Witamy w Piekle. Rozdział 29 - Ekspedycja ratunkowa
Dwa dni wcześniej…
W bazie Alfa panował spokój, kiedy cicho przygrywaną muzyczkę z głośników przerwał komunikat Brexa.
– Do wszystkich! Odebraliśmy właśnie prośbę o pomoc! Potrzebujemy kogoś, kto to sprawdzi. Ostrzegam, to może być pułapka.
Komunikat zakończył się cichym trzaskiem, a z głośników znów popłynęła muzyka. Wśród „bojowych” obieżysferów zapanowała wrzawa.
Grupa SGE-7, nazywana nieoficjalnie „Grupą Strikera”, siedziała w barakach, kiedy przyszedł komunikat.
Mieli akurat wolne, więc postanowili się trochę polenić.
Struna – młody krasnolud z bujną, rudą brodą oraz zamiłowaniem do dwururki i instrumentów strunowych – stroił właśnie swoją gitarę. Wbrew stereotypom związanym z jego rasą to właśnie on był dyplomatą drużyny.
Ciężko nie zgodzić się na warunki kapitulacji ze strzelbą przystawioną do gardła.
Iskra – elfka o długich włosach w kolorze kasztanu i delikatnej bliźnie oparzeniowej na policzku – grzebała właśnie przy jakimś urządzeniu elektronicznym. W drużynie pełniła rolę specjalisty od wszystkiego, co zawiera w sobie chociaż odrobinę technologii.
Łuska – żeński, szmaragdowy smokowiec z bardzo groźnie wyglądającym pyskiem – organizowała właśnie torbę medyczną. Była medykiem zespołu oraz najłagodniejszym jego członkiem.
I wreszcie Striker – blondwłosy erutilianin – przeglądał raporty operacyjne z Dysmerii. Był dowódcą drużyny i byłym wojskowym.
Sama ekipa zwolniła się tydzień temu z SGE tylko po to, żeby wziąć udział w operacjach na Dysmerii.
Jak tylko usłyszeli komunikat, spojrzeli po sobie. Nikt tego nie skomentował – nie musiał.
Znali się na tyle dobrze, że rozumieli się bez słów.
Striker wstał i wyszedł z baraków, aby przyjąć tę misję.
Reszta pakowała i sprawdzała ekwipunek – Striker zadba o to, że dostaną tę misję i mają wyjechać za piętnaście minut.
Dowódca wrócił do nich po trzech minutach z informacją, że dostali misję i mają ruszać za dwie minuty, bo o pomoc woła dziecko.
To znacząco przyspieszyło przygotowania do wymarszu i pięć minut później siedzieli już w transporterze, który wyjeżdżał z bazy.
Trwające od kilku dni oblężenie zdecydowanie nie pomagało. Wieżyczki musiały cały czas osłaniać pojazd, kiedy wyjeżdżali przez bramę.
Cieni było więcej niż zwykle, jednak obrona dawała radę.
Sama Dysmeria też postanowiła trochę poprzeszkadzać. Kiedy tylko oddalili się kawałek od bazy, trafili na torfowisko.
– Iskra, damy radę tędy przejechać? Transporter na gąsienicach, ale to torfowisko. – zapytał Striker.
Siedząca za kierownicą Iskra nie odpowiedziała.
Po prostu ruszyła do przodu. Wjechali głęboko w torfowisko, kadłub zanurzył się do połowy.
Jednak jechali dalej.
– Zapomnij, że pytałem. – rzucił po chwili Striker.
– Te transportowce były projektowane do jazdy w każdych warunkach. Nawet pod wodą. – odparła swobodnie Iskra.
Po chwili ciszy odezwał się Struna.
– Może zamiast gapić się na drogę, wprowadzisz nas w temat?
– Odebrali sygnał S.O.S. od dziecka i w tym samym miejscu wykryli chroniton. Mamy to sprawdzić. Koniec odprawy. – rzucił krótko Striker.
***
Po jakimś czasie wyjechali z torfowiska prosto na skalistą pustynię, która była czerwona od zawartości żelaza.
Na miejscu trafili na dziwną jaskinię. Bez zastanowienia ruszyli do środka, zostawiając transportowiec na zewnątrz – tylko by przeszkadzał.
Ruszyli w głąb tunelu w formacji kwadratu. Każdy z uniesioną bronią palną. Pilnowali się nawzajem, poruszali szybko, ale ostrożnie.
– Z tym tunelem jest coś nie tak. Stała czujność. – zakomenderował Striker.
