Witamy w Piekle. Rozdział 33 - Wiertło i przecinak



Przewrócił się na drugi bok… znowu.

Od razu po zjedzonej kolacji poszedł w kimę, ale był pewien problem.
Nie mógł zasnąć, chociaż bardzo tego chciał.

Czuł się senny, jego oczy same się zamykały, a świadomość powoli odpływała.
Jednak za każdym razem coś odciągało go od granicy snu. Uporczywa, niezdefiniowana myśl, która pojawiała się, kiedy miał już odpłynąć.
A potem znikała nie wiadomo gdzie.

Zupełnie jak jakaś zjawa.

Entiri sięgnął po karwasz leżący obok poduszki i sprawdził godzinę.
Na ekranie wyświetlała się godzina czwarta trzydzieści siedem.

Kosa westchnął głęboko, po czym wstał z posłania i po cichu wyszedł z namiotu. Nie chciał budzić Pyłka – niech sobie trzmiel pośpi.

Poszedł od razu do namiotu badawczego, zapalił światła i zrobił trochę miejsca na stole.

Skoro nie mogę spać, zadbam o sen w inny sposób.

Zaczął wyjmować z torby szklane butelki z różnokolorowymi zawartościami. Dodatkowo wyjął też szklankę, miarkę barmańską oraz fiolkę z żoninymi łzami.

A potem zaczął wlewać kolejne trunki do szklanki. Eliksir wigoru, mikstura jasności umysłu, ertońskie szklane wino, cyreński nekt… dużo różnych mikstur oraz mocnych trunków – wszystkie składające się na jeden drink.

Nocka – bo tak na to mówili – była specyficznym napojem. Dziwnym w smaku i mocnym jak diabli. Bez wysokiej tolerancji na alkohol spokojnie można się było upić jednym drinkiem.
Dlatego zaraz po wypiciu nocki piło się też żonine łzy dla wytrzeźwienia.

Każdy z trunków w składzie nocki miał jakiś efekt pobudzający, a ich połączone działanie dawało efekt podobny do ośmiu godzin snu.

Kiedy skończył mieszać, wypił całość haustem. Potem usiadł przy stole, położył ręce na blacie, ułożył na nich głowę i zamknął oczy.

Jego świadomość odpłynęła niemal natychmiast.
Tylko po to, żeby po dziesięciu minutach nocka zrobiła swoje.

Entiri zerwał się do siadu, w pełni rozbudzony i wyspany.
I przy okazji nieźle pijany, dlatego też od razu wypił żonine łzy.

Po kilku chwilach był trzeźwy i gotów do dalszej pracy.

Wstał od stołu, przeciągnął się i westchnął głęboko.

Dobra… od czego by tu zacząć?

Przysunął do siebie laptopa i otworzył go. Ekran rozświetlił się raportem z sekcji stwora. Od razu przeskoczył na raport geologiczny.

Biologia to zdecydowanie nie moja bajka. Poza tym nie przyda się aż tak bardzo.

Zaczął powoli przeglądać dane, szukając czegoś dziwnego.
Sam nie do końca wiedział czego.

Gleba z Dysmerii, dużo różnych pierwiastków występujących w tablicach pierwiastków różnych światów. Jednak to nic dziwnego – w końcu fale wytworzyły nawet czarcie jabłonie, a to rzadka roślina.
Nie jestem pewien, jak właściwie działają, ale na podstawie losowych przemian można stworzyć absolutnie wszystko.
Czyli to ślepa uliczka.

Zamknął dokument traktujący o Dysmerii i otworzył ten o glebie z jaskini.

Wymiar kieszonkowy… to już potwierdziliśmy. Do takich miejsc nie można dostać się ot tak.
Musisz albo wiedzieć, gdzie on jest, albo skorzystać z naturalnego fenomenu, takiego jak wir wymiarowy.
Albo znaleźć miejsce, w którym taki wymiar powstał.

Wstał od stołu i uruchomił ekspres do kawy.

– Trafiliśmy na Dysmerię przez grupę Deyera… ich portal został wciągnięty przez wir. Potem zwyczajnie powtarzaliśmy to zjawisko. Tutaj natomiast znaleźliśmy się przez tunel – mruknął pod nosem, czekając na kawę.

Kiedy napar był gotowy, nalał sobie trochę do kubka, dorzucił dwie łyżeczki cukru, dolał mleka i zamieszał.
Usiadł z powrotem przy laptopie i upił łyk kawy.

– W tej glebie mamy iryd, platynę, alkat oraz dużą ilość holmu. Każdy z tych pierwiastków jest dość powszechny. To na pewno nie jest żadna wersja uniwersum ziemskiego – jeszcze nie znaleźliśmy takiej z alkatem.

Sparował laptop ze swoim komputerem osobistym i otworzył dość specyficzną bazę danych.
Zintegrowany Katalog Substancji i Cząstek.

