Witamy w Piekle. Rozdział 26 - Jak trwoga, to do Kosy

 Trzy dni po powrocie z Dysmerii Entiri spotkał się z trzmielerałem Gerumem, żeby omówić dalsze działania.

To spotkanie było bardzo krótkie, ponieważ okazało się, że Kosa został odsunięty od tej sprawy.
Najważniejsze wątki na Dysmerii zostały zamknięte – pozostały tylko badania, wydobycie kryształów oraz pilnowanie wiru wymiarowego.
Gerum uznał, że Entiri najzwyczajniej w świecie nie jest już tam potrzebny.

„Pierdołami mogą zająć się inni. Ty odpocznij, bo nie wiemy, kiedy twoja asysta znowu będzie potrzebna.”

W związku z tym Entiri wesoło odpoczywał przez ostatni miesiąc.
Przez pierwsze dwa tygodnie spędzał czas z Velirą, jednak po tym czasie pani kapitan musiała wrócić do swoich obowiązków.
Od tego momentu oddawał się jednej z ulubionych aktywności dużej części obieżysferów.
Turystyce jedzeniowej.

Po prostu szwendał się po różnych uniwersach w poszukiwaniu knajp, które mógłby polecić kolegom po fachu.

Obieżysferzy lubią dobrze zjeść.

***

Kosa przesiadywał właśnie na jednej wersji Ziemi. W mieście o dziwnej nazwie „Szczecin” był świetny bar mleczny, do którego bardzo lubił zaglądać. Lokal był urządzony w stylu PRL, a gotowały w nim stare kucharki, które znały się na swoim fachu.
W tym miejscu można było tanio i dobrze najeść się do syta. Ewenement na skalę światową.
Nazwa baru „Turysta” tylko dopełniała uroku tego miejsca.

Akurat tego dnia podawali świetną grochówkę. Był właśnie w połowie porcji, kiedy telefon w jego kieszeni zawibrował.
Urządzenie było sprzężone z karwaszem oraz komputerem osobistym, więc oznaczało to nową wiadomość.

Kto się dobija w trakcie obiadu? Minął dopiero miesiąc, nie powinni jeszcze mieć do mnie żadnej sprawy.
Ehh… sprawdzę, jak skończę… i może uda się wyciągnąć od kucharek przepis na tę grochówkę. Jest świetna!

***

Po zjedzeniu obiadu oraz zapłaceniu sowitego napiwku wyszedł z baru. Nie udało mu się niestety wyciągnąć przepisu, ale na pocieszenie mógł obserwować reakcję kasjerki na złotą monetę.
Ta mieszanka zdziwienia i euforii zawsze wprawiała go w dobry nastrój.

Dla niego coś takiego było drobnymi na waciki, lecz dla nich?
Nie był pewien, ale chyba dużo.

Wyszedł na zewnątrz baru i oparł się o ścianę. Sięgnął do kieszeni po telefon.
Przez kilka kolejnych chwil patrzył intensywnie na czarny ekran, bijąc się z myślami.

Z jednej strony miał wolne oraz święte prawo zignorowania kolejnego, potencjalnego końca świata, w sprawie którego mogli pisać.
Z drugiej zaś – zżerała go ciekawość.

– Może to nic ważnego – rzucił pod nosem, otwierając SMS-a.

Wiadomość była oficjalnym zaproszeniem do Instytutu Magi-Techu w sprawach wagi państwowej, podpisanym przez Irię Calder – obecną dyrektor placówki.

To był już bardzo poważny dylemat.
Z powodu pewnych przeszłych wydarzeń Entiri – będący kiedyś dyrektorem IMT – musiał ustąpić ze stanowiska.
Na dodatek nie mógł wchodzić do gmachu budynku.
No chyba że otrzymał oficjalne zaproszenie oraz eskortę przynajmniej dwóch strażników.

Po kolejnych kilku chwilach namysłu uznał, że nie może odpuścić tej okazji.
Był środek dnia i ulica była dość ruchliwa, nie mógł tak po prostu otworzyć portalu. Co prawda pewnie nikt nie uwierzyłby naocznym świadkom, ale niesmak pozostawał.

Szybkim krokiem ruszył do galerii handlowej naprzeciwko baru.
Zszedł na podziemny parking, a potem poszukał miejsca bez kamer i bez świadków.
Nie zajęło mu to zbyt długo. Potem jedno szybkie zaklęcie i pojawił się przed nim portal do domu.

