Witamy w Piekle. Rozdział 31 - Cisza

 Schodzili w szyku.

Ramię w ramię, każdy wypatrywał zagrożeń i osłaniał resztę.
Ani jednego ślepego punktu. Nie chcieli dać się zaskoczyć w ciasnych korytarzach labiryntu.

Szybko udało im się dotrzeć do miejsca, w którym grupa Strikera wysadziła podłogę. Zakotwiczone w ścianie liny wciąż zwisały w dół. Jedyną różnicą były poskręcane i zmiażdżone fragmenty metalu, które niegdyś były wieżyczkami strażniczymi.

Struna od razu przystąpił do kotwiczenia dodatkowej liny, a Entiri wyjął notatnik.

– Labirynt nie zmienił układu ścian, a dziura w podłodze się nie zregenerowała… dziwne – mruknął pod nosem, zapisując notatkę.
– I to jest według ciebie dziwne? – rzucił Striker.
– Zdziwiłbyś się, jak rzadko trafiam na loch, który zachowuje się jak struktura, a nie żywy organizm – odparł Kosa, chowając notatnik.

Podpięli się pod liny i spuścili na piąte piętro.
Bez żadnych problemów.

– Czyli mówicie, że te tunele były pełne jakiegoś badziewia? – zapytał Entiri.
– Mhm, a teraz jest tu pusto. I zdecydowanie mi się to nie podoba – odparła luźno Iskra.
– To co, idziemy schodami czy wysadzamy dalej? – rzucił luźno Struna.

Pyłek zaczął coś bzyczeć, po czym usiadł na karwaszu Entiriego i zaczął klepać wiadomość.

– Zrobiłbym szybki zwiad, gdyby nie to, że nic nie widzę – popłynęło z syntezatora.

Entiri uderzył się otwartą dłonią w czoło, po czym sięgnął do swojej torby podprzestrzennej.
Po chwili grzebania wyjął z niej przedmiot, którego szukał.

Był to mały zestaw noktowizyjny.

– Na śmierć zapomniałem o tym, że mam to cacko. Zakładaj – powiedział Kosa, podając trzmielowi noktowizor.

Pyłek najpierw zaczął intensywnie bzyczeć, po czym założył urządzenie na głowę i zaczął latać ostrożnie po jaskini.
Po niecałych dwóch minutach chyba uznał, że jest w stanie z tym operować, bo zniknął za zakrętem korytarza.

– Nie widziałem, że takie robią… mamy go z głowy na kilka minut. Przebijamy się – zakomenderował Striker.
– Eee… nie. Jakbym chciał robić dziurę w podłodze, to nie wysłałbym go na zwiad. Zejdziemy po schodach – odparł Entiri.
– Z całym szacunkiem, chciałbym zaznaczyć, że to nieoptymalne – Striker z jakiegoś powodu postanowił odpowiedzieć strasznie sztywnym tonem.
– Striker, nie jesteśmy w wojsku, mów normalnie. W tej kwestii zgodzę się z Kosą. Lepiej oszczędzać materiały wybuchowe na wypadek, gdybyśmy faktycznie ich potrzebowali – rzucił luźno Garanil.

***

Po około pół godziny Pyłek wrócił do oddziału i usiadł na karwaszu Entiriego, by następnie napisać na klawiaturze swój raport.

– Sytuacja jest dziwna. Nie zauważyłem żadnego ruchu, żadnych istot żywych. Nic! Stąd aż do dziesiątego piętra jest puściutko – w jaskini rozniósł się robotyczny głos syntezatora.
– No pięknie… zazwyczaj, kiedy idzie za łatwo, to oznacza kłopoty. Aż mam ciarki na plecach. Coś jeszcze? – zapytał Entiri.
– Nie widziałem nic odstającego od normy na siódmym piętrze. Za to na dziesiątym widziałem ogromne, metalowe wrota – dodał Pyłek.

W grupie zapadła cisza. Każdy musiał przetrawić otrzymaną informację.
Po chwili jednak odezwał się Garanil.

– Ehh… boss… cudownie. Ja blokuję, wy robicie mu kuku, a Kosa pilnuje, żebym nie zdechł zbyt szybko.

Bez słowa ruszyli w głąb labiryntu.

***

Przez następne piętnaście minut szli przez labirynt ciasnych korytarzy, kierując się do drzwi, które zauważył Pyłek. Ściany były nieregularne i chropowate – żadnych śladów po pazurach ani stopach. Dosłownie nic nie wskazywało na czyjąkolwiek obecność w tunelach.

