Witamy w Piekle. Rozdział 28 - Droga donikąd

 Szli przez tunel w ciszy, a blask zaklęcia oraz reflektorów pojazdu rozświetlał im drogę. Nie dawało to jednak zbyt wiele – coś blokowało snopy światła, przez co widzieli maksymalnie dwadzieścia metrów do przodu.

Dalej była tylko czarna ściana.

Co pięćdziesiąt metrów Entiri zatrzymywał się, żeby narysować na ścianie linię z numerem.
Ostatnia narysowana linia nosiła dwunasty numer, więc byli już blisko końca tunelu.

– Powiedz… jak bardzo jest podobnie do tego, co opisano w raporcie? – popłynęło z syntezatora.
– Na tyle, że mam ciarki na plecach. Tamtego tunelu też nie dało się oświetlić… ciężka atmosfera również się zgadza. Tutaj może być jednak trudniej – odparł Entiri.
– Dlaczego? Nie, czekaj, domyślę się… ściany tunelu są chropowate i nierówne – odparł po chwili Pyłek.
– Strzał w dziesiątkę. Tunel prowadzący do Redwood Cove był równiutki i powtarzalny. Zwykły, miejski tunel, w którym łatwo było wypatrzeć elementy niepasujące do ogółu.
– Tutaj każdy kamień i szczelina wygląda na pasujące. Jak wybór między whisky a burbonem – rzucił Vincent zza kierownicy.

Nikt nie odpowiedział. Szli dalej, intensywnie obserwując otoczenie.

***

Postawił kolejny krok, a ciemność na końcu tunelu rozproszyła się, ukazując wyjście oraz nikłe światło.

– Dokładnie osiemset metrów… co do centymetra. Jakby ktoś narysował od linijki – rzucił Kosa, patrząc na wskaźnik drogomierza.

Narysował ostatnią linię i oznaczył ją numerem szesnaście.

Przed nimi widniało wyjście z tunelu, za którym mogli już teraz dostrzec słabe światło.

– Szefie, dlaczego akurat pięćdziesiąt metrów? I niby jak równo, skoro wyjście jest parę metrów przed nami? – zapytał Vincent.
– Podjedź kapkę bliżej, to zobaczysz światełko. Od momentu, w którym światło zniknęło za nami, do teraz jest osiemset metrów. A co do podziału… ludzie lepiej radzą sobie z czymś, co znają. Tunel w Redwood Cove miał półtora kilometra i oznaczenia co sto metrów. Tak duża liczba oznaczeń raczej nie zaszkodzi, a zawsze może pomóc – odparł swobodnie Entiri.
– Im więcej punktów orientacyjnych, tym lepiej – dodał Pyłek.

Ruszyli dalej i po paru metrach wyszli z tunelu. Światło było bardzo słabe, dookoła panował półmrok. Przed nimi rozpościerało się coś, czego żaden z nich się nie spodziewał.

– To jest… – zaczął Vincent.
– Miasto…? – dokończył Kosa.

Przed nimi rozpościerały się ruiny miasta. Rozpadające się domy z czerwoną dachówką. Marmurowe posągi – niegdyś piękne dzieła sztuki – teraz leżały rozbite na ziemi.
W oddali majaczyły resztki akweduktu, a równa droga z granitowych płyt prowadziła w głąb zabudowy.

Nad wszystkim górował skalny sufit jaskini.

Coś wyskoczyło na nich z cienia pobliskiego budynku.
Entiri zareagował pierwszy – obrócił się w prawo, już miał strzelić…
Ręce zadrżały. Zawahał się na ułamek sekundy.
Vincent dostrzegł to kątem oka, wyszarpał rewolwer z kabury i oddał szybki strzał.
Jeden płynny ruch – maszkara padła martwa.

– Cholera, Vincent… masz refleks lepszy ode mnie – zauważył Entiri, podchodząc do lekko drżącego ciała potora.
– Dziki Zachód nie wybacza – odparł, chowając rewolwer.
– Co to za paskudztwo… wygląda trochę jak potwór z gry, w którą grał kiedyś Nolan – dodał Pyłek.
– A pamiętasz, w jaką? – dopytał Entiri, oglądając zwłoki.
– Nie pamiętam tytułu… coś z martwym kosmosem.
– Nie jesteśmy na Ishimurze… chociaż faktycznie, wygląda to trochę jak nekromorf – odpowiedział Entiri.