Wystarczyło się tylko przebrać w lżejsze ubrania.
Dziesięć minut później był już w drodze do instytutu.

***

Główna siedziba IMT miała swoje miejsce w dzielnicy rzemieślniczej Kantarii. Pełno było tu różnych warsztatów i innych zakładów związanych z rzemiosłem… jakimkolwiek.

Trzydziestopiętrowy gmach Instytutu Magi-Techu znajdował się raczej z dala od centrum miasta, na uboczu. Wielki, szary i wykonany z czegoś, co tylko z wyglądu przypominało beton. W rzeczywistości była to mieszanka bardzo twardych metali oraz polimerów.
Ten gmach miał znieść wszystko.
Nie wspominając już o otaczającej go magicznej barierze i technologicznym polu siłowym.
Chociaż nie było pewne, czy te dwa środki zaradcze chronią instytut, czy jego okolicę.

Entiri stanął przed gmachem i uderzyła go nostalgia. Szybko otrząsnął się z tej emocji.
Skoro ściągają go do IMT, to musiało wydarzyć się coś naprawdę poważnego.
Nie czas na nostalgiczne wspominki.

Podszedł do wyznaczonego miejsca.
Co prawda mógł ominąć zabezpieczenia za pomocą kart, ale postanowił tego nie robić. To byłoby niekulturalne z jego strony.

Tuż przed barierą stała pusta przybudówka z interkomem. Nacisnął przycisk dzwonka, a potem pokazał wiadomość z instytutu do kamery obok.

Po paru chwilach z gmachu wyszło dwóch strażników w mundurach instytutu, oczywiście pod bronią.
Uśmiech pojawił się na ustach Entiriego – kojarzył tych dwóch strażników, sam ich zatrudnił, gdy jeszcze był dyrektorem.
Wyższego bruneta o stoickim charakterze nazywali Leo. Natomiast niższego, z łysą glacą i przyjaznym charakterem, Pax – Entiri nie był pewien dlaczego.

– Kogo ja widzę, były dyro Kosa! – zaszczebiotał Pax, przykładając kartę do czytnika po drugiej stronie.

W barierze powstała luka, przez którą Entiri spokojnie przeszedł.

– Że też jeszcze was nie wywalili, dobrze was widzieć – zaśmiał się Entiri.
– Pomimo twojej złej sławy dyrektor Calder stwierdziła, że oko do personelu to ty masz. Do tej pory pracuje tutaj sześćdziesiąt z osiemdziesięciu osób, które zatrudniłeś. Dodatkowo ufa nam bezgranicznie – odparł spokojnie Leo.
– A my staramy się tego zaufania nie stracić. A tak swoją drogą, to dalej nazywają cię tutaj „aspirującym technikiem podpalaczem” – uzupełnił Pax.
– Nie musiałem tego wiedzieć… Obiło wam się może o uszy, dlaczego wezwali mnie do IMT? – zapytał Kosa.
– Coś związanego z Dysmerią, ale na tyle poważne, że wiedzą nieliczni – odparł Leo.

Entiri zamyślony pokiwał głową.

Dziwne. Obieżysferzy zazwyczaj nie ukrywają informacji. Musiało stać się coś poważnego.

– Zatem nie każmy dyrektor czekać. Prowadźcie… ale najpierw przeszukanie – rzucił rezolutnie Entiri.

Pax i Leo uśmiechnęli się i przystąpili do sprawdzenia, czy Kosa nie ma przy sobie nic potencjalnie śmiercionośnego.

***

Pół godziny później Entiri znajdował się na trzydziestym piętrze gmachu, w gabinecie Irii Calder.
Pokój był urządzony dość schludnie. Półki z książkami, biurko z komputerem, kilka urządzeń o nieznanym przeznaczeniu w rogu pokoju.
I ekspres do kawy na stoliku przy ścianie… bo czemu nie.

Siedząca przy biurku Iria wywarła na nim dobre pierwsze wrażenie. Platynowe włosy sięgające do ramion, związane w koński ogon. Poważny wyraz młodej twarzy i biały fartuch laboratoryjny nałożony na robocze ubrania.
Całość sprawiała wrażenie osoby, której nie straszna praca poza biurkiem.

Entiri nie wiedział o niej zbyt wiele – owszem, słyszał plotki, ale nic poza tym.
Jedyne, czego był pewien, to to, że jest młoda, a dyrektorką została niecałe dwa lata temu.

