Witamy w Piekle. Rozdział 27 - Dysmeria... poraz trzeci!
Dźwięk dzwonka wyrwał go ze snu. Sięgnął ręką do budzika, chcąc go wyłączyć.
Dopiero po kilku nieudanych próbach i zwaleniu budzika z szafki nocnej Entiri zorientował się, że budzik milczał.
Zniesmaczony musiał się podnieść. Za oknem świeciło już słoneczko, a przez uchylone okno wpadało ciepłe powietrze poranka.
Podszedł do biurka i wziął z niego dzwoniący karwasz. Zegarek wskazywał godzinę ósmą piętnaście.
Odebrał połączenie.
– Jeszcze śpię, nie mam zabawnego powitania…
– Bzz bzz. Bzz.
<< Wybacz, że zrywam cię tak wcześnie, ale mamy poważny problem. >>
Usłyszał bzyczenie Geruma.
– Wiem, dzieciak, Dysmeria, Redwood Cove. Byłem wczoraj w IMT, żeby pomóc ze stabilizatorem – powiedział, już bardziej rozbudzony.
– Bzz bzzt – bzzt.
<< Będę musiał podziękować za to Irii. Nie chciałem zawracać ci głowy, ale przekroczyliśmy już dwie doby. >>
– Nie przejmuj się tym… Jest niedziela, tam, gdzie zwykle?
– Bzz, bzz bzz bzzt!
<< Tak, Zofia będzie zachwycona! >>
Entiri rozłączył się, odłożył karwasz i ubrał się po cywilnemu, a na wierzch narzucił ciepły, haftowany płaszcz – nie byle jaki, był to prezent od Zofii.
Nie musiał się jeszcze przygotowywać, zrobi to dopiero po odprawie.
Nie jadł też śniadania. Zofia była dość stereotypową babcią, więc lepiej pójść tam głodnym.
Odpuścił sobie też kawę.
Wyszedł z domu, zamknął za sobą drzwi i otworzył portal do Ignis.
***
Domek babci Zofii był niedaleko centrum, dlatego spacerek nie był długi. Słoneczko przyjemnie grzało, co było idealnym kontrastem dla temperatury pięciu stopni poniżej zera, jaka stale panowała w tym mieście.
Dotarł do skromnego, jednak pięknie ozdobionego domku i zapukał do drzwi.
Po chwili otworzyła mu żwawa staruszka, którą doskonale znał.
– Entiri! Wchodź, wchodź. Gerum mówił, że wpadniesz. Rozgość się! – zaszczebiotała.
Wszedł do środka. Tę żywiołową babcię znał od dawna i starał się ją w miarę regularnie odwiedzać.
Wnętrze było urządzone bardzo przytulnie. W kominku palił się ogień, a na misternie zdobionym stole, owinięte różowym kocykiem, siedziały dwa trzmiele zajadające się miodem.
Pierwszego rozpoznał od razu jako Geruma. Drugi zaś był niewiadomą.
Przywitał się z nimi, siadając do stołu. Po chwili wylądował przed nim talerz gorących pierogów.
Babcia Zofia, która była jednocześnie opiekunką Geruma, miała swoje zasady: żadnych rozmów o sprawach wagi państwowej przed posiłkiem.
Entiri ochoczo zabrał się za śniadanie.
***
Po skończeniu śniadania oraz dość przyjemnej rozmowie o starych, dobrych czasach przyszła pora na poważne sprawy.
– Bzz… bzz bzz?
<< Odprawa… Ile powiedziała ci Iria? >>
– Wiem prawie wszystko. Sygnał z jaskini, rekonesans, Garnek i wskazówka w postaci sygnatury akt.
– Bzz bzz. Bzz bzzt – bzzt.
<< Twoje zadanie jest proste. Masz ich wyciągnąć. Jednak nie zamierzam cię tam wysyłać samego. Dostaniesz wsparcie od siedzącego obok mnie Pyłka. >>
– Bzz bzz! – trzmiel pomachał w jego kierunku odnóżem, a Entiri mu odmachał.
Nie znał tego konkretnego trzmiela, toteż nie rozumiał jego bzyczenia.
Nie zamierzał protestować. Porządne wsparcie się przyda, a Gerum raczej dobrze przemyślał sprawę.
– Bzz bzz bzzt. Bzz bzz…
<< Brał udział w przejęciu wrogiej floty, która zaatakowała Endorę w połowie czerwca, potem pomagał chwytać partyzantów po ataku Kertoli parę dni później i pracował jako zwiadowca korpusu dyplomatycznego. Zaliczone szkolenie z elektrotechniki ekspedycyjnej i przyszły zwiadowca rangi S. Jak tylko ogarnie kartografię. >>
Pyłek wydawał się promienieć z dumy, kiedy Gerum wyliczał jego wyczyny.
