Witamy w Piekle. Rozdział 35 - Przełom

 Po ściągnięciu ekipy Strikera do obozu absolutnie wszyscy mieli dość jakichkolwiek badań na dzisiaj.

Z tego też powodu cała kompania rozsiadła się wygodnie przy ognisku, kiedy Garanil przyrządzał coś, co miało napełnić brzuchy i podnieść morale.
Nikt się nie odzywał.
Struna wraz z Vincentem wyciągnęli swoje gitary i brzdąkali jakąś leniwą melodyjkę, co by umilić im milczenie.

Kiedy tarczownik podał kolację, zjedli w ciszy. Takie zbiorowe milczenie przy ognisku nie było niczym nowym dla obieżysferów. Swoisty sygnał, że sprawa jest trudna.

Nawet Eron – zwykle rezolutny – teraz milczał, obserwując dorosłych.
Przez cały dzień opiekowała się nim Łuska, więc nie pałętał się pod nogami naukowców oraz nie wiedział, do jakich wniosków doszli.

Kiedy tarczownik zaczął rozdawać miski z kolacją, jedli powoli… niespiesznie.
Zupełnie tak, jakby każdy z obecnych chciał przedłużyć sielankę, zanim przejdą do ważnych spraw.

A po kolacji Garanil rozdał jeszcze gorące kakao, co było bardzo miłą niespodzianką, więc wszyscy się rozluźnili.

– Ja rozumiem, że ilość przeciwników oraz fakt, że są jakby martwi i chowają się w ścianach, jest dołujący… ale to trochę za mało, żeby Bryant z Kosą nie rzucali żarcików. Co jeszcze odkryliście, że nasza ekipa naukowa jest taka ponura? – Garanil przerwał ciszę.
– Wybacz, herr Garanil, ale w moim przypadku dobija mnie bezsens egzystencji. Zobaczyłem dzisiaj związek siarki z argonem… – odparł Bryant.
– Dziwne połączenie, ale przecież widzieliśmy dziwniejsze rzeczy – zauważył tarczownik.
– Nie, nic dziwniejszego nie widziałem. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie kilka innych niemożliwych rzeczy w tym materiale. Już pominę fakt, że zrobienie dziury w tej ścianie zajmie nam pewnie kilka lat i tysiące butli z argonem – odparł ponuro Bryant.
– Bez szans… wcześniej zjedzą nas te paskudy – dodał Matołow.

Garanil spojrzał na Entiriego w nadziei, że wieloletni przyjaciel pomoże mu wyciągnąć ich z tego ponurego nastroju. W końcu Kosa wbrew pozorom był skrajnym optymistą.
Entiri odwzajemnił spojrzenie i uśmiechnął się pod nosem. Wyraźny znak tego, że i tym razem Garanil się nie zawiedzie.

– Jak marzycie o śmierci, to radzę strzelić sobie w łeb, bo w tej jaskini jesteśmy perfekcyjnie bezpieczni – odezwał się Entiri.
– …Chyba się zgubiłem… mógłbyś jaśniej, tovarishch? – zapytał Matołow.
– To jest ta myśl, która nie dawała mi spać w nocy… dlaczego nie wchodzą do tej jaskini? Po co tutaj wejście do labiryntu i skąd stwory wzięły się w mieście? – odparł pewnie Entiri.
– Strzelałem, że boją się tej świecącej formacji skalnej na suficie… co do dwóch pozostałych pytań… ich weiß nicht – odpowiedział Bryant, lekko zainteresowany.
– Te stwory mają poparzenia chemiczne od wody… co jest za mną? – Entiri wskazał na czarną taflę jeziora za jego plecami.
– Jezioro… a wilgotność w tej jaskini jest zdecydowanie wyższa od tej w labiryncie czy mieście! Ale jak dostały się do miasta, skoro nie mogą tędy przejść? – odparł Zeroko, któremu poprawił się nastrój.
– Labirynt? Jestem prawie pewien, że pod miastem są tunele, a labirynt się z nimi łączy – odpowiedział Entiri.

Nastrój grupy naukowej znacząco się poprawił.
Tylko po to, żeby po chwili znów runąć, kiedy odezwał się Struna.

