Witamy w Piekle. Rozdział 34 - Poprawnie niepoprawne wyniki
Pięć godzin później Entiri wraz z Bryantem oraz Alim dalej ślęczeli nad ścianą. Dookoła leżały porozrzucane różnorakie narzędzia oraz kilka butli z różnymi gazami.
Nieopodal nich siedział Jack i czytał książkę. Wcielił się w rolę niańki zaplecza naukowego – przynosił kubki z kawą, przypominał o jedzeniu i ogółem dbał o to, żeby nic nie przeszkadzało mądralińskim.
Sam zespół naukowy – obecnie skrajnie zirytowany – został zmuszony do zakończenia prac.
Agregat spawalniczy, który miał również funkcję przecinaka plazmowego, postanowił zaprotestować przeciwko pięciu godzinom ciężkiej harówki bez przerwy.
Produkował przy okazji kłęby szarego dymu, który zdecydowanie nie sprzyjał zdrowiu.
– Bryant… proszę, powiedz mi, że spakowałeś zapas… – zaczął nieśmiało Entiri.
– Mamy jeszcze takie dwa, spokojnie – odparł naukowiec.
– Ja bym się jednak wstrzymał. Już jeden zarżnęliśmy, a dowiedzieliśmy się, że z gazów działa tylko argon. I to tylko w formie plazmy – dodał Ali.
– Problem w tym, że nie mamy chwilowo dalszych opcji. Bo nie spakowaliście ze sobą kwasów… prawda? – zapytał Entiri.
– Nein… a nawet jeśli, to wątpię, żeby zadziałały. Chemia często potrzebuje czasu i precyzyjnej kontroli temperatury oraz ciśnienia. Tymczasem ta ściana nic sobie nie robi z naszych kelwinów.
Entiri usiadł na ziemi i zapalił papierosa, pogrążając się w myślach.
Tunel na Dysmerię wydaje się być bez wyjścia, a labirynt wygląda jak pułapka. Jeżeli nie uda się przebić tej ściany, to zbuduję sobie domek letniskowy.
Tylko jedwabników nie ma.
– Wielka szkoda, że spawy i klej tego nie łapią. To znacząco ułatwiłoby sprawę – rzucił Jack znad książki.
– Okej, zgubiłem się… dlaczego? – zapytał Bryant.
– Ojciec pracował w jakimś labo i opowiadał kiedyś o PVD. Metoda tworzenia twardych powłok… – Ali przerwał człowiekowi w pół zdania.
– Poprzez osadzanie się związków metali w warunkach wysokiej próżni… no jasne! – krzyknął psołak, puszczając się sprintem w stronę magazynu.
– Hohoho… zainspirowałeś potencjalne rozwiązanie. Warto mieć w ekipie kogoś z materiałoznawstwem – powiedział wesoło Bryant.
Ali wrócił po paru minutach z nowiutkim agregatem. Postawił go na ziemi, podłączył do prądu i podpiął pod niego butlę z argonem.
– Byłbyś w stanie stworzyć malutką kopułę magiczną przylegającą do ściany? Musi być szczelna, mieć otwór na przecinak i chociaż częściową próżnię w środku – rzucił szybko Ali.
Wtedy Bryant i Kosa załapali, o co chodzi geologowi.
Entiri natychmiast przystąpił do pracy.
Uformowanie takiej mini bariery i wysysanie z niej powietrza było banalnie proste – nawet nie wyciągał do tego kart.
Po kilku sekundach przeźroczysta, lekko niebieskawa kopuła przylegała do ściany. Ali przełożył przez nią dyszę, a agregat zaczął pracować. Z powodu częściowej próżni wewnątrz plazma zachowywała się inaczej niż zwykle.
Nie przeszkadzało to jednak w procesie.
Z początku nic się nie działo, jednak po paru sekundach plazma zmieniła kolor na zielony, a wewnątrz kopuły zaczął się gromadzić różnokolorowy osad.
– Nie tak ojciec opisywał ten proces… warstwa nie ma się na czym osadzić… – powiedział ostrożnie Jack.
– Bo to nie jest metoda PVD. Bardziej przypomina to ablację. Po prostu erodujemy materiał w zamkniętym próżniowo środowisku tak, aby pozyskać próbki – odparł Bryant.
– Ablację? Jak chcę dalej robić jako sprzątacz w instytucie, to muszę zacząć uczyć się fizyki – odparł lekko zrezygnowany Jack.
– Nie przejmuj się, zaczniesz to łapać mimowolnie… taki już styl życia obieżysfera – pocieszył go Entiri.
Po dwóch minutach Ali uznał, że ma dość próbek do badań. Wyłączył przecinak i wyjął dyszę.