To cudo zawierało w sobie każdą cząstkę elementarną, pierwiastek chemiczny oraz związek chemiczny znany obieżysferom.
Ta cudowna baza danych była stale aktualizowana i miała bardzo wygodny system wyszukiwania.

Entiri przystąpił do wprowadzania parametrów z analiz geologicznych, jakie miał.
Liczył na to, że uda mu się zawęzić pole poszukiwań do rozsądnej liczby światów.

Program jednak stwierdził inaczej, wykluczając tylko trzydzieści dwa procent bazy danych.

– Wiem tyle, co wcześniej. Zgaduję, że gdybym szukał światów, w których nie występuje wodór, zostałaby tylko garstka. Jednak jak na złość obok obozu jest zbiornik pełen wody – narzekał Entiri.

Odchylił się do tyłu w fotelu i spojrzał na płótno namiotu nad jego głową. Wpatrywał się w nie intensywnie, tak jakby miało mu zaraz zdradzić rozwiązanie.
Płótno jednak milczało, a nienazwana myśl, która nie dawała mu spać, jak na złość dalej nie chciała dać się złapać.

– Nic z tego, potrzebuję więcej danych… zaraz… zrobiliśmy badania geologiczne z próbek gruntu. Nie próbowaliśmy ze ścianami jaskini. Pora odpalić wiertarkę!

Z tymi słowami wyszedł z namiotu z wiertarką do próbek w prawej i kubkiem kawy w lewej ręce.

***

Obóz rozbili przy jeziorze, dość daleko od ścian jaskini, więc musiał się kawałek przejść. Kiedy dotarł już do ładnego fragmentu ściany, założył na głowę latarkę czołową i przyłożył wiertło do powierzchni.

Stał tak przez chwilę, myśląc nad pewną kwestią, po czym sprawdził godzinę na karwaszu.

– Piętnaście minut po piątej… będą mieć pretensje o naruszenie ciszy nocnej – rzucił pod nosem.

Rzucił wokół siebie proste zaklęcie wyciszające, po czym zaczął wiercić w ścianie.
Zaklęcie nie zniwelowało hałasu całkowicie – był jednak znośny.

Parę pierwszych centymetrów wiercenie szło bez problemów. Skała nie była zbyt wytrzymała.
Potem jednak wiertło przestało iść dalej, a po paru sekundach usłyszał pisk.

Zatrzymał wiertarkę i wyjął ją z otworu. Odłożył ją i poświecił latarką wewnątrz. Coś tam połyskiwało, jakby metal.

– Dobra, to jest dziwne… pora powiększyć sobie przestrzeń roboczą – powiedział pod nosem.

Wziął wiertarkę i spojrzał na wiertło, a potem z zamyśleniem na pokrowiec z talią kart wiszący u paska.
Bił się z myślami.

Tylko czy chce mi się bawić w wiercenie? Oryginalnie miałem pobrać próbki, a do tego wiertło wystarczy.
Jednak ten metal jest cholernie ciekawy… dobra, czas użyć magii.

Odłożył wiertarkę i rzucił proste zaklęcie magii ziemi. Następnie uderzył pięścią w ścianę.

Trzask!

Pajęczyna pęknięć zaczęła rozchodzić się po ścianie na planie koła, a kawałki skał zaczęły spadać z łoskotem na ziemię.

Po kilku chwilach powstała dziura o średnicy pół metra, przez którą było widać matowy, szary metal pokryty pajęczyną zielonych żyłek.

Entiri zaczął dokładnie przyglądać się ścianie, po czym użył kolejnego zaklęcia.

– Analiza strukturalna – szepnął, dotykając powierzchni.

Fala energii rozeszła się po metalu, po czym…
nic się nie stało.

Zaskoczony Kosa ponownie użył zaklęcia, jednak efekt był dokładnie taki sam.
Odsunął rękę od ściany i zaczął myśleć na głos.

– No, to się robi ciekawe. Czyli mamy ścianę z materiału, który wygląda jak metal i ma właściwości odbijania lub niwelowania magii – powiedział, chwytając za wiertarkę.

Kliknął parę razy na karwaszu, żeby wyświetlić stoper. Następnie przyłożył wiertło do ściany.

– Albo to, albo jest cholernie gęsty – dodał, odpalając stoper i wiertarkę.

***

Minęły trzy godziny, kiedy Bryant postanowił przerwać mu pracę. Wiertarka leżała tuż obok, wraz z trzema stępionymi wiertłami. Nieopodal znajdował się zestaw pilników do ekstremalnych robót, kilka dłut i młotek, a za Entirim stała duża butla z argonem.

Sam Kosa z intensywnością maniaka próbował ruszyć ścianę, używając przecinaka plazmowego.