– Wszystko pięknie, ale i tak wyjście stąd zajmie nam kilka lat.
– Niekoniecznie – powiedział nagle Jack.
– Oho, wcześniej trzmiel uważał, że ma rację, a teraz jeszcze ten dzieciak. Dawaj, zaskocz nas swoją – wyciągniętą z dupy – teorią, świeżaku – Struna był wyraźnie sceptyczny.

Pyłek, leżący obecnie plackiem na kolanach Erona, lekko obruszył się na to stwierdzenie. Bzyknął coś cicho, ale chyba uznał, że nie ma sensu dyskutować z – chyba – trzeźwym krasnoludem.

Jack wyglądał na lekko speszonego, ale Zeroko poklepał go po ramieniu.

– Każdy był kiedyś świeżakiem. Jeżeli będziesz bał się popełniać błędy, to niczego się nie nauczysz – powiedziała Iskra, wyciągając z torby flaszkę, którą podała krasnoludowi. – A ty pij, bo jak jesteś trzeźwy, to wku…

Łuska wraz z Zeroko odchrząknęli głośniej, aby zwrócić uwagę na to, że jest z nimi dziecko.

– Denerwujesz… – dokończyła Iskra.

Krasnolud przewrócił tylko oczami, odkręcił butelkę i pociągnął z gwinta.

– Entiri… jak długo próbowałeś przebić się przez tę ścianę przecinakiem plazmowym za pierwszym razem? – zapytał niepewnie Jack.
– Ponad godzinę, a efekt był mierny. Tylko kilka ubytków – odparł zainteresowany Entiri.
– To może mi ktoś wyjaśnić, dlaczego ślad po tym dwuminutowym zbieraniu próbek wyglądał, jakby ktoś ścianę szlifierką przejechał? – dokończył Jack.

Entiri zerwał się na równe nogi i bez słowa puścił się sprintem w kierunku ściany.
Kiedy znalazł fragment, nad którym pracowali, wyjął lupę oraz latarkę. Poświecił na to dokładnie, żeby lepiej widzieć.

Nie musiał nawet korzystać z lupy, żeby zobaczyć różnicę. Po prawej stronie parę małych wgłębień, jak wżery – tam pracował sam.
Po lewej zaś materiał był zdarty, zupełnie tak, jakby ktoś go nieumiejętnie przejechał szlifierką kątową.

Po chwili dobiegli do niego Bryant z Alim.

– Dzieciak ma rację. Coś znacząco przyspieszyło proces… tylko co? – rzucił Entiri, wciąż patrząc na ścianę.
– Może częściowa próżnia? – zapytał Ali.
– Bez szans, po chwili wypełniła się argonem… argon… – odparł Bryant.
– Siarczek argonu! – Entiri i Bryant krzyknęli na raz.
– Osobno wszystkie składniki tej ściany są normalne i występują w naturze… oprócz tego. Może to on w jakiś sposób przyspieszył reakcję? – rzucił Bryant.
– Ale trzeba znaleźć na to inną nazwę. „Siarczek argonu” brzmi jak chemiczne wołanie o pomoc – dodał Entiri.
– Może zamiast gdybać, po prostu to sprawdzimy? – zapytał Ali, odpalając agregat.

Tak samo jak wcześniej Entiri stworzył zaklęciem kopułę i wysysał z niej tyle powietrza, ile mógł. Następnie Ali zaczął pracę przecinakiem.

Mniej więcej w tym momencie do naukowców dołączyła reszta ekipy, ale nikt nie zwrócił na nich uwagi – wszyscy byli zajęci plazmą, która właśnie zmieniła kolor na jadowicie zielony.

Milczeli, obserwując proces. Po jakichś trzech minutach nastąpiła znacząca zmiana: plazmy zaczęło przybywać. Po chwili wypełniła całą przestrzeń bariery.

– Proces znacząco przyspieszył… bariera wchodzi głębiej – powiedział Entiri.
– Nic nie widać… no tak, tworzysz tę osłonę, więc to czujesz – odparł psołak.

Entiri kiwnął głową i bez słowa powiększył średnicę bariery. Plazma bardzo szybko wypełniła nową, wolną przestrzeń, intensywnie rozdrabniając materiał.

Po kolejnych pięciu minutach agregat zapiszczał cicho i się wyłączył.

– Zabrakło argonu w butli – zauważył Bryant.

