Witamy w Piekle. Rozdział 32 - Kolejne pytania

 



Wieczorem Entiri wybrał się do tunelu, żeby wystrzelić strzałę z wiadomością. Zaklął ją dodatkowo tak, aby wyemitowała sygnał radiowy przy uderzeniu w ziemię.
Kolejne małe ulepszenie, które ułatwia życie.

Wiadomość była dość prosta. Krótka instrukcja, jak przesłać do nich zaopatrzenie oraz czego właściwie potrzebują.

Equliańskie transportowce mogły być zdalnie sterowane, jednak do jaskini nie dochodził żaden sygnał z zewnątrz. Z tego powodu ich użycie teoretycznie odpadało.
W praktyce jednak tunel był prosty, więc wystarczyło wgrać do systemu sterowniczego prostą komendę – jedź prosto przez osiemset metrów.

Ciekawe było natomiast to, jakiego zaopatrzenia potrzebowali. Po długiej dyskusji doszli do jednego wniosku: mają za mało danych.
I nie mają jak ich pozyskać. To miała być prosta akcja ratunkowa, więc nikt nie wziął sprzętu badawczego.

A właśnie badań teraz potrzebowali, więc transport miał im dostarczyć wszystko, co potrzebne, żeby przebadać tę jaskinię od piwnicy po dach.

Oczywiście uwzględnili też informację o tym, żeby pod żadnym pozorem NIE wysyłać dodatkowych ludzi.

Następnego dnia, około godziny ósmej, już po śniadaniu, Entiri usłyszał trzask komunikatora.

– Halo, halo? Wyjechaliśmy z tunelu, herr Kosa, jesteś tam? Dookoła pełno mgły i nie wiemy, dokąd jechać!

Entiri, Garanil i Striker od razu poderwali się i chwycili za broń.

– Bryant, nosz do kurwy nędzy, mówiłem, żeby nie przysyłać więcej ludzi! – krzyknął Entiri.
– Tylko ty masz się dobrze bawić? A my to niby co? – odparł oburzony doktor.
– My? To jest was tam więcej? – zapytał szybko Entiri.
– Ja, natürlich! Radziłbym się pospieszyć, bo mamy tutaj kleines problem.

W tym momencie usłyszeli odgłos wystrzałów charakterystyczny dla ckm-u transportowca.

– Szlag by to! Jedźcie prosto aż do placu. Jak przywalicie w fontannę, skręcacie w lewo i jedziecie prosto. Zaraz u was będziemy.

Trójka wybiegła z obozu, nawet nie czekając na resztę.

Na zewnątrz panowała gęsta mgła, jednak trasa była prosta i łatwa do zapamiętania. Po chwili usłyszeli strzały.

– Nieźle się tam bawią, pora dołączyć do imprezy – powiedział pod nosem Entiri, rzucając na siebie i towarzyszy pośpiech oraz tarczę.

Garanil sprawdził w biegu magazynek swojej dopieszczonej wersji pistoletu maszynowego „Błyskawica”, a Striker odbezpieczył P-90.

Po chwili usłyszeli potężny huk przed sobą. Entiri domyślał się, że transporter faktycznie staranował fontannę.

Będzie co naprawiać.

Kosa przeładował karabinek.
Po chwili dotarł do nich pisk opon.
Przenieśli się na boki ulicy, żeby transporter mógł spokojnie przejechać.
Huk wystrzałów zbliżał się do nich nieubłaganie. Brzmiało to tak, jakby ściągała ich większa horda.

Dlatego też trójka otworzyła ogień osłonowy na ślepo. Doskonale wiedzieli, że jeżeli trafią przez przypadek w transporter, to nie zadrapią nawet lakieru – te cacka były twarde.

Po chwili minął ich transporter, a potem kolejny pisk – tym razem hamulców.
Transporter cofnął się do ich pozycji, a Bryant siedzący za kółkiem postanowił znaleźć chwilę na żarty.
Uchylił okno kierowcy.

– Entschuldigung, którędy na dworzec? – rzucił do Entiriego.

Śmieszek, kurwa!

– Jedź dalej prosto, osłaniamy was! – odkrzyknął Kosa.