Naukowiec szturchnął go w ramię, a Entiri odsunął narzędzie od ściany, podniósł przyłbicę i spojrzał zmęczonym wzrokiem na Bryanta.

– Czego kurwa, grzecznie pytam – rzucił ponuro.

– Nie chciałbym przeszkadzać ci w pracy, herr Kosa, ale dlaczego nie użyjesz wiertła do próbek? Leży tuż obok ciebie…

– Próbowałem… piętnaście sekund, z zegarkiem w ręku, i stępiłem wiertło.

– Ale… przecież to wiertła do próbek… ich się praktycznie nie da stępić.

– No właśnie… ten przecinak też nie daje efektu. Ten metal albo ma naprawdę wysoką pojemność termiczną, albo cholernie dobre przewodnictwo – odparł Entiri, dotykając ściany, po czym dodał: – I nie jest nawet ciepła!

Bryant podszedł bliżej, wyjmując z torby lupę. Następnie dokładnie przyjrzał się powierzchni.

– Aber udało ci się ją trochę naruszyć. W tym miejscu powierzchnia jest delikatnie chropowata. – rzucił, dotykając wskazanego obszaru.

– Nie gadaj!

Entiri natychmiast przywarł do ściany, dokładnie przyglądając się miejscu, które wskazał naukowiec. Było tam kilka malutkich nierówności, które ciężko było zobaczyć gołym okiem.

Kosa sięgnął po jeden z pilników i zaczął intensywnie skrobać obszar obok.
Jednak bez skutku – nie było tam nawet ryski.

– Dobra… ten pilnik jest w stanie spokojnie zarysować diament. Skoro on nawet tego nie zarysował, to na pewno nie było to żadne z dłut. – rzucił po chwili.

– Jednak te wżery jakoś powstały… próbowałeś zaklęć? – dodał równie zdziwiony Bryant.

– Żadne nie zadziałało… tego czegoś nie byłem w stanie przeanalizować analizą strukturalną… zaraz… wżery?

Entiri wyjął ze swojej torby lupę jubilerską i przyjrzał się dokładnie śladom.
Zobaczył delikatne dziurki o nieregularnych kształtach i różnych głębokościach.

To faktycznie wygląda jak wżery po rdzy…

Siedział w ciszy, starając się przypomnieć dokładnie, co robił przez ostatnie trzy godziny.
Po chwili Bryant poklepał go po ramieniu i wskazał na butlę z argonem.

Entiriego olśniło.

– Ej… Bryant… czy to możliwe, żeby ten metal reagował z plazmą argonową?

– Ich weiß nicht… to jednak jedyne wyjaśnienie, które zostaje. Dlaczego w ogóle ślęczysz nad ścianą?

– Nie mogłem spać w nocy, więc wziąłem nockę i chciałem się dowiedzieć, gdzie właściwie jesteśmy. Problem w tym, że mamy za mało danych. Dlatego zacząłem wiercić, a potem trafiłem na to – odparł Entiri nieobecnym głosem, jakby jego umysł był gdzie indziej.

– Zgaduję, że myślisz teraz, w jaki sposób pobrać próbki metalu.

Entiri nie odpowiedział.
Zdjął przyłbicę z głowy, wstał i wyłączył agregat. Następnie przeciągnął się jak kot.

– Będąc w pełni szczerym, to nie mam nawet pomysłu, od czego zacząć. Pierwszy raz trafiam na metal tak wytrzymały, że nie mogę nawet pobrać próbek. Przecież nawet takie perełki jak arkazjański metal można ruszyć na tyle, żeby dało się je zbadać – powiedział Entiri, kierując się w stronę obozu.
– Będziemy musieli zrobić kilka testów. Może plazma innych gazów zadziała lepiej? A może reaguje z czymś banalnym, aber niespotykanym – odparł Bryant, ruszając za towarzyszem.
– Eroduje pod wpływem plazmy argonowej. W którym niby momencie to jest banalne?
– Zdecydowanie banalniejsze od wspomnianego wcześniej arkazjańskiego metalu, który zaczyna się zachowywać jak plastelina pod wpływem kwasu solnego w punkcie potrójnym! Musimy po prostu zrobić więcej testów.
– Tsa… ale najpierw kawa i jakieś śniadanie. Zgłodniałem.

***

Po zjedzeniu śniadania Entiri wraz z ekipą naukową oraz Garanilem zebrali się przy stole w namiocie laboratoryjnym.
Z jakiegoś powodu Pyłek postanowił dołączyć do spotkania. Obecnie wygrzewał się pod zapaloną lampą stołową.
Wyglądał, jakby miał się zaraz rozpuścić.

Każdy z obecnych został już zapoznany z problemem, a pierwszy odezwał się Zeroko.