***
Kiedy wyszli z tunelu, ich oczom ukazała się ogromna, delikatnie oświetlona jaskinia.
Nie potrafili dostrzec źródła światła, a powietrze było ciężkie i duszne.
Już po pierwszym oddechu czuli, że nie są tu mile widziani.
Przed nimi rozciągało się miasto.
Kamienne łuki i kolumny pamiętające lepsze czasy wyrastały z półmroku jak szkielety dawnych budowli. Schody, wyślizgane od lat użytkowania, prowadziły donikąd, a szerokie drogi kończyły się nagle zawaliskami.
Marmurowe posągi leżały poprzewracane, niekompletne, z odłamanymi twarzami. Nad częścią budynków wciąż trzymały się dachy pokryte charakterystyczną, czerwoną dachówką.
Niegdyś tętniące życiem miejsce – teraz ciche, martwe... zapomniane.
Karwasz na przedramieniu Iskry zapiszczał delikatnie. Rzuciła na niego kątem oka.
– Sygnatura biologiczna. Dziecko. Na oko endoranin. – rzuciła szybko.
– Kieruj. – rzucił Striker.
Ruszyli do przodu, zachowując formację.
Chwilę później z alejek po bokach wyskoczyły dwa stwory.
Szarozielona skóra, ciasno owinięta wokół ciała, długie kończyny i paszcze pełne ostrych jak brzytwa zębów.
Huk wystrzału rozniósł się po okolicy, kiedy broń plunęła ogniem.
W następnej chwili maszkary padły na ziemię martwe.
– Co to u diabła jest? – rzucił Struna.
– Nie obchodzi mnie to, dopóki można to zastrzelić! – odparł Striker.
Nie zatrzymywali się – nie mieli na to czasu.
Dobiegli do placu. Na środku stała popękana i mocno uszkodzona fontanna.
Coś dużego musiało w nią uderzyć, bo fragmenty kamienia docierały aż pod ściany budynków okalających plac.
Nie wybiegli na środek – zatrzymali się tuż przed placem.
– Otwarta przestrzeń. Idziemy przy ścianie. Iskra? – rzucił Striker.
– Odczyty prowadzą w prawo. – odparła Iskra.
Poszli w prawo, tuż przy ścianach budynków, a potem wzdłuż ulicy.
Znowu wyskoczył na nich jeden z tych stworów, ale strzelba Struny uciszyła go na dobre.
Po kilku chwilach trafili na krótki tunel, a na jego końcu – kolejną jaskinię.
Wewnątrz zastali kilka drzew i jezioro, a nieopodal niego dziwną formację skalną.
– Niezłe miejsce na obóz. – rzucił pod nosem Struna.
– Nie będziemy go zakładać. Iskra? – odpowiedziała chłodno Łuska.
– Tamte skały. Odczyty prowadzą do podziemi.
– Skąd na Dysmerii podziemia? – zdziwił się Struna.
– Średnio nas to obchodzi. Może się tam roić od tych paskud. Ruchy, nie wiemy, ile mamy czasu. – Striker uciął rozważania.
Dotarli do formacji skalnej i zobaczyli kręte schody w dół.
Striker sięgnął po granat odłamkowy. Już chciał go odbezpieczyć, kiedy Łuska złapała go za rękę.
– To akcja ratunkowa, a nie szturmowa.
Striker kiwnął głową i najpierw poświecił latarką.
– Czysto i ciemno. Noktowizory. – zakomenderował.
Odpalili noktowizory. Porządny, equliański sprzęt, który nie zniekształca obrazu oraz na żywo modulował rozjaśnienie.
Dzięki temu błysk wystrzałów nie będzie ich oślepiał.
Schodzili w szyku. Na dole grunt był jakiś inny, a powietrze stęchłe i wilgotne.
Ruszyli do przodu, po cichu. Szli powoli, nie wiedzieli, co czyha w tych podziemiach.
Prawo, lewo, potem kolejny korytarz i trafili na ślepy zaułek.
– To pierdolony labirynt. Skan. – rzucił krótko dowódca.
Iskra przyjęła rozkaz. Wyjęła z torby podprzestrzennej sondę, którą wbiła w ziemię pod stopami.
Po chwili mieli pełną mapę.
– Skomplikowana sieć tuneli sięgająca co najmniej dziesięciu pięter w dół, dalej odczyt się urywa. Sygnatura biologiczna na piątym piętrze. – rzuciła Iskra.