Szaro-zielonkawa skóra, szeroka paszcza z ostrymi zębami i brak oczu. Długie, lekko zdeformowane kończyny ze stawami w dziwnych miejscach.
Dodatkowo tak wychudzone, że widać było żebra.

– Powiększone nozdrza, znikome uszy oraz brak gałek ocznych… polega na węchu podczas polowania. Ostre kły, brak siekaczy i trzonowców… to coś chyba ma odgryźć kawał mięsa, po czym go połknąć. Ciekawe, jak wygląda w środku – rzucił Kosa pod nosem.

Znów rzucił zaklęcie analizy strukturalnej. To zaklęcie nie zostało stworzone do badania organizmów biologicznych, więc jego skuteczność była znikoma.

Entiri mógł wręcz poczuć, jak zaklęcie szarpie się z żywą tkanka. Jednak po chwili udało mu się ustalić kilka bazowych faktów.
Już samo to uznał za sukces

– Powiększone serce i płuca, brak trzustki, podwójny żołądek… organy umieszczone asymetrycznie. Serce jest po prawej stronie – powiedział po chwili Kosa.
– Czekaj, co? – zapytał Vincent.
– Dokładam się do pytania, możesz jaśniej? – dodał Pyłek.
– To coś nie może trawić cukrów… funkcjonuje wyłącznie na białku i tłuszczach. Nie ma wyższych funkcji życiowych, ma bardzo czuły węch i, wbrew pozorom, słuch – inna budowa ucha – odparł Entiri, wstając.
– Czyli drapieżnik – rzucił Vincent.
– I to taki, który bazuje na krótkich, nagłych akcjach. Budowa kończyn oraz kości sugeruje, że to dziadostwo może wpakować się w każdą szczelinę, a potem siedzieć w niej bez ruchu przez kilkanaście godzin, czekając na ofiarę.
– Słabe punkty? – zapytał Pyłek.
– Hałas, ale głowy nie dam – odpowiedział Vincent.
– Bardzo mocny zapach też może zadziałać. I jeszcze jedna rzecz… prawdopodobnie nie zainteresują się Pyłkiem.

Trzmiel podleciał do jego twarzy, intensywnie bzycząc. Po chwili przypomniał sobie, że przecież obieżysfer nie może go zrozumieć… jeszcze.
Podleciał do karwasza i zaczął szybko stukać w ekran.

– Wolałbym, żebyś był pewien!
– Spokojnie, panie Bławatku, osłonimy cię, jak będzie trzeba – odparł Kosa z szerokim uśmiechem.

Przez kilka kolejnych chwil trzmiel intensywnie bzyczał – bardzo możliwe, że ta tyrada zawierała wiele przekleństw.
Kiedy jednak się wyszumiał, usiadł z powrotem na ramieniu obieżysfera.

– Lepiej? – zapytał Entiri.
– Lepiej – odparł Pyłek.
– Dobra, w takim wypadku bierzemy się do roboty. Potrzebuję zwiadu.

Pyłek od razu wzbił się w powietrze, aby zebrać informacje.

– My ruszymy tą drogą… powinna prowadzić do głównego placu – powiedział Entiri, wskakując do gniazda CKM-u.
– Skąd pewność? I czy nie powinniśmy przejąć się potworami?
– To bardzo mocno przypomina zabudowę starożytnego Rzymu, więc niedaleko powinien być jakiś plac… Poza tym to jedyna prosta droga tutaj. Co do potworów… dopóki nie… – przerwał, podrapał się po głowie, po czym kontynuował: – Nie, zapomnij. Nie chcę wykrakać.

Vincenta zadowoliła ta odpowiedź. Wsiadł za kierownicę i powoli ruszył transporter w głąb zrujnowanego miasta.