– Biorąc pod uwagę fakt, że nie mam nawet pojęcia, jak działa przecinak plazmowy, zajmę się czymś z mojej specjalizacji. Postaram się dowiedzieć, dlaczego nasi sąsiedzi z miasta obok nie pokazują się na czujnikach.
– Daj znać, jak ci się to uda. Wtedy spróbuję ulepszyć nasze czujniki. Garanil zajmie się… – Garanil wszedł Bryantowi w słowo.
– Szczerze mówiąc, zgubiłem się już przy słowach „plazma argonowa”, dlatego… – zaczął Garanil, ale Bryant mu przerwał.
– Mein Gott, herr Garanil, nie miałeś przypadkiem doktoratu z chemii nieorganicznej?
– Tak, mam, nawet z habilitacją…
– Fałszowany? – zapytał z uśmiechem Kosa.
– Mhm, ale roczny fakultet mam legitny… chciałem się dowiedzieć więcej o roślinach, ale zamiast na wykład o chemii organicznej trafiłem na nieorganiczną. Wykładowca akurat wyjaśniał związek pomiędzy chemią organiczną, a nieorganiczną na przykładzie materiałów wybuchowych, z demonstracjami, więc zostałem. Także ogarniam, o co chodzi z plazmą i argonem, ale zostaw Czesia – Czesio jest do innych zadań – wyłożył tarczownik z uśmiechem.

Przez chwilę wszyscy milczeli, patrząc na Garanila z lekkim zdziwieniem. Nawet Pyłek podniósł głowę.

– Dobra, to była parafraza skeczu „Kociołek”… załapałem – przerwał ciszę Entiri, po czym kontynuował: – To czym chciałbyś się zająć?

Tarczownik podrapał się po brodzie w zamyśleniu, by po chwili sprawdzić na swoim karwaszu mapę labiryntu.

– Wciąż nie mamy pojęcia, skąd wziął się tu Eron, jak jego sygnał dostał się na Dysmerię razem z odczytami chronitonu. Ani dlaczego sygnał chronitonu nagle zniknął. Wezmę grupę Strikera i zejdziemy w głąb tego lochu – odparł po chwili.
– Wydaje mi się, że mogę to ułatwić. Chodźcie na zewnątrz – powiedział Entiri, podnosząc trzmiela spod lampki i kładąc sobie na głowie.

Wyszedł na zewnątrz razem z obecnymi na spotkaniu.

– Wciąż nie mamy pewności, czy jesteśmy na Dysmerii, prawda? Czas się przekonać – rzucił, formując zaklęcie.

Po krótkim błysku przestrzeń przed nimi rozdarła się, tworząc niebieski portal.

– Prowadzi na dziesiąte piętro…
– Wspaniale, czyli nie dość, że mamy metodę szybkiej podróży z obozu do lochu, to jeszcze potwierdziliśmy teorię. Zuch, Gwiazdeczko! – rzucił Garanil, zaglądając do portalu.
– Emm… a moglibyśmy się przenieść przez tę ścianę za pomocą magii? – zapytał Bryant.
– Dobre pytanie, wiesz?

Entiri znów uformował zaklęcie, jednak tym razem zaowocowało ono małą implozją magicznej energii.

– Mhm… czyli coś tutaj blokuje otwieranie portali poza jaskinię. Czyli faktycznie nie mamy obecnie sposobu, żeby się stąd wydostać – rzucił lekko zdziwiony Entiri.
– Zaraz, moment… chcesz powiedzieć, że gdyby nie blokada portali, dałbyś radę nas stąd wyrwać? – zapytał Garanil.
– Mamy połączenie z Dysmerią. Wystarczyłoby, żeby podesłali nam spleciony elektron – powiedział Kosa tak, jakby mówił o czymś oczywistym.

W tym momencie Bryant i Matołow strzelili facepalma.

– No tak, bieg przez wymiary… ale chwila… – zaczął Bryant, ale Matołow wszedł mu w słowo.
– Tovarishch… czy ty chciałeś zrobić coś tak niebezpiecznego, nie wiedząc, jak daleko od Equlis jesteśmy?
– Właśnie w tym rzecz, że nie chciałem, więc próbowałem ustalić, gdzie nas wywiało. Poszedłem po próbki i trafiłem na ścianę… dosłownie.
– Przerwę wam tę dysputę. Biorę trzmiela, ekipę Strikera i idę do labiryntu na wycieczkę krajoznawczą – powiedział Garanil, zabierając z głowy Entiriego Pyłka i kładąc go na swojej.

Pyłek, kompletnie niezrażony tym faktem, drzemał w najlepsze.

– A my zajmiemy się ścianą. Na początek spróbujemy innego gazu! – rzucił wesoło Bryant, ruszając w stronę magazynu.

Dlaczego mam wrażenie, że to nie będzie takie proste?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Witamy w Piekle. Rozdział 30 - Zmiana planów