– Panie Entiri! Proszę, usiądź – wskazała mu krzesło przy biurku.

Głos miała dość wysoki, ale przyjemny. Dało się jednak słyszeć w nim lekkie drżenie i niepewność.
W połączeniu z lekkim drżeniem rąk oraz nagłymi ruchami Kosa miał pewność.
Była spięta.

Czyli zaczynamy od rozluźnienia atmosfery.

– Na „pana” trzeba mieć czas i pieniądze, a ja aż taki stary nie jestem. Możesz się do mnie spokojnie zwracać po imieniu, ewentualnie po ksywce. W zamian nie będę ci „dyrektorował” – odparł z delikatnym uśmiechem, siadając na krześle.
– Gdzież bym śmiała! Jest pan przecież legendą! Członek Rady Czterdziestu, najlepszy z „Alfa Stratos”, ktoś, o kim piszą w książkach. Legendarny Starlancer „Kosa” Entiri! – wyglądało na to, że kobieta zamierza kontynuować tę tyradę, jednak Kosa jej przerwał.
– Iria. Oddech – powiedział krótko.

Te dwa krótkie słowa sprowadziły Irię na ziemię. Odetchnęła głęboko, a potem jeszcze raz. Następnie poklepała się delikatnie po policzkach.

– Już, już jestem spokojna. Huh… to… kawy? Herbaty? – zapytała, wciąż lekko spięta.
– Po pierwsze, spróbuj się rozluźnić. Jak będziesz spięta, to ja będę się czuł nieswojo, a ty możesz zapomnieć ważnych szczegółów. Po drugie – kawy… i to ja ją zaparzę – odparł luźno Entiri.

Iria próbowała protestować, ale Kosa zdążył już wstać i uruchomić ekspres.
Po kilku chwilach w pokoju rozniósł się przyjemny zapach kawy. Entiri przyniósł ją do biurka razem z cukierniczką i mlekiem.
Przez chwilę oboje rozkoszowali się świeżym naparem.

– Dobrze, to o czym chciałaś ze mną porozmawiać? Nieczęsto dostaję zaproszenie do IMT, więc to musi być coś poważnego – powiedział po chwili.
– Tak… trafiliśmy na pewien problem podczas pracy nad kryształami z Dysmerii i stwierdziłam, że przyda nam się ekspertyza kogoś z zewnątrz. Skoro ruszasz na Dysmerię, uznałam, że to dobry moment – powiedziała Iria, już o wiele spokojniej.

Nagła informacja o końcu urlopu spowodowała, że Entiri zakrztusił się kawą. Iria musiała nawet wstać i poklepać go po plecach.
Po paru chwilach przestał kaszleć i mogli wrócić do rozmowy.

– Iria… jak to „ruszam na Dysmerię”? – zapytał zdziwiony.
– Zaraz… czyli jeszcze nie wiesz?
– O czym nie wiem?

Iria westchnęła głęboko. Zupełnie tak, jakby właśnie się dowiedziała, że dobrowolnie wzięła na siebie paskudne zadanie.
I to tylko dlatego, że myślała, że ktoś już je zrobił.

Usiadła za biurkiem, odchyliła się w tył i zamknęła oczy – musiała zebrać myśli.
Entiri czekał w ciszy, pomimo tego, że zżerała go ciekawość. Iria wydawała mu się być dość płochliwa, więc niecierpliwość w niczym nie pomoże.

– Nie wiem wszystkiego i z pewnością nie będzie to odprawa najlepszej jakości – Iria odchrząknęła, po czym kontynuowała poważniejszym głosem. – Dobrze… po kolei… trzydzieści sześć godzin temu nadajniki obozu wykryły dziwną transmisję.

Iria odgrzebała na komputerze odpowiednie nagranie. Po chwili z głośników popłynął głos, który prawdopodobnie należał do dziecka.

– Mamusi… tato… boję się… niech mi ktoś pomoże…

Głos był cichy, lekko zachrypnięty, jakby dziecko wołało o pomoc przez ostatnie kilka godzin, a to były już resztki jego sił.
Przez twarz Entiriego przebiegł grymas zaniepokojenia. Jednak był krótki.

– To nagranie pojawiło się tylko raz… nie mamy pojęcia, jakim cudem. Wraz z nim przez cały czas nadawany jest ten sygnał. Dodatkowo z tej samej lokacji.