***

Miasto było zdecydowanie za ciche. Nie było tu nawet wiatru.
Dodatkowo obaj obieżysferzy bez przerwy odczuwali zagrożenie. Coś czaiło się w tych ruinach.
To coś przy okazji miało ostre zęby i było głodne.
A przynajmniej tak przypuszczał Kosa.

Zatrzymali się na głównym placu, a Pyłek poleciał na dalszy zwiad. Postanowili poczekać, aż ich zwiadowca zapozna się z terenem – potem ruszą dalej.
Plac był do tego idealny: duża, otwarta przestrzeń, ciężko o atak z zaskoczenia i sporo czasu na reakcję.

Entiri obserwował jedną stronę, a Vincent drugą.

– Szefie… co to było kilka minut temu? Zawahałeś się.

Kosa milczał, zbierając myśli. Pomimo tylu lat oraz przeżycia o wiele gorszych rzeczy, wydarzenia z Redwood Cove zostawiły w jego umyśle wyraźny odcisk.
Już przy tunelu czuł wyraźny niepokój, ale trzymał fason.

Może powinienem zmienić temat?
Nie! Obieżysferzy tak nie działają. Jeżeli zawaham się w gorszym momencie, ktoś zginie!

Z tą myślą zakneblował wewnętrzny głos, który mówił, że „to nie sprawa Vincenta”.

– Redwood Cove… to nie było coś, co powinien przeżyć zwykły człowiek. Zgadzając się na tę misję, myślałem, że to już za mną… – zaczął Entiri, ale Vincent mu przerwał.
– Nie kończ, rozumiem. Strach to naturalna rzecz. Osłaniam cię.
– Dzięki, Vin.

Po kilku minutach dostrzegli zmianę. Powietrze było jakieś cięższe, a irracjonalny strach zaczął piąć się po kręgosłupie Kosy.
Po chwili zauważyli to obaj.

– Mgła… – powiedział pod nosem Vincent.

Dookoła faktycznie zaczęło robić się mgliście.

– Kurwa mać! Przecież mówił, że bez mgły! – zaklął Entiri.
– Szefie, to tylko mgła. Może będzie bez fajerwerków.

Entiri na wszelki wypadek zawiesił karabin na plecach, po czym sięgnął po parę tabletek uspokajających.
Po połknięciu ich dobył miecza.

Walka na środkach uspokajających to kiepski pomysł, ale lepsze to niż paraliż ze strachu.

Parę kolejnych sekund później mgła była tak gęsta, że nie mogli dostrzec uliczek. Był tylko transporter oraz kawałek placu wokół nich.

– Jest źle, ale nie tragicznie – powiedział Entiri, zaciskając palce na rękojeści miecza.
– Może wskocz na CKM?
– Jeżeli wyskoczy to, co myślę, broń palna będzie bezużyteczna.

Było jednak spokojnie. Ta niepewność oraz stała czujność potrafią być naprawdę wyczerpujące.
Szczególnie dla Kosy, który intensywnie walczył z odruchem panicznej ucieczki.

W końcu coś ruszyło się we mgle.
Nagłe, szybkie zawirowanie powietrza.
Entiri nie mógł zobaczyć, co się poruszyło.
Mimo to miał pewność.

Czarna sylwetka wyskoczyła na niego z lewej strony.
Zareagował wolniej, niż powinien, ale zdołał zrobić unik.
Nie przyglądał się przeciwnikowi, nie myślał, nie panikował.
Po prostu ciął z boku.

Miecz przeciął skórę i ciało, a bestia padła na ziemię.

– Vincent, spieprzamy stąd! – krzyknął, przebiegając na drugą stronę transportowca.
– Przecież go dorwałeś.
– To Mglak. Nie da się go tak po prostu zabić. Zaraz się zregeneruje. Siadaj za kółko.

Dopiero teraz Vincent zrozumiał skalę problemu. Drżenie rąk i głosu, przyspieszony oddech, gwałtowne ruchy – to wszystko pomimo środków uspokajających.
Entiri był przerażony.

Dlatego kowboj zrobił jedyną rozsądną rzecz.
Plask!

Nagłe spoliczkowanie otrzeźwiło Entiriego.