Sam Kosa uniósł brwi.
– Słyszę, że dużo się działo, jak mnie nie było, ale szczegóły nadrobię później. Skąd wytrzasnąłeś takiego zdolniachę?
– Bzz bzz bzzt.
<< Rekomendacje od Szpili i Azjeli. Obgadaliśmy już sprawę wynagrodzenia. Dodatkowo ma ze sobą laptopa, żebyście mogli się sprawnie porozumiewać. >>
– Ta staruszka nie rekomenduje byle kogo. W takim wypadku zostaje tylko przygotować się do wyprawy.
– Bzz. Bzzt bzzt.
<< Jasne, Myśliwiec już na was czeka. Wylot o dziesiątej. >>
Entiri pokiwał głową.
Pyłek wyszedł spod ciepłego kocyka i natychmiast został owinięty w różowy szaliczek przez Zofię. Następnie to zawiniątko trafiło do rąk Entiriego.
– Odwiń go, jak dotrzecie do centrali portalowej. Na zewnątrz jest zimno – powiedziała spokojnie.
Pyłek wyglądał na kompletnie zażenowanego.
– Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz… dlaczego postanowiłeś ściągnąć mnie? – zapytał Entiri, stojąc przy drzwiach wejściowych.
– Bzz bzz bzzt.
<< Rekieterzy są grupą uderzeniową, podobnie Banshee. OBFNiS by się nadał, ale Hainz jest zajęty. Drakula poprosił go o pomoc, szukają dzieciaka, który zaginął na Endorze. Poza tym ty masz najwięcej doświadczenia z takimi kwestiami. >>
Entiri ponownie pokiwał głową, po czym wyszedł z mieszkania.
***
O dziewiątej pięćdziesiąt pięć Kosa wraz z siedzącym na jego ramieniu Pyłkiem stali przed myśliwcem. Spakowani i przygotowani na każdą przewidzianą okoliczność.
– Plan jest prosty. Wsiadamy do myśliwca, przelatujemy przez portal na Dysmerię, a potem lądujemy w bazie Alfa. Stamtąd załatwią nam jakiś transport na miejsce docelowe.
– Bzz.
W drodze tutaj zdążyli ustalić podstawowe sygnały: jedno bzyknięcie na „tak”, dwa na „nie”, a trzy – oznaka zagrożenia.
Do poważnych rozmów mieli trzmieli laptop oraz karwasz Entiriego. Zdarzało mu się już działać z nowo poznanymi trzmielami, więc miał na karwaszu zainstalowaną klawiaturę dotykową, dostosowaną do ich odnóży.
Był też syntezator mowy, tak na wszelki wypadek.
Pyłek był z tego faktu bardzo zadowolony.
Entiri wskoczył na miejsce pilota, a Pyłek schował się w kieszonce na piersi obieżysfera.
Wystartowali, a na niebie przed nimi otworzył się portal.
Kosa zdążył jeszcze dostrzec na ziemi machającego do nich Hermesa.
Przeleciał na Dysmerię bez większych problemów, a system namierzania zrobił swoje.
Szacowany czas dotarcia do bazy Alfa wynosił dwie godziny.
– Wychodzi na to, że trochę nam to zajmie. Możesz się spokojnie zdrzemnąć, obudzę cię, jak dolecimy.
– Bzz – dobiegło z kieszonki.
Oby lot był spokojny.
***
Kiedy dotarli na miejsce, baza była pod kompletnym oblężeniem.
Znowu.
Systemy obrony pracowały bezustannie, eliminując kolejne cienie.
Tym razem „wylosowała się” tundra, a dookoła intensywnie padał śnieg.
Na całe szczęście ten model myśliwców był projektowany z myślą o niekorzystnych warunkach. Po formalnościach związanych z kontrolą lotów Kosa posadził maszynę w wyznaczonym miejscu.
Równiutko… nie chciałbym drażnić Ressa.
Wyskoczył z kokpitu na skrzydło, a potem na płytę lotniska.
Dobrze, że mam docieploną kieszeń. Właśnie na takie okazje.
Vincent pojawił się obok niego po kilku sekundach.
– Szef wraca z urlopu. Bardzo dobrze.
– Daj spokój, Vin. Wpadłem tylko po przekąski i uratować paru głąbów – odparł rezolutnie Kosa.
– Spotkanie w kwaterze głównej. Trzmielerał pewnie przekazał co trzeba, ale mamy nowe informacje.
– I to rozumiem. Chodźmy.
***
Od czasu jego wyjazdu niewiele się tu zmieniło.
Oprócz garnizonu – niektórzy wrócili na Equlis w ramach odpoczynku, a na ich miejsce przyjechał ktoś nowy.