– I nic więcej? – zapytał Struna.
– W mieście też nie było innych sygnatur. Cokolwiek się tu kręci, nie widać tego na czujnikach. – odparła Iskra.
– Pięć pięter w labiryncie, w którym coś próbuje nas zabić na każdym rogu? To może być trudne. – zauważyła Łuska.
– Nie ma czasu, żeby tak błądzić. Dzieciak nie przeżyje tu długo. Iskra, prowadź nad odczyt, zrobimy sobie zejście.
– Rozkaz. – odparła.
Zabrali sondę i zmienili formację.
Łuska i Striker na przedzie, Iskra w środku, a Struna na tyle.
Błądzili korytarzami przez kolejne pięć minut, aż w końcu Iskra ich zatrzymała.
– To tutaj. – rzuciła.
– Zabezpieczcie teren. Zaczepy i linki. Struna, ile mamy C4? – zapytał Striker.
– Kilkanaście kilo, wystarczy na dziesięć pięter labiryntu.
– No to do roboty!
Iskra zaczęła rozkładać materiały wybuchowe, reszta wbijała kotwiczki w ściany i doczepiała liny wysokogórskie.
Po paru chwilach wszystko było gotowe. Schowali się za rogiem.
– Detonuj. – powiedział Striker.
Eksplozja poniosła się echem po labiryncie, w podłodze powstała ogromna dziura.
Iskra użyła materializatora, aby wyjąć z torby dwie wieżyczki na statywach. Rozstawiła je obok dziury tak, aby rozstrzelały wszystko, co spróbuje podciąć liny.
Striker zerknął w głąb dziury. Zauważył tam jednego stwora.
Wycelował i pociągnął za spust. Broń plunęła ogniem, a stwór padł martwy.
– Czysto, schodzimy. – rzucił do reszty.
Spuścili się po linach na niższe piętro, po czym rozpoczęli proces od nowa.
***
Ten proces powtórzyli jeszcze cztery razy.
W tym czasie kropka na mapie, która symbolizowała chłopaka, zdążyła się już przesunąć.
Lecz mimo tego była niedaleko. Tylko kilka zakrętów.
Tutaj jednak zagęszczenie poczwar było o wiele większe. Broń ciągle pluła ogniem.
Członkowie zespołu strzelali dwójkami tak, aby dać sobie czas na przeładowanie.
– Więcej was matka nie miała!? – krzyknął rozwścieczony Struna, chowając strzelbę i wyciągając topór bojowy.
Zmienili formację. Struna szedł z przodu, trzymając topór oburącz, gotów wpakować go po zamachu w każdą kreaturę, jaka by na nich wyskoczyła. Z reguły aż po trzonek, bo jak na krasnoluda przystało, krzepę miał nielichą. Trzymał też w ten sposób wrogów na zdrowym dystansie – Striker co prawda miał przymocowany do swojego karabinu szturmowego bagnet, ale Iskra na swoim Owenie – okropnie zresztą brzydkim – już takiego luksusu nie miała. Stąd strzelcy trzymali się parę metrów za awangardowym krasnoludem.
Łuska przeniosła się na tył, żeby robić za ariergardę.
Działało to bardzo sprawnie.
W końcu dotarli do miejsca, w którym czujniki wykrywały dzieciaka.
Było tu jednak pusto.
– Co jest… tutaj się nie zapuszczają? – zapytała Łuska.
– Później będziemy się tym zajmować. Iskra, sprawdź tę dziurę w ścianie. Na ciebie dzieciak najlepiej zareaguje. – uciął temat Striker.
– Niby dlaczego? – zapytał Struna.
– Bo ja nie jestem specjalnie przystojny, Łuska jest straszna z wyglądu, a ty jesteś krasnoludem! – odparł Striker.
Iskra w tym czasie zajrzała do dziury i zobaczyła skulone, bezgłośnie płaczące dziecko.
Widziała wyraźnie, że to chłopiec, na oko sześcioletni. Ubrania, zabrudzone i podarte w paru miejscach, były dość zwyczajne. Krótkie spodenki i koszulka na krótki rękaw.
– Już, spokojnie, jesteś bezpieczny – powiedziała najczulszym głosem, jakim mogła.
Chłopak zaufał jej od razu. Nie wiedzieli, ile czasu tu spędził, ale łagodny głos Iskry prawdopodobnie był dla niego jak światło w ciemności. Wyszedł ze szczeliny i od razu ją przytulił, trzymając tak mocno, jakby zaraz miała zniknąć.