– Lepiej? – zapytał Vincent.

Entiri pokiwał delikatnie głową, po czym wziął głęboki oddech.

– Skoro nie można go zabić, przyszpil go. To da naszemu zwiadowcy czas na powrót. – powiedział spokojnie kowboj.

Entiri kiwnął głową i wrócił do Mglaka. Czarna jak noc skóra ciasno owijająca się wokół wychudzonego ciała, nienaturalnie wysoka sylwetka, stawy w dziwnych miejscach.
I te paskudne oczy – jakby patrzyła na ciebie sama otchłań.

Prawie się zregenerował, dlatego Entiri ponownie ciął go przez tułów, pilnując, żeby niczego mu nie odciąć.
Następnie wyrwał kawał ziemi z podłoża i uformował w kamienny szpikulec, którym przybił paskudę do placu.

Chwilę później usłyszeli bzyczenie. Pyłek wyleciał z mgły i usiadł na ramieniu Kosy.
A za Pyłkiem wybiegł Garanil.

– Ciebie tu przysłali? Przecież to głupie! – rzucił tarczownik, podbiegając do przyjaciela.
– A kto mówił, że jest bez tej pierdolonej mgły? – odparł Kosa.
– Pierwszy raz pojawiła się wczoraj i jest cykliczna. O tym pogadamy później. Najpierw musimy się dostać do obozu.

Garanil ruszył przodem, a Entiri z Pyłkiem na ramieniu tuż obok.
Vincent wsiadł za kierownicę i odpalił silnik transportera, powoli jadąc za nimi.
Poruszali się wolno, aby nie zgubić się w tej mgle.

– Zgaduję: zobaczyłeś trzmiela, więc za nim pobiegłeś. – rzucił Entiri, już trochę spokojniejszy.

Obecność Garanila zawsze dobrze działała na jego spokój ducha.

– Standardowa praktyka, co nie? Mglaków naliczyłem sześć, czyli nie jest jeszcze tak źle. – Garanil zerknął kątem oka na Entiriego, po czym dodał: – Chociaż widzę, że już jeden jest problemem.

Entiri westchnął głęboko. Doskonale wiedział, że to nie przytyk ani oskarżenie, tylko stwierdzenie faktu.

***

Po piętnastu minutach błądzenia we mgle granitowa nawierzchnia drogi ustąpiła ubitej ziemi. Był to wyraźny znak, że wyszli z miasta.

– Dobra, gdzie teraz? – zapytał Entiri.
– Prosto jak w mordę strzelił. Przejdziemy przez krótką jaskinię parę metrów dalej i trafimy na podziemne jezioro. Tam założyliśmy obóz.
– Ryby? – dopytał Kosa.
– Mhm. Nie mamy pojęcia, ile zajmie nam wyjście, więc postanowiłem zadbać o zapasy. Wędzarnia już stoi. W dodatku tamto miejsce jest łatwe do obrony i nie sięga tam mgła. – odparł Garanil.

Entiri pokiwał głową. Miał szczerą nadzieję wyjść już z tej przeklętej mgły.

***

O dziwo dotarli na miejsce bez problemów. Tuż przed jaskinią mgła mocno się rozrzedziła, a na końcu tunelu czekały rozstawione equliańskie automatyczne wieżyczki strażnicze.
Po przejściu obok nich wszyscy się rozluźnili.

Ich oczom ukazał się brzeg nad czarną taflą wody. Tuż pod sufitem znajdowała się dziwna formacja skalna, oświetlająca całość terenu niebieskawym światłem.
Dookoła widać było nieliczne drzewa, którymi ktoś już się zajął, sądząc po kilku świeżych pniach.

A na brzegu jeziora obóz – kilka namiotów, ognisko oraz drewniana konstrukcja, która najprawdopodobniej była wędzarnią.