Po dokładnej analizie dysmerańskich warunków ustalono limit pobytu: maksymalnie dwa tygodnie.
Chyba że ktoś chciał zostać dłużej i pomyślnie przechodził badania lekarskie.
W sali odpraw kwatery głównej czekał na niego Brex – jeden z tych przypadków.
– Jesteś. Świetnie… pozwolisz, że pominiemy zbędne pierdolenie? – rzucił krótko.
– Jasne, ale jeszcze chwila. Nie jestem sam – odparł Entiri.
Obieżysfer delikatnie szturchnął kieszonkę na piersi.
– Pobudka. Jesteśmy na miejscu – powiedział spokojnie.
Po chwili krzątaniny z kieszonki ostrożnie wychyliła się trzmiela główka.
Następnie maluch wyszedł i zaczął zataczać kółka po sali.
– Dajmy mu chwilę. Musi się rozbudzić – powiedział Entiri.
Po pięciu niemrawych okrążeniach Pyłek przysiadł na karwaszu Entiriego i napisał wiadomość na ekranie dotykowym.
– Obudziłem się – usłyszeli z syntezatora mowy.
– Ten syntezator był dobrym pomysłem. To jest Pyłek – zdolny zwiadowca, którego przydzielił mi Gerum. Co masz dla nas, Brex? – dodał Entiri.
Pyłek pomachał odnóżem, a Brex odpowiedział skinieniem głowy.
– Sprytne rozwiązanie. Widać, że często masz do czynienia z obcymi trzmielami. Ale do rzeczy.
Brex odchrząknął, po czym wyświetlił szereg zdjęć na dużym ekranie wbudowanym w ścianę.
Widać było kilka kamieni z przyklejonymi notkami oraz samą jaskinię.
– Próbowaliśmy założyć bazę wokół jaskini, jednak za każdym razem, kiedy to robiliśmy, jej wnętrze zmieniało się w zwykłą, płytką grotę. Biorąc pod uwagę raport z Redwood Cove oraz wymianę wiadomości z Garanilem, coś tu naprawdę śmierdzi – zaczął Brex.
– Właśnie o to chciałem zapytać. Jak się komunikujecie? Rozumiem, że normalne metody zawodzą? – zapytał Entiri.
– Tak, ale wyszliśmy z założenia, że Garnek jakoś tę pierwszą notkę zostawił. Tunel ma jakieś osiemset metrów. Przy magicznym wsparciu da radę dorzucić kamień z notką.
– Aaa… epoka kamienia rzucanego? Łuków i kusz jeszcze nie wynaleźliście? Nie mówiąc o innych metodach fizycznego przesyłania wiadomości – rzucił Kosa.
Reakcja była natychmiastowa – trzmiel spadł z karwasza na blat stołu i zaczął się tarzać z niemego śmiechu.
Brex natomiast potrzebował chwili, by zrozumieć przytyk, po czym uderzył czołem w blat.
– Jestem debilem – powiedział pod nosem.
– To już wiedzieliśmy wcześniej. Widać, że siedzisz na Dysmerii tak długo, że mózg ci się zlasował. Trzeba było wybrać się na urlop dawno temu, a nie przekupywać lekarza obozowego dwiema flaszkami whisky – kontynuował Entiri.
– Wziął tylko jedną… czekaj, skąd o tym wiesz?! – obruszył się Brex.
W tym momencie Pyłek zaczął intensywnie bzyczeć, przy okazji uderzając odnóżem w blat stołu.
Entiri podejrzewał, że trzmiel po prostu świetnie się bawi i tak brzmi jego śmiech.
Postanowili poczekać z dalszą dyskusją, aż owad się uspokoił. Co jednak chwilę zajęło.
– Pyłek, dostałeś wgląd do raportu z Redwood Cove? – zapytał Entiri, gdy trzmiel wrócił na karwasz.
– Trzmielerał wyjaśnił, co się tam odtrzmieliło. Jestem na bieżąco – odparł trzmiel.
– Świetnie. W takim razie wracając… Garanil był w stanie przekazać kilka informacji. Udało im się uratować tego dzieciaka, który wołał o pomoc, a wnętrze jaskini jest po prostu dziwne. Nie przechodzą tamtędy fale – a przynajmniej żadnej nie widział. No i jeszcze: roi się od potworów, a oni mają problemy z zapasami – dokończył Brex.
Brex upił łyk kawy, po czym spojrzał na Kosę wyczekująco.
Po chwili Entiri się odezwał.
– Innymi słowy jadę tam z transportem zaopatrzenia i rozpracowujemy metodę wyjścia. To będzie upierdliwe i może potrwać.
– Nie zapomnij o potworach – dodał Pyłek.