Entiri jednak nie odwołał zaklęcia – odsunął kopułę od ściany i uzupełnił braki tak, aby powstała kula pełna gazów oraz cząsteczek stałych.
– Możesz odwołać zaklęcie. Ten proszek to wszystko, czego potrzebujemy – rzucił spokojnie Ali.
– Możemy równie dobrze przeanalizować gazy, które powstały w procesie. Zawsze więcej próbek – odparł Bryant, klepiąc Entiriego po ramieniu.
– Racja, nie pomyślałem o tym. Teraz tylko to przeanalizować i będziemy wiedzieli, z czego to jest zrobione! – powiedział Ali, kierując się w stronę namiotu.
***
W namiocie laboratoryjnym Entiri włożył całość do komory analizatora – dużego, białego urządzenia przypominającego z wyglądu połączenie lodówki z pralką i robotem kuchennym.
Były nawet magnesy lodówkowe.
Entiri zamknął komorę analizatora i włączył wbudowaną pompę próżniową.
Kiedy na ekranie zawartość powietrza spadła do bliskiej zeru, Kosa rozproszył barierę.
Analizator zaczął pracę, cicho przy tym mrucząc.
Zupełnie jak lodówka.
Po trzech minutach pojawiły się pierwsze wyniki.
– Dobra, widzę tu… standardowy miszmasz konstrukcyjny. Żelazo, miedź, iryd… Jest też holm. W sumie to, co wykryliśmy w glebie – powiedział Ali, patrząc na ekran.
– Jest też wodór – dodał ostrożnie Bryant.
– W strukturze metalicznej? – zapytał zaskoczony Entiri.
– Mamy też wapń… lit, sód i potas?
– Czyli różne sposoby na eksplozję… jakim cudem to nie wybuchło?! Brakuje tu jeszcze alkatu – rzucił Entiri, wpatrując się w ekran.
– A propos alkatu, też tu jest… i argon… – dorzucił psołak.
– Argonu używaliśmy, nic dziwnego – odparł Bryant.
– Nie w czystej postaci… to związek argonu z siarką – dokończył Ali.
Zapadła cisza, każde z nich trawiło otrzymaną informację.
Po chwili Kosa przerwał milczenie.
– Ale… przecież… argon nie robi takich rzeczy… a już na pewno nie z siarką! Jeżeli już, to z fluorem. I to tylko w ekstremalnych warunkach!
– O wilku mowa, fluor też tu jest.
– Fluor… czyli jeden z najbardziej aktywnych pierwiastków… przecież to powinno się zeżreć od środka! – krzyknął Bryant, opadając na krzesło obok.
– Czy to już wszystko? – zapytał zrezygnowany Entiri.
– Chyba tak… nie! Będzie jeszcze jeden – odparł Ali.
– Komora maszyny losującej jest pusta, następuje zwolnienie blokady… brakuje nam tylko, żeby było promieniotwórcze – rzucił Entiri.
Po chwili komputer wypluł ostatni składnik.
– Karhaz… czyli jest promieniotwórcze – powiedział Bryant.
– Oczywiście, że jest… jakim cudem licznik Geigera siedzi cicho? – zapytał Entiri.
– Może on też się poddał? To już chyba nawet nie jest chemia, wiesz? – odparł zrezygnowany psołak.
Cisza ponownie zapadła w namiocie. Ta sytuacja była zdecydowanie zbyt absurdalna dla obieżysferów.
Nikt nic nie powiedział. Każdy zaszył się w swoim małym świecie, gdzie wszystko było spójne.
Nie dane im jednak było nacieszyć się tym milczeniem.
Jack postanowił je przerwać, próbując jednocześnie rozluźnić atmosferę.
– Wszystko jasne… czyli mieszając fasolkę szparagową z żelazem, otrzymujemy niezniszczalny stop. Wadą jest to, że rozpuszcza się pod wpływem sosu tabasco.
– W sumie możemy tego spróbować… problem w tym, że chyba nie mamy tabasco – odparł niemrawo Bryant.
– Wy tak serio? Ja tylko cytowałem bajkę – odparł zaskoczony Jack.
– Na tym etapie, jeżeli uda się rozpuścić tę ścianę, polewając ją gorącą kawą, nie będę się zagłębiał w to, jak to działa… wiecie co, pójdę sprawdzić – rzucił Entiri, wychodząc z namiotu.
Bryant położył głowę na blacie stołu i wydał z siebie cichy jęk rozpaczy.
Ali łączył się z nim w bólu, a Jack miał wrażenie, że swoim żartem tylko dobił morale zespołu.
Po paru chwilach Entiri wrócił do namiotu z pustym kubkiem.
– Nic z tego, ani drgnie – rzucił, stawiając kubek na stole.