Ali wyjął dyszę z bariery, a Entiri uzupełnił ubytki tak, jak poprzednio. Następnie odciągnął barierę od ściany.
Różnica była widoczna gołym okiem – nierówny i poszarpany krater o głębokości około centymetra.

– Chyba mamy nasze rozwiązanie… trzeba tylko podłączyć nową butlę – zauważył Kosa, kompresując barierę do postaci mniejszej kuli pełnej różnokolorowego proszku oraz sprężonych gazów.
– Ciekawe, jak gruba jest ta ściana – rzucił Striker.
– Dowiemy się niedługo… swoją drogą, w tej kuli jest obecnie dużo reaktywnych pierwiastków, tak? – zapytał Garanil.
– Tak…
– Dlaczego ze sobą nie reagują? – dokończył Tarczownik.
– To jest… to jest bardzo dobre pytanie i obecnie nie jestem pewien, czy chcę znać odpowiedź – odparł szybko Bryant.
– Zresztą obecnie nie jest to aż tak istotne. Ważne jest to, że będziemy się mogli stąd wyrwać w najbliższej przyszłości – zauważył Entiri.
– Skoczę po nową butlę z argonem – rzucił Vincent, idąc w stronę magazynu.

***

Postanowili odczekać godzinę i przeanalizować materiały z kuli w nadziei, że znajdą jakiś nowy składnik, który odpowie na część pytań.
Albo to, albo spowoduje większy chaos.

Analizator podał jednak dokładnie te same składniki, jednak tym razem miał na tyle dużo materiału, aby określić skład procentowy mieszanki.

– Ha… to ciekawe… każdy z trzynastu komponentów stanowi taki sam procent tej mieszanki – zauważył Ali.
– Dodatkowo, pomimo tego powalonego miszmaszu, nie ma tutaj ani grama węgla… a przecież jego śladowe ilości można znaleźć praktycznie wszędzie – zauważył Bryant.
– Możemy nie wchodzić w króliczą norę, jaką jest analiza tego dziadostwa? Robimy przerwę, pijemy kawę i wracamy do przecinaka plazmowego, zanim się stęskni – rzucił Entiri, włączając ekspres do kawy.

Pozostali nie zamierzali protestować. Doskonale wiedzieli, że rozważania na temat tego materiału przyprawią ich tylko o ból głowy.

***

Po przerwie podłączyli do agregatu świeżą butlę z argonem, a Entiri stworzył barierę. Kopuła miała średnicę piętnastu centymetrów.
Dzięki temu mogli wygodnie pracować, a gdyby na zewnątrz było coś potencjalnie śmiercionośnego – zatkać dziurę.

Pierwszy zgrzyt pojawił się po dziesięciu minutach. Entiri poczuł, jak nagromadzona plazma zaczyna napierać na barierę.

– Oho… dużo jej… – skomentował.
– Dasz radę? – zapytał Ali.
– Jak poczuję, że zaraz eksploduje, to dam znać – odparł Entiri.

Plazmy jednak tylko przybywało, a Entiri czuł coraz większy napór na barierę. Utrzymywanie tej rozgrzanej do czerwoności kuli plazmy zaczynało być męczące.
Po chwili reakcja znów przyspieszyła, a na czole Entiriego pojawiły się pierwsze krople potu.

Bryant zauważył to praktycznie od razu.

– Bywało lepiej czy gorzej? – zapytał.
– Gorzej… ale zdecydowanie nie jest to proste… cholera, Ali, wyciągaj dyszę! – krzyknął Kosa.

Psołak natychmiast posłuchał polecenia, wyciągając przecinak z wnętrza bariery.
Na jego twarzy pojawił się wyraz poważnego zdziwienia, ponieważ dysza była rozżarzona do czerwoności, a w niektórych miejscach metal się nadtopił.

– Coś jest nie tak… ostatnim razem reakcja się zatrzymała, kiedy zabrakło argonu – rzucił Entiri, z całej siły utrzymując barierę.
– Widocznie przeszliśmy przez punkt krytyczny. Reakcja napędza się sama – odparł Bryant.
– Ale jakim cudem? Co jonizuje gaz? – zapytał Ali z niedowierzaniem.
– Na tym etapie nie jestem nawet zdziwiony. Nie wiem, czy zdołam to utrzymać… Ali, idź po Garnka, jego tarcza się tu przyda – sapnął Entiri.