Syntezator brzmiał płasko, ale ciało trzmiela lekko zadrżało. Czy to ekscytacja, czy strach… Entiri nie potrafił ocenić.
– Wszystko mamy już przygotowane. Ruszacie z eskortą za pięć minut – zakończył Brex.
Entiri pokiwał głową i wyszedł z sali. Trzmiel z powrotem schował się do kieszonki.
***
Dotarcie do jaskini nie było łatwe z logistycznego punktu widzenia – z bardzo prostego powodu.
Obecnie znajdowała się na zupełnie innej wyspie niż baza Alfa.
Jednak dla obieżysferów to żaden problem.
Załadowali cały transporter z zapasami do samolotu towarowego.
A potem zrzucili go na spadochronach.
Niebezpieczne? Owszem.
Ale przede wszystkim efektywne.
Dodatkowo dostali kierowcę do transportowca.
Okazało się, że Vincent wrócił na Dysmerię z urlopu dopiero dwa dni temu i miał ochotę na trochę zagrożenia.
Gdy tylko dowiedział się o całej sprawie, spakował gitarę i zgłosił się na ochotnika.
Tym razem lot nie był już taki spokojny – na całe szczęście wzięli eskortę.
***
Po czterech godzinach lotu transportowiec został zrzucony, a Entiri wraz z Vincentem wyskoczyli ze spadochronami. Pyłek bezpiecznie siedział w kieszonce u Entiriego.
Lądowanie było proste, podobnie jak zwinięcie spadochronów.
Jaskinia – na całe szczęście – znajdowała się na skalistej pustyni. Nie było szans, by drzewa przeszkadzały w operacji.
Dodatkowo wylądowali tuż obok miejsca, w którym osiadł transportowiec.
Potem zostało już tylko odczepić spadochrony od pojazdu – uwinęli się z tym w piętnaście minut.
Wiatr trochę ich zniósł, a operacje desantowe nigdy nie należały do najbardziej precyzyjnych, więc musieli przejechać kawałek.
– Ja prowadzę, szef strzela – rzucił krótko kowboj.
Vincent wskoczył za kierownicę, a Entiri umościł się w gnieździe strzeleckim na dachu pojazdu. Miał tam zamontowany CKM i dobry widok na okolicę.
Po paru minutach jazdy w ciszy w końcu dotarli do jaskini.
– Zatrzymaj się przy wejściu. Chcę się temu przyjrzeć bliżej.
Vincent kiwnął głową i zatrzymał pojazd tuż przed wejściem.
Entiri wyszedł z gniazda, zeskoczył na ziemię i zaczął dokładnie przyglądać się skałom.
Pyłek wyleciał z jego kieszeni i usiadł na karwaszu.
– Czego szukasz? – popłynęło z syntezatora.
– Nie jestem pewien… wygląda to dość normalnie.
Entiri położył dłoń na skale i rzucił zaklęcie analizy strukturalnej.
– Piaskowiec… chociaż ma odrobinę zbyt wysoką gęstość. Poza tym to perfekcyjnie normalna skała. Znaczy – wewnątrz musi być coś dziwnego – dodał po chwili.
– Fajne… nauczysz mnie, jak poproszę?
– Nie było jeszcze przypadku trzmiela, który mógłby korzystać z magii.
– Podobnie z wskrzeszaniem trzmieli, a jakoś tu jestem!
To zdanie zbiło Entiriego z tropu. Spojrzał zdziwiony na Pyłka.
– Wskrze… Widać, że dużo się działo, kiedy mnie nie było. W takim wypadku może jest nadzieja, ty mały ewenemencie! – mówiąc to, delikatnie pogłaskał trzmiela po głowie.
– To co teraz?
Entiri sięgnął do torby i wyjął z niej drogomierz oraz… kawałek białej kredy.
– Teraz dorobimy oznaczenia. Vincent, idę przodem. Jedź powoli za nami!
Rzucił zaklęcie światła – nad jego głową pojawiła się biała, świecąca kula.
– Skoro znasz raport, to wiesz, jakim problemem było wyjście z miasteczka. Domyślasz się, o co chcę poprosić? – zapytał Entiri, resetując licznik drogomierza.
– Musiałeś szukać anomalii w tunelu… mam dokładnie obserwować jaskinię? Dzięki temu łatwiej będzie mi wyłapać nieprawidłowości?
– Zuch chłopak. Lubię pracować z kompetentnymi trzmielami.
Ruszyli w głąb jaskini, obserwując ekran drogomierza. Vincent, który wyjechał za nimi, włączył światła pojazdu.
Przy pięćdziesięciu metrach Entiri narysował na ścianie pierwszą linię.
Jedna zrobiona. Zostało piętnaście… o ile tunel faktycznie ma osiemset metrów.
Komentarze
Prześlij komentarz