Iria przekręciła monitor w stronę Entiriego. Na ekranie można było zobaczyć masę kolorowych linii o różnym kształcie, a gdzieniegdzie przebijały się też liczby. Dla postronnego wyglądało to jak zwykły chaos.
Entiri jednak nie był postronny – wystarczył rzut oka, żeby zrozumiał.

– Chroniton… dwie, albo nawet trzy cząsteczki – powiedział niemal od razu Entiri.
– Czyli wiesz, co to jest.
– Pewnie, tę sygnaturę rozpoznam nawet o trzeciej nad ranem, wybudzony ze snu.
– Generał Brex podejrzewał, że to pułapka…
– Ale biorąc pod uwagę płacz dziecka oraz chroniton… niech zgadnę, połknęli haczyk, spławik i jeszcze upierdolili kawałek wędki?
– Wysłali rekonesans, żeby wybadać sprawę… Jak mi idzie ta odprawa? – zapytała nieśmiało Iria.
– Bardzo dobrze, leć dalej.
– Wracając… trzydzieści minut po wyjeździe trafili na jakąś jaskinię. Wedle czujników to z niej dobiegał sygnał.

Iria przerwała na chwilę. Upiła łyk kawy i pokazała na ekranie zdjęcia przesłane przez rekonesans.
Wyglądało to na zwyczajną jaskinię w pagórku, pośród jałowych terenów. Nic nadzwyczajnego.

– Stracili z nimi kontakt tuż po tym, jak do niej weszli. Mieli wysłać oddział szturmowy, ale Garanil Złotousty stwierdził, że się tym zajmie – kontynuowała Iria.
– I z nim również kontakt się urwał. Typowe – podsumował Entiri.
– Oddział szturmowy, który wyruszył godzinę później, znalazł tylko kamień z przyklejoną do niego notką.

Iria po raz kolejny przełączyła zdjęcie. Tym razem pokazał się skan nabazgranej na szybko wiadomości.

UZ/03530/X18/SS
AYZ 00549713
Bez mgły

– To jest sygnatura akt. W dodatku Equliańskich… i na pewno napisał to Garnek – powiedział szybko Kosa.
– Dokładnie. To są akta mglistego miasta.
– Którego? Jest ich kilka – zapytał Kosa.
– Miasteczko Redwood Cove…
– A… to. Wyjątkowo paskudne wspomnienie… Nie byłem w tamtym momencie obieżysferem – na twarz Entiriego wpełzł bolesny uśmieszek.
– To jakim cudem mamy te akta? – zapytała Iria.
– Późniejsze wydarzenia z powrotem wrzuciły mnie na drogę obieżysfera, więc spisałem ten raport. Czyli Redwood Cove, ale bez mgły. To będzie irytujące i zajmie dużo czasu…
– Resztę powinien wyjaśnić ci trzmielerał… Chciałabym przejść do mojej sprawy. Możemy? – zapytała Iria, wstając od biurka.
– Jasne, w czym mogę pomóc?
– Wyjaśnię po drodze.

To powiedziawszy, opuścili jej gabinet.

***

Po krótkim spacerze wsiedli do windy. Na panelu sterowania Iria wybrała minus piąte piętro.
Najniższy poziom kompleksu, przystosowany do wszelkich potencjalnie katastrofalnych w skutkach badań.
Entiri nawet nie miał pewności, z czego były zrobione ściany tamtego piętra. Wiedział jednak, że mają osiem metrów grubości i mogą wytrzymać prawie wszystko.
Jeżeli nastąpi tam jakiś wypadek, nikt w Kantarii nawet nie zauważy.

– Według badań kryształy, które przywieźliście z Dysmerii, są bardzo podobne do materii kamienia świata. Teoria zakłada, że można je przetworzyć na sztuczny, jednak w pełni sprawny kamień świata. I chyba nam się to udało – zaczęła niepewnie Iria.
– Jeśli tak, to nie lada wyczyn. Od czasu założenia Equlis próbujemy zrobić coś takiego – odparł Entiri, unosząc brwi.
– Dodatkowo te sztuczne zdają się nie potrzebować energii świata, który mają stabilizować. To najczystsza forma kamienia świata… jednak czegokolwiek byśmy nie zrobili, projektor pola po prostu nie chce zaskoczyć.
– Kamień świata przez cały czas pasywnie stabilizuje przestrzeń wokół siebie, jednak zasięg jest ograniczony – Entiri myślał na głos.
– Projektor pola rozciąga to oddziaływanie, a następnie dostarcza do kamienia świata energię, żeby je utrzymać – Iria uzupełniła jego myśl.