– A jaką polałeś? – zapytał Bryant.
– Słodką z mlekiem.
– To może spróbuj czarną i gorzką? – zapytał Ali.
– Ja chcę, żeby ta ściana się rozpuściła, a nie rozpłakała – odparł poważnie Kosa.
– Czy ja mam rozumieć, że wy teraz będziecie polewać i okładać tę ścianę czymkolwiek, byle zobaczyć, czy zareaguje? – zapytał Jack z niedowierzaniem.
– Dokładnie tak, bo nie mam lepszego pomysłu. To oznacza, że mamy liczbę możliwości dążącą do nieskończoności. Jeżeli masz sugestię, która pozwoli nam ten zbiór odrobinkę zawęzić, będę wdzięczny – odparł Entiri, siadając przy stole.
– Może ekipa w labiryncie radzi sobie lepiej… albo Zeroko ma postępy? – zapytał smutno Ali.
Na to stwierdzenie Bryant podniósł głowę i skierował się do szafki z odczynnikami chemicznymi. Wyciągnął z niej butelkę czystej, odkorkował i pociągnął łyk.
Było po nim widać, że ma dość tej sytuacji.
Entiri wstał od stołu i uruchomił ekspres do kawy. Po kilku chwilach nalał sobie świeżego naparu, dosypał cukru, dolał mleka i pociągnął łyk.
Zupełnie tak, jakby kawa jednak była rozwiązaniem problemu.
– Skoczę do chłopaków z bio. Może biologia dostała wpierdol tak samo jak chemia – rzucił, wychodząc z namiotu.
***
Laboratorium biologiczne znajdowało się nieopodal. Oczywiście urządzone w namiocie – jednak o wiele czyściej.
Białe, pokryte polimerem „ściany” oraz wytrzymała cerata rozłożona na ziemi. Poza tym mikroskopy, wirówki, probówki i szalki Petriego w lodóweczkach.
Wyglądało to bardzo profesjonalnie.
Na środku stał stół ze stali nierdzewnej, na którego blacie leżało zdobyte wcześniej truchło stwora z miasta.
Dziura po kuli w głowie oraz rozcięty tułów upewniały wszystkich w przekonaniu, że to coś jest martwe.
Na pewno!
Matołow siedział obecnie przy komputerze i analizował wyniki, a Zeroko w stroju chirurga grzebał w bebechach poczwary. Vincent siedział nieopodal i czytał książkę.
Kowboj pełnił dokładnie tę samą rolę co Jack w ekipie fizyczno-chemicznej.
Entiri wszedł do namiotu z kubkiem gorącej kawy w dłoni i od razu rzucił klasyka gatunku.
– Eee… co jest, doktorku?
– Ten organizm jest fascynujący… nie wykazuje śladów stężenia pośmiertnego, pomimo bycia martwym od dwóch dni! – odparł Zeroko z błyskiem w oczach.
– Poza tym nie ustaliliśmy jeszcze nic nowego… jak wam idzie? – zapytał Matołow.
– Udało nam się pobrać próbki tej ściany, zaczęliśmy analizę… a potem chemia dostała taki wpierdol, że Bryant wyciągnął butelkę czystej. Dlatego wpadłem sprawdzić, czy u was jest lepiej – odparł Kosa.
– Bryant zazwyczaj nie pije w pracy… czyli faktycznie musi być źle – rzucił zaskoczony Matołow.
– Czy ja wiem… analizy wykazały trochę wodoru… kilka metali alkalicznych, fluor i związek siarkowo-argonowy – odpowiedział zrezygnowany Entiri.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, że to, co mówisz… nie ma absolutnie żadnego sensu? – zapytał Matołow, obracając się w jego kierunku.
– Przecież mówiłem, że chemia dostała wpierdol… to miejsce nie bierze jeńców. Wpadłem sprawdzić, czy pod waszym czujnym okiem biologia nie zmieniła się w ofiarę zbiorowego gwałtu.
– Jeszcze nie i módlmy się, żeby tak zostało. Kiedy biologia robi sobie jaja, mamy plagi, zarazy i drogą służbę zdrowia – odparł Zeroko, odkładając skalpel na tackę.
Entiri podszedł bliżej stołu, żeby zajrzeć do bebechów stwora. Był po prostu ciekawy.
Jednak nieuwaga spowodowana chemicznym szokiem poznawczym lub nierównością podłoża namiotu sprawiła, że Entiri delikatnie się potknął i zachwiał.
Pech chciał, że ulało mu się kawy z kubka, a ciecz wylądowała na stopie potwora.
Nagły ruch na stole, ryk bólu i poczwara już rzucała się na Entiriego.