Zaczęli się powoli wycofywać, wciąż strzelając i zmieniając co chwila magazynki. Wciąż nie widzieli, do czego właściwie strzelają, ale kiedy wycofali się do wieżyczek przy tunelu – te plunęły ogniem.

Czyli faktycznie coś ich goniło.

– Wychodzi na to, że nie byliśmy im za bardzo potrzebni – rzucił luźno Garanil.
– Mhm, chodźmy się z nimi spotkać. Bryant będzie mi musiał wyjaśnić kilka rzeczy – odparł Entiri.
– Dasz mu do słuchu? W końcu pisałeś wyraźnie, żeby nikogo więcej nie wysyłali – zapytał po chwili Striker.
– Zdecydowanym plusem, jak i minusem bycia obieżysferem, jest to, że ignorowanie poleceń jest wpisane w życiorys. Trzeba to po prostu przeboleć – westchnął Entiri.

Striker nie wiedział, jak ma na to odpowiedzieć, dlatego postanowił się nie odzywać.

***

Parę chwil później dotarli do obozu.
Ekipa naukowa właśnie rozładowywała sprzęt z transportera.
Konkretnie wyciągali rzeczy ze skrzyni podprzestrzennej, załadowanej do transportowca za pomocą materializatora.

Zespół badawczy liczył pięć osób i nie było z nimi nikogo więcej. Żadnego wojskowego ani obstawy – po prostu pięciu naukowców z masą sprzętu.

Entiri postanowił od razu podejść do stojącego obok pojazdu Bryanta i zadać mu parę pytań.
Garanil oraz Striker poszli z nim – nie chcieli tego przegapić. Reszta obozowiczów też przysłuchiwała się, jednocześnie pomagając w rozładunku.

Nie licząc Erona i Pyłka. Ten pierwszy zajęty był gonieniem tego drugiego.

– Dobra, słyszałem, że wziąłeś moje słowa na poważnie i faktycznie przywaliłeś w fontannę – zaczął spokojnie Entiri.
– Kleiner fehler z mojej strony. Zapomniałem, że ten model transportowca nie ma aż tak dobrych hamulców. Uwierz mi, że planowałem zatrzymać się w momencie, w którym dostrzegłem fontannę – odparł luźno naukowiec.
– Wierzę na słowo… a powiedz mi, jak to się właściwie stało, że Brex dał wam zielone światło? Pisałem wyraźnie: bez dodatkowych ludzi.
– Brexa lekarz wysłał na urlop dwa dni temu, nie dał się już przekupić. Obecnie w obozie dowodzi Ress, ale to wielka szkoda, że zespołem badawczym dowodzę ja. Sam się puściłem! – Bryant posłał Entiriemu cwaniacki uśmieszek, po czym dodał – Daj spokój, będzie fajnie, raz dwa rozgryziemy tę rätsel i się stąd wyrwiemy. Patrz, mam nawet botanika! – powiedział, wskazując na Matołowa.

Entiri potarł skronie palcami, po czym zadał pytanie, które było na ustach absolutnie wszystkich.

– Bryant, na chuj nam tu botanik?
– Nie wiem! Zresztą to Matołow, on jest o niebo lepszy od zwykłego botanika. Nawet umie liczyć!
– A tych pozostałych trzech?
– Nowy narybek instytutu, wziąłem ich jako asystentów i przywiozłem na Dysmerię, a teraz tutaj. Niech zwiedzą trochę świata. Zeroko, czyli wampir, zna się na krwi i biologii, pomyślałem, że przyda się do badań tych stworów. Ali, psołak, ogarnia geologię, a człowiek… kim ty w ogóle jesteś? – zapytał bruneta Bryant.
– Jack… jestem sprzątaczem w instytucie… ściany, podłogi, czasem sprzęt laboratoryjny. Nie mam pojęcia, co tu robię – odezwał się lekko przerażony chłopak.
– Aha… czyli chemia i materiałoznawstwo – nie najgorsze kwalifikacje. Stopień naukowy? – dopytał naukowiec.
– Nie mam żadnego, jestem po technikum rolniczym! Obieżysferem zostałem miesiąc temu! – odparł zdziwiony Jack.

Bryant podrapał się zdziwiony po głowie.