Zupełnie tak, jakby byli pierwszymi istotami schodzącymi w tę otchłań.
Głucha cisza tylko potęgowała to przekonanie.

W końcu dotarli do swojego celu – wysokie na sześć i szerokie na trzy metry, pokryte misternymi zdobieniami wrota.
Po pokrywającej je zielonej patynie Entiri wnioskował, że były zrobione z miedzi albo jej stopu.

Bez słowa puścił karty w ruch. Zawirowały wokół niego, kiedy rzucał kilka zaklęć wzmacniających i ochronnych.
Garanil w tym czasie poprawiał paski, na których trzymała się jego pawęż, a reszta sprawdzała magazynki.

Kiedy byli gotowi, tarczownik pchnął drzwi do przodu.

Wrota poruszyły się z jękiem, który obudziłby umarłego. Nie otworzył ich na oścież – tylko na tyle, żeby mogli przez nie przejść.

Z drugiej strony ich oczom ukazało się sporych rozmiarów pomieszczenie na planie koła. Wyglądało jak arena dla gladiatorów.

Kiedy przeszli przez bramę, magiczne pochodnie na ścianach zaczęły się palić niebieskimi płomieniami, oświetlając swoim blaskiem salę, która…

Była kompletnie pusta.

Weszli na piasek areny, intensywnie rozglądając się dookoła, jednak nie zobaczyli nic.
Żadnego przeciwnika czającego się przy granicy areny, żadnej maszkary pod sufitem.
Piasek areny też leżał równą warstwą – żadnych śladów świadczących o tym, że coś tu było.

– Dobra, teraz to jest po prostu podejrzane – głos Entiriego rozniósł się echem po sali.

Garanil po prostu ruszył do przodu, wciąż w pełnej gotowości. Reszta czekała spokojnie z tyłu, z uniesioną bronią, aby w każdej chwili móc osłonić go ogniem.

Natomiast Pyłek poszybował w górę, żeby przyjrzeć się sklepieniu areny.

Kiedy tarczownik dotarł do schodów na drugim końcu areny, odwrócił się do reszty.

– Czysto, możemy iść dalej! – krzyknął.

Przeszli do schodów, a trzmiel wrócił z oglądania sklepienia.

– Na górze też nic nie ma. Lita skała – usłyszeli z syntezatora.

Iskra bez słowa zmaterializowała sondę i wbiła ją w ziemię. Następnie puściła skan, a po chwili mieli odczyty.

– Tym razem sięgnęło do piętnastego piętra, ale skan wykrył anomalię na dwunastym – powiedziała spokojnie.
– Jakiego rodzaju? – zapytał Striker.
– Nie wiem, odczyty są niejasne.
– Pyłku, zrób szybki zwiad, dwa kolejne piętra i wróć. W tym czasie ja obejrzę te odczyty, a reszta może się trochę zrelaksować – powiedział Entiri, podłączając się do karwasza Iskry.

Pyłek bzyknął, obejrzał dokładnie mapę na karwaszu elfki, po czym zanurkował w dół schodów.

W tym momencie Struna usiadł pod ścianą, wyjął z torby butelkę czystej i z lubością pociągnął łyk.

– Powiedziałem trochę, nie całkowicie! – rzucił Entiri w stronę krasnoluda.
– Daj spokój, jednej nawet nie poczuję – odparł Struna, ponownie biorąc łyk.

Entiri spojrzał wymownie na Strikera, ale żołdak tylko pokręcił głową.
Kosa zrozumiał przekaz. Wzruszył ramionami i zaczął analizować dane z sondy.

***

Dziesięć minut później trzmiel wrócił ze zwiadu.

– Wygląda to tak samo jak na wyższych piętrach. Nie licząc dziwnych, kamiennych drzwi tam, gdzie powinna być anomalia – zdał raport.
– Świetna robota. Szkoda tylko, że nie mam pojęcia, co to za anomalia. Te odczyty są bez sensu – powiedział lekko poirytowany Kosa.
– W takim razie idziemy to obejrzeć – rzucił Striker.

***

– Dobra… to zdecydowanie wygląda dziwnie – rzucił niepewnie Striker.

Stali właśnie przed czymś, co wyglądało jak kamienne drzwi. Nie były tak masywne jak wrota do areny ani zdobione.
Po prostu zarys drzwi w porowatej ścianie.

– Dziwne czy nie – są anomalią. Otwieram – powiedział Entiri, dotykając ściany.

Garanil złapał go szybko za rękę.