Kosa zareagował szybko – upuścił kubek, wyszarpał Berettę z kabury i oddał strzał.
Posłaniec śmierci trafił poczwarę w głowę, a siła uderzenia spowodowała uderzenie jej głową w stół.
Każde z nich stało w niedowierzaniu, patrząc na stwora z dwiema dziurami w głowie i rozciętym tułowiem, który przez ostatnie dwa dni leżał na stole martwy.
Tylko po to, żeby teraz się podnieść.
– Nie żyje? – zapytał Vincent.
Entiri wzruszył ramionami i oddał kolejny strzał, ale stwór ani drgnął.
– Chyba tak… co to do diabła było… – odparł Matołow.
– Czyli biologia też dostała wpierdol – rzucił z przerażeniem Zeroko.
Wampir podszedł do stwora, cały czas celując w niego ze swojego Colta. Wziął ręcznik papierowy i wytarł stopę, która została polana kawą.
Nie wyglądało to zbyt przyjemnie – wcześniej szaro-zielona stopa, podobna do ludzkiej, teraz była pokryta czerwonymi oparzeniami.
– To wygląda jak… oparzenia chemiczne – zawyrokował Matołow, również przyglądając się stopie.
Entiri spojrzał do wnętrza swojego kubka z kawą.
– Mówili mi, że kawa jest szkodliwa, ale żeby aż tak? – rzucił, odstawiając kubek.
Zeroko nie odpowiedział. Podszedł do lodówki z napojami i wyjął z niej butelkę wody. Odkręcił zakrętkę i polał drugą stopę stwora.
Reakcja była prawie natychmiastowa – woda zaczęła się intensywnie pienić, a po chwili zmieszała się z krwią potwora, zmieniając barwę na czerwoną.
– Czyli… oparzenia chemiczne od wody? Ale przecież to bez sensu! – krzyknął Matołow.
– Już wiesz, jak się czułem podczas badania ściany – odparł Entiri.
– W mieście łaziły we mgle. Nie powinny się rozpuścić? – zapytał trzeźwo Vincent.
– To sucha mgła, wilgotność powietrza nie przekracza dziesięciu procent… – odparł Kosa.
– …Ktoś spakował pistolety na wodę? – zapytał po chwili kowboj.
– Zamówimy w następnym transporcie… mnie bardziej interesuje, jakim cudem to coś wstało z flakami na wierzchu i dziurą we łbie – odparł Matołow.
Na to nikt nie miał błyskotliwej odpowiedzi.
Aż po chwili wampira dopadło olśnienie.
– Brak stężenia pośmiertnego…!
Szybko zaczął grzebać w swoim karwaszu. Połączył się z czujnikiem obozowym i rozpaczliwie szukał jednej opcji.
– Czego szukasz? – zapytał Entiri.
– Chcę zmienić tagi wyszukiwania…
– Na jakie? – zapytał Kosa, z palcem nad karwaszem.
Wampir opuścił rękę i spojrzał poważnie na Entiriego.
Po chwili odpowiedział.
– Zmień wyszukiwanie z „żywy” na „martwy” – powiedział Zeroko.
Entiri wykonał polecenie, a zaraz potem karwasz zaczął intensywnie piszczeć. Na mapie zaczęły pojawiać się czerwone kropki.
– Spoko, jest kilka… naście… set… tysięcy… – Entiri poprawiał się i bladł, obserwując na mapie rosnącą liczbę czerwonych kropek oraz ilość wyników.
Gwałtownym ruchem przerzucił mapę na labirynt, a potem nawiązał kontakt z Garanilem.
– Garnek! Wynoście się stamtąd! Natychmiast!
– Ale nie zapuściliśmy się nawet za piętnaste piętro… – odparł Garanil, ale Entiri przerwał mu w pół zdania.
– To nie jest czas na dyskusję. Spierdalajcie stamtąd w podskokach! Teleportem, jak dacie radę! – krzyknął, wychodząc z namiotu.
– Dobra, dobra, co cię tak ugryzło… – odparł, wykonując polecenie.
Po chwili niedaleko od obozu pojawił się niebieskawy portal, z którego wyszła cała ekipa Strikera wraz z Garanilem oraz Pyłkiem.
Portal zamknął się za nimi, a Garanil, po rozejrzeniu się, podszedł do Kosy.
– Coś ty taki spanikowany? Kawa się skończyła?
Entiri bez słowa pokazał mu karwasz z mapą labiryntu, na której wprost roiło się od czerwonych kropek.
Wedle systemu liczba przeciwników była sześciocyfrowa.
– O kurwa – rzucił Garanil.
– Labirynt wcale nie jest pusty… siedzą w ścianach – odparł Entiri.
Komentarze
Prześlij komentarz