Entiri milczał, kiedy jego umysł próbował ułożyć te wyjątkowo paskudne puzzle do kupy. Dlatego resztę drogi na dół spędzili w ciszy.

Główny szyb windy nie prowadził do najniższego poziomu. Do tego służyła osobna winda, do której wejście znajdowało się na piętrze minus cztery.
Po szybkiej przesiadce byli już na samym dnie kompleksu.

Pomieszczenie było urządzone tak, jak można się było tego spodziewać. Masa biurek z komputerami, które cały czas coś liczyły, pełno porozrzucanych w totalnym chaosie narzędzi i walające się gdzieniegdzie kartki z szybkimi szkicami.
Papier jest jednak niezawodny i naprawdę ciężko go w pełni zastąpić.

W sali panował spory ruch. Kilku naukowców intensywnie grzebało przy urządzeniu, które wyglądało jak futurystyczne działko na statywie. Kosa od razu rozpoznał urządzenie – zewnętrzny projektor pola.
Wiązka urządzenia przez cały czas wycelowana była w niebieski kryształ na statywie, który stał na środku sali.

– Czekaj… jak to niebieski? – rzucił Entiri.
– Tak, mnie też to gryzie. Zazwyczaj kamienie świata są czerwone lub zielone. Nie jesteśmy w stanie ustalić, dlaczego ma akurat taki kolor – odparła speszona Iria.
– Czerwone kamienie świata spotyka się tylko w zniszczonych wymiarach… wolna energia i te sprawy – powiedział luźno Kosa.
– Że co?! To kolory nie są losowe?! – krzyknęła zdziwiona Iria.
– Nie drzyj się tak… Jak dotąd czerwone widziałem tylko w światach zniszczonych, takich jak Galtea. W normalnych światach kamień jest zielony – wyjaśnił Kosa, podchodząc do stabilizatora.
– A nie mogłeś wcześniej powiedzieć? – zapytał ktoś z boku.
– Ludzie, czy wy nie czytacie żadnych notatek? Jest kilka raportów na ten temat – odpowiedział Entiri.

Plask!
Parę osób na sali w jednej chwili uderzyło się otwartą dłonią w czoło.

– Ehh… jak zwykle… Entiri, weź mi przypomnij, dlaczego zrezygnowałeś ze stanowiska dyrektora? – zapytała swobodnie Iria.

W pracowni zdawała się być o wiele bardziej wyluzowana niż za biurkiem.
To dobrze o niej świadczyło.

– Za często coś wybuchało. Po prostu miałem zbyt dużo głupich pomysłów – odparł Entiri.

Kosa podszedł do statywu i wziął kombinerki ze stołu. Następnie chwycił nimi kryształ, wyjął go ze statywu i zaczął mu się intensywnie przyglądać.

– Jest… dziwny… Normalnie kamień świata jest wręcz hipnotyzujący… od tego nic nie czuję. Jak go zrobiliście? – zapytał, badając delikatnie kryształ.
– To był w sumie wypadek. Byliśmy ciekawi, jak kamień świata zareaguje na obecność kryształów. Nic nam to nie dało i po paru godzinach przerwaliśmy próby. Jeden kryształ omyłkowo trafił do pojemnika z odłamkami kamienia z Galtei – powiedział stojący obok naukowiec.
– Zorientowaliśmy się po dwóch tygodniach. Gdy go wyjęliśmy, świecił na niebiesko. A potem eksperymentowaliśmy trochę z radiacją, chcąc przyspieszyć proces – uzupełniła Iria.
– Nie zadziałało. Wstawiliśmy kilka pojemników, ale to powolny proces… nie wiemy też, czy się do czegoś przyda – dodał kolejny głos.

Kosa odłożył kombinerki z kryształem na blat, a potem podrapał się po brodzie. Ta sprawa robiła się coraz dziwniejsza.

– Czyli długotrwała ekspozycja… nie wyjaśnia to jednak, dlaczego jest niebieski. Ehh… takim myśleniem nic nie zdziałam. Trzeba użyć głowy. Pokażcie dokumentację.

Iria kiwnęła głową i otworzyła odpowiednie dokumenty na pobliskim komputerze.