Psołak kiwnął głową, po czym puścił się sprintem w stronę obozu.

– Bryant, też się odsuń… plazma ma chętkę na wybuch.

Naukowiec nie odpowiedział. Odsłonił rękaw prawej ręki.
Na przedramieniu widniał karwasz, ale nie był klasycznym, obieżysferskim urządzeniem z ekranem.
Pomalowana na niebiesko pełna obudowa z białymi akcentami oraz cztery, rozsuwane ramiona dawały wrażenie rozkładanej tarczy.
Bryant wcisnął przycisk na boku urządzenia. Ramiona rozsunęły się na pełną długość, a pomiędzy nimi pojawiło się niebieskie, półprzezroczyste pole siłowe.

– Chyba jednak zostanę mein freunde. Nie mamy ani potrzebnego sprzętu, ani żadnego maga, który umiałby wskrzeszać – powiedział pewnie Bryant, stając przed Entirim z uniesioną tarczą.
– Nowy wynalazek instytutu? – zapytał Entiri.
– Nein, moja zabawka, z którą eksperymentuję. Potyczki z kolosem dały mi jasno do zrozumienia, że pancerz wspomagany nie jest najlepszą opcją
– Rozwijasz się… cieszy mnie to.

Nie minęło wiele czasu, kiedy dobiegł do nich Garanil. Kiedy dostrzegł pęknięcia na magicznej barierze, która blokowała plazmę, zaklął szpetnie.
Szybkimi ruchami wskoczył przed Bryanta, a potem wbił pawęż w ziemię.

–Która to już dzisiaj próba samobójcza? – zapytał rzeczowo.
– Reakcja przekroczyła punkt krytyczny. Albo wybuchnie, albo przepali się na drugą stronę ściany. Jedno z dwóch – odparł Bryant.

– Nie o to pytałem – powiedział Garanil.
– Akurat cię obchodzą moje próby samobójcze i stopień ich sukcesu! – odpowiedział Entiri.
– Obchodzą, nadal wisisz mi 150 equliańskich, jednego kebaba z ostrym sosem i limitowaną kartę Talara. Ile wytrzymasz?

– Pytaj mnie, a ja ciebie! – odkrzyknął Entiri.

Tarczownik wyjął z pokrowca na biodrze kartę.
Była złota i nieco grubsza od zwykłej karty do gry i była pokryta tajemniczymi znakami.
Karta szybkiej magii wielorazowego użytku, którą kiedyś dostał od Entiriego.
Wlał w nią swoją energię, a symbole na karcie rozjarzyły się zielonym blaskiem. Po chwili wokół nich powstała kolejna, półprzezroczysta bariera – tym razem zielonkawa.

Po chwili nastąpiło kolejne pęknięcie. Entiri zdał sobie wtedy sprawę z tego, że nie zdoła powstrzymać tej kaskady.

Po krótkiej chwili bariera pękła, jak roztrzaskana szklana kula, a zielona plazma rozlała się płynnym ogniem po okolicy.
Płomienie uderzyły w barierę wokół obieżysferów.
Wiła się, tańczyła w ciemnościach, chcą roztopić wszystko na swojej drodze.

To była jednak plazma – bardzo gorąca, ale tylko plazma.
Szybko zaczęła tracić temperaturę i kolor, aż w końcu zniknęła, zostawiając za sobą tylko zapach siarki, oraz zaszklone podłoże.

– Dobra, to było o wiele mniej groźne, niż zakładaliśmy – rzucił Bryant, wyłączając tarczę.

Garanikl przytaknął, odwołał zaklęcie bariery i zwinął pawęż do torby podprzestrzennej.

– Następnym razem pracujemy w krótkich odcinkach. Nie więcej niż dziesięć minut – powiedział Entiri, siadając na ziemi.

Bryant w tym czasie podszedł do ściany, żeby sprawdzić, jak głęboko się przebili.

Już kiedy podchodził poczuł zmianę. Z dziury lało się zimne powietrze.
Zajrzał do środa.

– Dobre wieści! Na zewnątrz panuje śnieżyca! 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Witamy w Piekle. Rozdział 30 - Zmiana planów