– Czekaj, coś jest nie tak – powiedział tarczownik.
– I właśnie dlatego musimy się stąd wydostać. Najpierw sprawdzamy, co jest za drzwiami, a potem zgarniamy resztę z obozu i wybywamy. Taki jest plan – odpowiedział Entiri.
– Labirynt jest pusty, nie widzieliśmy żadnych śladów ani oznak życia, a coś zniszczyło rozstawione wieżyczki. Nie było też bossa, chociaż wszystko na niego wskazywało.
– Ale…
– Zrób to, do czego namawiasz innych: użyj mózgu – zakończył Garanil, puszczając Entiriego.

Kosa przez chwilę bił się z myślami. Naprawdę bardzo chciał już mieć to za sobą. Wynosić się z tego miejsca, którego warunki tak bardzo przypominały mu o dawnej traumie.

Jednak najprostsze rozwiązania nie zawsze są najlepsze.

Odsunął rękę od drzwi i westchnął głęboko.

– Ehh… nie znoszę, kiedy masz rację, wiesz? – rzucił do Garanila.
– Dobrze, to w takim wypadku co proponujesz? Jakby skończyły nam się opcje – rzucił Struna, znów pociągając z flaszki.
– Nie wiem. Ja tylko mówię, że coś jest grubo nie tak – odparł rozbrajająco Garanil.

Striker, Struna i Iskra w tym momencie uderzyli się otwartymi dłońmi w czoło.
Pyłek natomiast bzyknął cicho i obleciał Garanila dookoła, a następnie usiadł mu na głowie.

– Chodźcie, wracamy na górę, ugotuję coś pysznego! – powiedział rezolutnie tarczownik, oddalając się od drzwi.
– Czasami ciężko mi zrozumieć obieżysferskich weteranów – powiedział po chwili Striker.
– Uwierz mi, że weterani sami się nie rozumieją – skwitował Entiri, ruszając za przyjacielem.

***

Dotarcie do obozu nie zajęło im długo. Mieli już pewność, że labirynt jest chwilowo bezpieczny, jednak i tak wysłali Pyłka przodem na zwiad.
Tak dla pewności.

Zaliczyli jednak jeden postój. Entiri postanowił się zatrzymać przy pokrytych patyną drzwiach i zrobić im kilka dokładnych zdjęć.

Zawsze to jakaś poszlaka.

W obozie pierwszym, który ich przywitał, był Vincent.

– I jak poszło? Możemy zbierać manatki? – zagaił.
– Labirynt był czysty. Zero ruchu, potworów i śladów walki. Dodatkowo znaleźliśmy pokój bossa bez bossa i dziwne, kamienne drzwi – odparł skrótowo Entiri.
– Całość sytuacji jest zbyt podejrzana, więc drzwi nie otwieraliśmy. Trzeba przeanalizować sytuację – dodał Garanil.
– No nieźle – podsumował Vincent.

Wrócili pomiędzy namioty, a Garanil od razu zaczął gotować coś potencjalnie przepysznego. Łuska i Eron siedzieli obecnie przy jednym z namiotów, grając w szachy.
Kiedy chłopiec zauważył drużynę, oderwał się od szachownicy i patrzył na nich wyczekująco.

– I jak? Wracam do domu? – zapytał podekscytowany.
– Niestety jeszcze nie. Napotkaliśmy pewne… komplikacje – odparł ostrożnie Striker.

W tym czasie Iskra na wszelki wypadek zatkała Strunie usta.
Krasnolud był z tego faktu niezadowolony, ale w pełni to rozumiał. Jego wzrok zdradzał, że zamierzał rzucić jakimś głupim tekstem.

– Za dużo potworów na drodze czy trudna zagadka? – zapytał malec.
– Ktoś tu lubi gry komputerowe, co? – rzucił Entiri z lekkim uśmiechem.
– Mhm, czasami jak gram… mam przebłyski z innego życia. Rodzice mówią, że to moje wspomnienia sprzed odrodzenia – odparł niepewnie chłopiec.
– U endoran to dość częste… słuchaj, kiedy spotykasz dużo wrogów na drodze, to znaczy, że idziesz w dobrym kierunku. Prawda? – zapytał Kosa.
– Tak! Starają się utrudnić ci dalszą drogę!
– To czego oznaką jest absolutny brak przeciwników?

Mina Erona stężała, kiedy intensywnie myślał nad odpowiedzią.

– To… to chyba bardzo niedobry znak. To was spotkało? – zapytał po chwili.
– Dokładnie tak. Więc teraz będziemy myśleć, co dalej zrobić.

„Trzeba trzymać fason w każdej chwili.
Nawet wtedy, kiedy wszystko się wali.”

Więc pozostaje mi tylko improwizacja.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 4