– Nonsens, każdy ma jakiś stopień! To bardzo łatwe. Nawet obecny tu Entiri ma doktorat. Mam rację, herr Kosa?
– Tak, z fizyki, a konkretnie to twój dyplom, który ukradłem pół roku temu i czekam, aż się zorientujesz – odparł luźno Entiri.
– To to się z nim stało! W każdym razie, widzisz, jakie to proste? A to, że kradziony czy imienny, kto by to sprawdzał. Jestem pewien, że po miesiącu przyuczenia w fałszowaniu dokumentów będziesz miał nawet habilitację!

Jack spojrzał po zgromadzonych dookoła obieżysferach w nadziei, że któryś z nich da mu znak albo po prostu powie, że to, co mówi Bryant, jest bzdurą.
Jednak znaku nie było. Każdy, na kogo spojrzał, kiwał tylko głową z uśmiechem.
Striker jako jedyny rzucił mu spojrzenie zatytułowane: „Było ciężko, ale po trzech miesiącach się przyzwyczaiłem.”

– Może wróćmy do tematu, co? – odezwał się Garanil.
– Tak… racja. Mam jeszcze jedno pytanie: nie byliśmy w stanie wyładować z toreb i skrzyń podprzestrzennych tak skomplikowanej aparatury, jak ta, którą przywiozłeś. Po to były te konwoje. Skąd wiedziałeś, że tutaj będziemy mogli je wypakować? – powiedział Entiri.
– To… zapomniałem o tej części… ale się udało! – odparł rezolutnie Bryant.

Plask!
Wszyscy dookoła uderzyli się otwartą dłonią w czoło.

– Nie ma to jak stracić kompletnie kontrolę nad sytuacją przez zapędy jednego, szalonego…
– Pierdolniętego – wszedł mu w słowo Garanil.
– …naukowca – sprostował Striker.
– To dopiero początek, mein freunde! – odparł rezolutnie Bryant.

***

Rozstawienie namiotu oraz całego potrzebnego na start oprzyrządowania zajęło ponad trzy godziny. Stoły, laptopy, dodatkowe monitory oraz mnóstwo różnorakich sond i czujników, mierzących absolutnie wszystko.

Widać było, że ekipa badawcza była przygotowana.

Natomiast piętnaście minut po tym, jak skończyli rozkładać ten cały bajzel, mieli już pierwsze, zaskakujące odkrycia.

– To zdecydowanie nie jest dysmerańska gleba – powiedział na głos Ali, wpatrując się w monitor wyświetlający dane geologiczne.
– Czej, zgubiłem się. Jak to „dysmerańska gleba”? Przecież przez te fale wszystko się tam zmienia – zauważył popijający obok kawę Entiri.
– Odkryliśmy to dwa tygodnie temu. Pomimo ciągłych fal, które zmieniały skład gruntu, było kilka czynników niezmiennych. Pięć ppm krzemu, po dwanaście ppm żelaza i miedzi, trzy ppm crezetu oraz jedna część na sto milionów krahazu. – wyjaśnił Ali.
– Nieważne, z jakiej części Dysmerii pobieraliśmy próbki, zawsze trafialiśmy na te znaki szczególne. Jak jest tutaj? – dodał Bryant, wchodząc do namiotu.
– Nie ma żadnego z tych. Za to mamy śladowe ilości irydu, platyny, alkatu oraz porąbaną ilość holmu. – odparł Ali.
– Jednak nie powinniśmy jeszcze wysuwać wniosków. Poprzednio tak zrobiliśmy i przez bite cztery dni błądziliśmy w tym tunelu, myśląc, że wiemy, jak działa – odparł Entiri.
– Ja, czas na więcej badań!

***

Sprawdzali wszystko. Skład gleby, rośliny, przyspieszenie grawitacyjne, promieniowanie tła… nawet poszli do miasta upolować jednego z tych stworów, żeby Zeroko mógł zrobić sekcję.
Przy tej okazji wampir stwierdził, że krew tych istot smakuje jak gówno zmieszane z olejem silnikowym i… cynamonem.
Kompletnie niepijalne!
Reszta ekipy mogła się obejść bez tej wiedzy.