– No to jesteśmy. Mglaki nie zapuszczają się na tereny poza mgłą, a wieżyczki chronią nas przed wszelkim innym dziadostwem. – rzucił luźno Garanil.
– Czekaj… czy to jest jak w drodze do Atlantydy? – zapytał Entiri, wskazując na świecącą formację skalną.
– Nie, świeciłem na to i nie wylatują z tego żadne robale próbujące podpalić obóz. Możesz spać spokojnie.
– Całe szczęście. W takim wypadku zostaje rozpakować zapasy, przeczekać mgłę i zabrać się za rozpracowywanie tunelu. – rzucił Entiri.

Transporter zaparkowali niedaleko namiotów, tak aby mieć łatwy dostęp do zapasów.

– Dlaczego właściwie braliśmy transporter? Torba by nie wystarczyła? – zapytał Pyłek syntezatorem.
– Nie wiedzieliśmy, czy torby będą tutaj działać. Przezorny zawsze ubezpieczony. – mówiąc to, Entiri sięgnął do torby i wyjął z niej batonik czekoladowy. – Chociaż najwyraźniej działa bez zarzutu.
– Działają. Ja po prostu jestem guła i nie sprawdziłem zapasów. Oddział rekonesansowy też. – odparł luźno Garanil.
– A nie pomyślałeś, żeby wysłać Brexowi notkę?
– Wysyłałem. Albo Brex zapomniał, albo nie dotarła.

Entiri wzruszył tylko ramionami, wgryzając się w batonik i sprawdzając przy okazji zapasy swojej torby na karwaszu.

– W tym transportowcu jest żarcia na dwadzieścia dni dla ośmiu osób, licząc trzy posiłki dziennie. Dodatkowo na wszelki wypadek wpakowałem do torby absurdalną ilość żywności przed samą podróżą. Powinno starczyć na kolejne cztery miesiące. – powiedział po chwili.
– I tak będę wędził, bo wędzona rybka jest zajebista! Dodatkowo Iskra lubi łowić ryby. – odparł Garanil.
– Widzisz, nawet nie pytałem, jaki oddział wysłali na rekonesans.
– Ekipa Strikera. Zwolnili się z SGE, żeby wziąć udział w ekspedycji na Dysmerii. Struna mapuje teren – chciała się upewnić, że nie ma stąd innego wyjścia. Striker i Łuska ruszyli na zwiad w głąb labiryntu, a Iskra śpi z dzieciakiem w namiocie… wiesz, sześciolatek ma koszmary.

Zapadła cisza, a w umyśle Entiriego, Vincenta i Pyłka zaczęły się intensywnie obracać trybiki. Coś zdecydowanie nie pasowało w tym podsumowaniu.
Dopiero po chwili załapali, co jest nie tak.

– Jakiego, kurwa, labiryntu?! – rzucili razem Vincent z Entirim.

Pyłek bzyczał obok nich, prawdopodobnie zadając to samo pytanie.

– Wnioskując po waszej reakcji, stwierdzam, że po drodze gdzieś się zgubiła więcej niż jedna notka. Tak, jest tutaj labirynt, chociaż bardziej przypomina to loch. Wiecie, piętra, potwory itd. – odpowiedział spokojnie Garanil.

W tym momencie trzmiel użył karwasza Entiriego, żeby sprawdzić godzinę. Następnie zaczął klepać w klawiaturę.

– Jest po szesnastej. Ja bym proponował coś zjeść.
– I to jest idea, którą mogę spokojnie poprzeć! Ale ja gotuję. – odparł z uśmiechem Garanil.

Vincent, Entiri i Pyłek rozsiedli się przy ognisku, kiedy Garanil wziął trochę racji żywnościowych z transportera i zaczął przygotowywać obiad.

Entiri natomiast wyjął z torby mały słoiczek miodu akacjowego, odkręcił go i podsunął Pyłkowi pod nos.
Maluch znów został pozytywnie zaskoczony i zaczął z radością zajadać się miodem.

