiązki jako dowódcy… muszę się położyć – Entiri brzmiał o wiele słabiej niż chwilę temu.

Garanil od razu odstawił kubek, podszedł do przyjaciela i podparł go za ramię.

– Niech zgadnę. Zgrywasz twardziela, ale czujesz się jak ostatnie gówno – powiedział dosadnie.

Entiri tylko pokiwał głową.

– Przejmuję dowodzenie. Idź się położyć. Velira, możesz iść z nim – wyjaśnimy sytuację Oświeconej.

Velira przytaknęła i razem z Garanilem odprowadzili Entiriego do łóżka.

***

Jego stan był gorszy, niż myślał. Film urwał mu się, jak tylko wyszli z pokoju narad.
Teraz się obudził i czuł się jeszcze gorzej.
Poczuł ruch – kołysał się lekko, a uczucie było podobne do leżenia w hamaku.
Wtedy zrozumiał – był na noszach.

Spróbował otworzyć oczy. Światło było zbyt ostre, nic nie widział.

– Jeśli umrę teraz, to skasujcie moją historię przeglądarki – zażartował słabym głosem.
– Spokojnie, nie umierasz. To syndrom post - wskrzeszeniowy. Wyjątkowo mocny, trzeba zaznaczyć, ale poskładają cię w Equlis – usłyszał odpowiedź obozowego medyka.
– No to kicha. Do kolejnego transportu pewnie kilka dni. Uśpijcie mnie do tego czasu.
– Premier i Trzmielerał zarządzili awaryjny transport. Samolot jest już na lotnis…

Nie usłyszał dalszej części. Znowu film mu się urwał.

***

Znowu pobudka – tym razem w łóżku. Nadal nie mógł otworzyć oczu, ale czuł się troszeczkę lepiej.
Spróbował się ruszyć – ciało odmówiło posłuszeństwa.

– Ktoś tu się obudził. Jak się czujesz? – usłyszał znajomy, żeński głos.
– Jak totalne gówno… mamy poniedziałek, prawda? – zażartował słabym głosem.
– Nie jest aż tak źle.
– Co ze mną, pani doktor?
– Cytując klasyka: „Ło panie, a kto to panu tak spierdolił?”

Entiri zaśmiał się cicho.

– Dacie radę mnie poskładać?
– Pewnie. Jak teraz zaśniesz, to obudzisz się jak nowo narodzony.
– Trzymam za słowo.

Po tych słowach odpłynął do krainy snów.

***

Świadomość wracała do niego powoli. Zupełnie tak, jakby nie chciał się jeszcze budzić.
Słyszał za oknem śpiew ptaków, a promień słońca padający prosto na jego oczy utwierdził go w przekonaniu, że jest ranek.

Podniósł się ostrożnie.
Nic go nie bolało, czuł się świetnie. Umysł również zdawał się działać sprawniej.
Rozejrzał się po pokoju, który był prosto urządzony: łóżko, szafka i wieszak przy ścianie. Wszystko w białym kolorze.
Całość sprawiała wrażenie sterylnej.

Wstał z łóżka i zrobił kilka ruchów. Ciało reagowało trochę niemrawo… ospale.
Jednak to uczucie szybko minęło.

W szafce znalazł czyste ubrania, a na wieszaku wisiała jego torba podprzestrzenna oraz pasek z komputerem osobistym.
Szybko przebrał się w swoje ubrania, pościelił łóżko i położył na nim szpitalną piżamę, złożoną w kostkę.
Założył pas z komputerem, torbę przewiesił przez ramię i otworzył drzwi.

Na progu wpadła na niego Velira, która właśnie miała wejść do środka.

– Wstałeś już! Jak się czujesz? – zapytała z troską.
– Powoli. Nic mi nie jest. Czuję się o wiele lepiej.

Chwyciła jego twarz w dłonie i dokładnie mu się przyjrzała. Palce prawej ręki powędrowały do szyi. Przez chwilę badała puls.
Zadowolona z normalnego rytmu serca uśmiechnęła się pogodnie.

– Myślałam, że jeszcze trochę pośpisz, więc wyskoczyłam po kawę.

Velira wyjęła ze swojej torby kubek termiczny i podała go Entiriemu.
Kosa przyjął go z wdzięcznością i od razu upił łyk.

– To teraz tylko wypis i mój urlop oficjalnie się zaczyna… ile minęło czasu od bitwy?
– Trzydzieści sześć godzin. Mamy piękny, czerwcowy poranek.

Entiri pokiwał głową.
Ruszyli znajomym korytarzem Centrum Odnowy Biologicznej do recepcji. Kosa bywał tu nieraz i dość dobrze znał rozkład budynku. Dodatkowo oznaczenia były bardzo czytelne.

Przy recepcji formalności zostały załatwione bardzo szybko. Co ciekawe, rząd Equlis uregulował rachunek – czego Entiri kompletnie się nie spodziewał.
Była to jednak bardzo miła niespodzianka, biorąc pod uwagę fakt, że rachunek należał do tych większych.

Przeszli przez drzwi wejściowe. Ciepłe, poranne powietrze Kantarii było bardzo miłą odmianą od ciężkości i duchoty Dysmerii.

– To co teraz? – zapytała Velira.
– Mieliśmy zaplanowany wypad do „Purpurowego Płomienia”… co powiesz na to?
– Już myślałam, że nie zapytasz. Z wielką przyjemnością – odparła ucieszona.
– Ale zdecydowanie przejdziemy się do centrali portalowej. Nie chcę kombinować z magią… jeszcze.

Velira pokiwała głową ze zrozumieniem.

Dobrowolny urlop zaczynający się randką… zawsze to jakaś odmiana.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 4