– Zabieramy się stąd. Iskra w środku, Łuska na tyłach, a Struna dalej robi za drwala.
Znów przedzierali się przez korytarze, jednak tym razem stworów było zdecydowanie mniej. Czy chodziło o obecność dziecka, czy o to, że wyrżnęli sporo po drodze – Striker nie mógł ocenić.
Dotarli do miejsca z dziurą w suficie i podczepili się pod linki. Silniczki w zaczepach zrobiły swoje i po paru chwilach byli już na pierwszym piętrze, a stamtąd prosto do wyjścia.
***
Wybiegli w szyku na ulice miasta. Dobiegli do placu, kiedy od boku wyskoczyła kolejna poczwara. Celowała w Iskrę – jakby chciała dorwać trzymającego się jej chłopca.
Iskra płynnym ruchem wyjęła berettę z kabury i oddała strzał, który wysłał poczwarę do krainy wiecznych łowów.
Skręcili w lewo i dotarli do tunelu, którym tu przybyli. Ruszyli w głąb, chcąc wydostać się z jaskini. Ciemność tunelu była przytłaczająca, lepka… zupełnie tak, jakby coś nie chciało ich stąd wypuścić.
W pewnym momencie zorientowali się, że coś jest nie tak.
– Tunel nie był aż tak długi, jak tu wchodziliśmy – rzucił pod nosem krasnolud.
Na te słowa Striker wyjął z kieszeni stoper i zaczął mierzyć czas.
Po ponad sześciu minutach ciągłego biegu zatrzymał drużynę.
– Biegniemy tak od ponad sześciu minut. W tym czasie, tym tempem, spokojnie robimy kilometr – powiedział.
– Ten tunel owszem, jest długi, ale chyba nie aż tak – odparł lekko sapiący krasnolud.
– Idziemy dalej? Wyjście może być niedaleko – zaproponowała Iskra.
– Może… ale możemy mieć też do czynienia z czymś dziwnym… znaczy, dziwniejszym. Łuska, co sądzisz? – odparł Striker.
Smokowiec się nie odezwała. Po jej wyrazie pyska i zamkniętych oczach można było poznać, że intensywnie nad czymś myśli. Po chwili jednak się odezwała.
– Czytałam kiedyś bardzo interesujący raport napisany przez Entiriego. Wydarzenia z miasta mgły, Redwood Cove.
– Członek Rady Czterdziestu. Znaczy, że odjebało się tam coś poważnego – skomentował Struna.
Po chwili Iskra – dając przykład solidnej hipokryzji – opierdoliła go od góry do dołu za klnięcie przy dziecku. Niezrażona tym Łuska pokiwała głową, po czym kontynuowała.
– Nie mógł uciec z miasta. Jedyną rozsądną drogą wyjścia był tunel wydrążony w górze. Problem w tym, że była w nim jakaś anomalia przestrzenna, która cofała go do początku, jeżeli nie spełnił określonych warunków.
– Warto sprawdzić. Jeżeli powrót zajmie mniej niż sześć minut, to mamy trop – zarządził Striker.
Ruszyli w przeciwnym kierunku w tym samym tempie i po niecałych dziesięciu sekundach znów zobaczyli zrujnowane miasto.
– No… to mamy problem – odezwała się Iskra.
– Dobra… to jak Kosa to rozwiązał? – zapytał Striker.
– Znajdował nieprawidłowości w tunelu. Coś, co nie pasowało do otoczenia. Plakaty, niepasujące znaki drogowe itd. – wyjaśniła Łuska.
– Bez szans. Wracamy do jaskini z jeziorem, zakładamy obóz i szukamy innego wyjścia albo czekamy na pomoc – powiedział Struna.
Striker zamilkł. Analizował informacje i starał się podjąć dobrą decyzję. Problem w tym, że takowej nie było.
– Nie zauważyłam tego, kiedy wchodziliśmy, ale straciłam kontakt z bazą Alfa… to znaczy, że wyślą po nas wsparcie – dorzuciła po chwili Iskra.
– I to jest argument, który przeważa szalę. Zrobimy jeszcze jedną próbę, a potem zakładamy obóz – odparł Striker, wchodząc w głąb tunelu.
***
– A potem założyliście obóz i dołączył do was Garanil… mam rację? – Entiri postanowił wciąć się w opowieść Strikera.
– Tak. Do tej pory martwiłem się o zapasy i sam tunel. Jednak teraz mogę sobie odpuścić te tematy – odparł Striker.