– Co właściwie udało wam się ustalić o tym dzieciaku? – rzucił Kosa.
– Niewiele. Sygnatura biologiczna oraz cechy szczególne podpowiadają, że pochodzi z Endory. – odparł Garanil.
– Pewnie jest jakieś ale? – dorzucił Vincent.
– Ma amnezję. Prawdopodobnie uderzył się w głowę. Nie pamięta skąd jest, ani nawet jak się nazywa. Iskra podejrzewa, że blefuje, bo jest cały czas spięty.
– To ciekawe… przed wyjazdem Gerum wspominał o tym, że na Endorze zaginęło dziecko. Hainz z Draculą go szukają. Może to ten sam? – zastanawiał się Entiri.
– Daj spokój Kosa, jakie są szanse? – odparł luźno Garanil

***

Po niecałych trzydziestu minutach w powietrzu zaczął unosić się bardzo przyjemny aromat potrawki z kurczaka.
Equliańskie racje żywnościowe same w sobie były wysokiej jakości i smakowały bardzo dobrze, jednak Garanil był znany z ich umiejętnego podkręcania.

Dodatkowo Striker, Struna i Łuska – jakby wiedzeni szóstym zmysłem – wrócili do obozu. Z namiot nieopodal wyszła też Iskra, obudzona hałasem i zwabiona zapachem.

Po szybkich przywitaniach i formalnościach z namiotu wyszedł ktoś jeszcze.
Na oko sześcioletni chłopiec z brązowymi włosami oraz lekko spiętą miną. Entiri podejrzewał, że dzieciak ma problemy z rozluźnieniem się – nie było to jednak nic dziwnego.

Dzieciak usiadł blisko Iskry i od razu dostał michę potrawki. Jadł w ciszy, uważnie obserwując Entiriego i Vincenta. Po jego minie było widać, że nie jest pewny swojego bezpieczeństwa.

Nastawienie sześciolatka zmieniło się jednak w momencie, w którym dostrzegł siedzącego na ramieniu Entiriego Pyłka.
Dzieciak uśmiechnął się szczerze i rozluźnił, po czym odłożył miskę i wstał i podbiegł do Kosy.

– To equliański ćmiel! Czyli jesteście z Equlis! – zaszczebiotał maluch, starając się dosięgnąć Pyłka.

Po usłyszeniu tego Entiri domyślał się, co zadziało się w tej dziecięcej główce.

– Na dalej Pyłek, przywitaj się z maluchem.
– Bzz.

Pyłek zleciał z ramienia obieżysfera i usiadł na wystawionej rączce dziecka. Chłopiec zaczął go delikatnie głaskać.
Po chwili jednak otrząsnął się z zachwytu i rozejrzał się po obieżsferach, którzy z uśmiechami na twarzach patrzyli na niego wyczekująco.
W tym momencie chłopak zorientował się, że wcześniej nakłamał o amnezji i przydałoby się parę rzeczy wyjaśnić.
Wziął głęboki oddech.

– Mam na imię Eron i jestem z Endory. – powiedział po chwili.
– To dlaczego kłamałeś o amnezji? – zapytał spokojnie Striker.
– Tatko zawsze mówił, żeby nie ufać obcym spoza Endory, że zrobią mi krzywdę. Powiedział, że mogę ufać tylko obie… zy… podróżnikom z Equlis.
– Skąd wiesz, że jesteśmy z Equlis? – zapytała matczynym głosem Iskra.
– Tylko z nimi można spotkać equliańskiego ćmiela! Ćmiele są dobre i nie trzymają się ze złymi ludźmi! – odparł chłopiec tak, jakby wyjaśniał oczywistość.

W bozie zapadła cisza, która po chwili namysłu przerwał Struna.

– Mocno spłycona logika i bazowanie na bezpodstawnych założeniach.
– Problem w tym, że ta logika nie ma słabych punktów, więc cichaj, Struna! – odparł Garanil.
– Dobrze, to jak się tutaj dostałeś? – zapytał Entiri.
– Nie wiem… bawiłem się przy lesie, a potem obudziłem się tutaj. – odprał niepewnie chłopiec.
– Nie twoja wina… kolejna zagadka do rozwiązania. Jednak tym zajmiemy się później. Stirker… wprowadzisz nas? Jak to wyglądało u was, bo ten labirynt mnie ciekawi. – powiedział luźno Kosa.
– A, to… muszę przyznać, że to była niezła jazda. Zaczniemy od momentu, kiedy złapaliśmy transmisję od Erona…


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 4