Nie siedzieli z badaniami zbyt długo, ponieważ sen też jest ważny dla badań, więc o godzinie trzeciej nad ranem Bryant, Matołow i Entiri usiedli przy stole w namiocie badawczym.
Cała reszta ekipy spała sobie słodko od pięciu godzin, a ich asystenci odpadli dwie godziny temu.

Jedynym, który nie pasował do towarzystwa, był Pyłek, który przebywał w namiocie badawczym od czasu jego rozstawienia i bardzo często zadawał niegłupie pytania.
Naukowcy od razu go pokochali.

– To byłaby bardzo intrygująca zagadka, gdyby nie to, że nie możemy wyjść, a dane nijak nie pokrywają się z tym, co wiemy o Dysmerii. Nawet fal tu nie ma! – marudził Bryant, nabierając na widelec spaghetti à la carbonara.
– Właśnie dlatego mówiłem, żeby nikt mi tutaj nie przychodził. Rzucaniu zaklęć też towarzyszy trochę inne uczucie – odpowiedział Entiri znad talerza lasagne.
– Z roślinami też jest problem. Tutejsze derev’ya nie mają nawet pojęcia, co to fotosynteza! Z kolei Zeroko ustalił, że te potworki z miasta faktycznie trawią tylko mięso i są w stanie zjeść ogromne ilości. Zupełnie jakby nie mogły się najeść do syta – dodał Matołow, jedząc pielmienie.
– W takim wypadku miejmy nadzieję, że nie mogą stąd wyjść – zauważył Bryant.
– Jest gorzej, pomimo takiego apetytu są w stanie wytrzymać bez jedzenia nawet do pięciu lat. Nie mam zielonego pojęcia, jak Zeroko to ustalił – rzucił Matołow.
– Czyli fauna i flora też się nie zgadzają. Nie widzieliśmy czegoś takiego na Dysmerii – zauważył Entiri.

Nikt nie odpowiedział. Każdy zbierał myśli, zajmując się przy okazji swoim talerzem.
Po chwili jednak ciszę przerwał Pyłek.
Wyszedł na środek stołu… i chyba kompletnie się zapomniał, bo zaczął bzyczeć, zamiast używać karwasza Entiriego albo swojego laptopa.

Kosa chciał mu powiedzieć, że nikt go nie rozumie, jednak Matołow patrzył na niego skupionym wzrokiem i kiwał delikatnie głową. Zupełnie tak, jakby go rozumiał.

Trzmiel ośmielony zachowaniem naukowca zaczął produkować się jeszcze mocniej, bzycząc coraz intensywniej.

Kiedy Pyłek zakończył swój wywód, Matołow podsunął mu otwarty słoiczek miodu.

– Zaraz, ty go rozumiesz? – zapytał Entiri.
– Ni w ząb, ale chyba o to mu chodziło.

Pyłek uderzył się w twarz odnóżem, następnie spojrzał na Matołowa z mieszanką niedowierzania i zażenowania, podleciał do karwasza Entiriego i zaczął klepać.

– Mówiłem, że biorąc pod uwagę wszystkie informacje, może wcale nie jesteśmy na Dysmerii? Może to kolejny inny wymiar? – popłynęło z syntezatora.
– Nonsens, meine kleine hummel. Gdybyśmy zmienili wymiar, jestem pewien, że byśmy to zauważyli – odparł Bryant.
– Nie byłbym tego taki pewny, tovarishch. Owszem, nie zauważyliśmy nic, co by wskazywało na zmianę świata. Jednak to by sporo wyjaśniało.
– A jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że Dysmeria jest wymiarem kieszonkowym… – zaczął Entiri.
– To wtedy taka teoria ma jeszcze więcej sensu… ale jak to sprawdzić? – dokończył Bryant.
– Mam propozycję: chodźmy spać. Mamy wpół do czwartej, więc wypadałoby się już położyć. Jutro… znaczy dzisiaj rano pomyślimy, jak to sprawdzić. – zaproponował Entiri.

Bryant i Matołow kiwnęli głowami.



Dokończyli posiłek, po czym rozeszli się do swoich namiotów na zasłużony odpoczynek.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Witamy w Piekle. Rozdział 30 - Zmiana planów