– Teraz będziesz mógł zająć się czym innym. Na przykład martwieniem o labirynt, mgłę i całą masę innych problemów, na jakie trafimy – rzucił wesoło Struna.
Striker spiorunował go wzrokiem, ale nic nie powiedział. Wszyscy doskonale wiedzieli, że to stwierdzenie było prawdziwe.
– Dobra. Plan na jutro jest prosty. Ja, Garnek i Pyłek idziemy do tunelu i próbujemy coś podziałać. Iskra pilnuje Erona, a reszta zabezpiecza teren. Macie nam powiedzieć, kiedy pojawi się mgła – nie wiemy, czy Mglaki i inne dziadostwo zapuszczają się do tunelu i wolę nie dać się zaskoczyć – zakomenderował Entiri.
– Warty? – zapytał Vincent.
– Nie są potrzebne. Teren obstawiony wieżyczkami, a i tak nic się tutaj nie zapuszcza – odparł Garanil.
Entiri pokiwał głową ze zrozumieniem. Wstał od ogniska i zaczął rozkładać swój namiot. Podobnie zrobił Vincent.
***
Kiedy Entiri skończył się urządzać, usiadł przy ognisku z kubkiem gorącej herbaty. Chciał sobie wszystko poukładać. Jakiś czas temu Pyłek wyleciał z namiotu Iskry. Poleciał tam, żeby pomóc zasnąć Eronowi. Trzmiel nie jest jednak przytulanką, więc teraz siedział niedaleko Kosy z laptopem i intensywnie coś pisał.
Entiri z ciekawości zerknął na ekran, a po odczytaniu paru zdań postanowił się odezwać.
– Piszesz coś konkretnego czy…
– Bzz? Bzz bzz.
Po chwili Trzmiel się zreflektował i napisał wiadomość na ekranie laptopa.
– Co? A… mój pamiętnik. Piszę od… będą dwa miesiące. Pomaga poukładać myśli.
– A, Trzmieli Pamiętnik. Znam, czytałem, chociaż na pewno ominęło mnie kilka wpisów – odparł rezolutnie Entiri.
Trzmiel przez kilka sekund wpatrywał się w niego intensywnie, przetwarzając otrzymaną informację. Kiedy w końcu zrozumiał, co właściwie powiedział obieżysfer, zaczął głośno bzyczeć, po czym napisał wiadomość na laptopie. Entiri uznał, że trzmiel jest z jakiegoś powodu zdenerwowany, bo pisał z Caps Lockiem.
– ALE JAK TO „CZYTAŁEŚ”?!
– Huh? Normalnie, pojawia się co jakiś czas na ob-necie.
– CHCESZ MI POWIEDZIEĆ, ŻE KTOŚ TO WRZUCA DO SIECI?!
– O kurwa… czyli nie wiedziałeś. Kto mógł mieć dostęp do twojego pamiętnika, żeby wrzucić go do sieci?
– Nolan… niech no ja cię dorwę w swoje odnóża! Módl się, żebym nie wrócił z tej wyprawy!
Po napisaniu tych słów Pyłek wyłączył laptopa i schował go do swojej torby. Następnie – dalej mocno zirytowany – zaczął latać po całej jaskini, bzycząc jak oszalały.
Chyba niechcący spowodowałem, że jego opiekun będzie miał przesrane.
Kiedy Pyłek już skończył latać w tę i nazad, wrócił do obozu i wleciał do namiotu Entiriego. Kosa wszedł za nim i zobaczył, jak trzmiel kładzie się na jego śpiworze.
– Aj, Pyłek… widać, że mnie nie znasz – powiedział z uśmiechem.
Pyłek spojrzał na niego z zaciekawieniem. Bo co niby mógł mieć na myśli ten obieżysfer?
– Spójrz w górę – powiedział Entiri, po czym poświecił latarką na dach namiotu.
Oczom Pyłka ukazał się zawieszony pod dachem hamaczek z kocykiem i poduszką. Trzmiel nie zastanawiał się ani chwili. Podleciał do twarzy Entiriego, pobzyczał zadowolony, po czym z lubością zanurkował pod kocyk w hamaczku.
Entiri delikatnie potrząsnął głową, po czym wpełzł do śpiwora.
Equliańskie trzmiele… tak łatwo je zadowolić.
Z tą myślą odpłynął w bardzo niespokojny i płytki sen.
Komentarze
Prześlij komentarz