Czas na trochę lektury.

***

Po kilku godzinach sala opustoszała. Zbliżał się wieczór i większość obsługi instytutu wróciła już do domów. W budynku obecny był tylko personel nocny ze swoimi badaniami.

Przez cały ten czas Entiri przeglądał wyniki badań nad kryształem.
I miał serdecznie dość.

Położył głowę na biurku i zamknął oczy.

Nic z tego nie rozumiem.
Kryształy i kamień świata są prawie identyczne. Można spokojnie założyć, że kamień świata powstał z tych kryształów.
Co nam to daje?
Absolutnie nic!

Podniósł głowę i odchylił się na fotelu do tyłu. W takich właśnie chwilach przypominał sobie stare powiedzenie:
„Nie myśl o problemie, myśl o rozwiązaniu”.

– Kiedy ja myślę o rozwiązaniu… i średnio to działa – rzucił pod nosem.

Gdzie jest Velira, kiedy jest potrzebna… ona zawsze dobrze odbija piłeczkę!

– Uderzyłeś w ścianę? – zapytała Iria, kładąc na biurku kubek z kawą.
– Mhm… i nie mam nikogo, kto podałby mi młotek.
– Czyli lubisz działać w tandemie… nie spodziewałam się tego.

To proste zdanie poruszyło strunę głęboko ukrytą w umyśle Kosy.
Zerwał się nagle na równe nogi, przewracając krzesło.

– Co powiedziałaś? – zapytał szybko.
– Że się tego nie spodziewałam? – powiedziała, lekko spłoszona.
– Nie, wcześniej.
– Lubisz pracować… w tandemie… Oczywiście! – Irię dopadło nagłe olśnienie.

Odłożyła kubek kawy i podbiegła do interkomu.

– Dajcie mi fragment kamienia świata do stabilizatora na piętro minus pięć, ale migiem – rzuciła, wyraźnie rozbudzona.

Po kilku minutach jeden z naukowców przybiegł z kryształem w pojemniku. Wyglądał na zaskoczonego. Już chciał zadać pytanie, kiedy Iria wzięła od niego pojemnik i podbiegła do stołu.

Sprawnym ruchem zdjęła pokrywę pojemnika i chwyciła duży odłamek szczypcami, następnie włożyła go do uchwytu na statywie.

Entiri stał obok i już trzymał statyw z niebieskim kryształem.

– Gotowa? – zapytał.

Iria kiwnęła tylko głową.

Entiri zsunął oba statywy i przesunął projektor pola. Wycelował wiązkę w kamień świata, po czym włączył urządzenie.

Pomieszczenie rozświetlił czerwony blask kamienia, a pole stabilizujące powoli tworzyło się wokół statywu.
Po chwili jednak blask przygasł. Rozciągnięcie pola wymagało energii należącej do świata, którego przestrzeń kamień miał stabilizować.
Tej jednak nie było.

Jednak kiedy pole miało już implodować, słaby czerwony blask zastąpiło mocne, niebieskie światło, a pole stabilizujące eksplodowało, tworząc barierę o promieniu trzech metrów.

– Chyba… nam się udało… – powiedział niepewnie Entiri.
– Ale jak to w ogóle działa?! – zapytała Iria.
– Nie mam pojęcia. Na szczęście to już wasz problem.

Kosa sprawdził godzinę na karwaszu.

– Druga w nocy… nie wiem, jak wy, ale ja z wielką chęcią się położę. A rano czeka mnie wizyta u trzmielerała – Entiri ziewnął przeciągle.

Iria przytaknęła i chciała udać się do wyjścia, kiedy uświadomiła sobie pewien fakt.
Projektor pola dalej pracował. Nie powinni zostawiać tego bez opieki.

Wyłączyła urządzenie odpowiednim przyciskiem, a wiązka zniknęła.
Jednak pole dalej otaczało kamienie.

– Dobra… czyli to pole może się samo utrzymać… pytanie, na jak długo – powiedział Kosa.
– Mnie bardziej interesuje, jak to wyłączyć – rzucił lekko spanikowany naukowiec.

Iria weszła w pole i rozsunęła statywy. Pole zapadło się w sobie.

– Choćby tak… zdecydowanie pora do łóżek. Dziękuję za pomoc, Entiri. Dalej sobie poradzimy.
– Nie ma sprawy, polecam się – odparł Kosa, wychodząc z sali.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 4