Witamy w Piekle. Rozdział 36 - Kontakt

 Entiri wraz z Garanilem podeszli do ściany. Kosa kucnął przy otworze, a z kieszeni wyjął miarkę. Zmierzył grubość ściany.

– No proszę… osiem centymetrów. Przy tak ekstremalnie mocnym materiale brzmi to jak kompletna przesada – rzucił pod nosem.
– Brzmi tak, jakby bardzo chcieli zatrzymać coś w środku – odparł Bryant.
– Albo nie wpuścić czegoś do środka… – dodał Garanil.

Przez chwilę kontemplowali dziurę w ścianie oraz wiejący przez nią lodowaty wiatr.
To była bardzo przyjemna odmiana. Powietrze w jaskini zazwyczaj stało w miejscu i było dość duszno.

– To co… powiększamy otwór? – zapytał Bryant.
– Niee… a po co? Skoro mamy dziurę, to mogę po prostu zrobić tak…

Mówiąc to, Entiri rzucił szybkie zaklęcie. Przestrzeń przed nimi rozwarła się, tworząc portal, przez który wpadło lodowate powietrze zmieszane ze śniegiem.

Bryant uderzył się otwartą dłonią w czoło, a Garanil poklepał naukowca po plecach.

– No tak, ten materiał jakimś cudem blokował manipulację przestrzenną, a teraz jest w nim luka. Więc możemy otworzyć przez to portal – rzucił Bryant.
– Nie zmienia to jednak faktu, że nadajnik musimy ustawić na zewnątrz. Chociaż tyle, że pada śnieg – nie będziemy mieli problemów z paskudami… chyba – rzucił Kosa, zamykając portal.
– Czyli teraz do obozu, zawiadamiamy resztę, ubieramy się ciepło i działamy dalej. Podoba mi się ten plan – powiedział Garanil, ruszając w stronę obozu.
– Może się najpierw prześpimy? Już późno i pracowaliśmy od paru ładnych godzin…
– Ta, a w międzyczasie przestanie padać i – nie daj Hadesie – śnieg stopnieje. Chcę mieć to już za sobą, Bryant. Tym bardziej, że czeka nas jeszcze masa roboty – odpowiedział Entiri, idąc za Garanilem.

Bryant stał przez chwilę, to patrząc na dziurę, to na oddalających się towarzyszy.
W końcu lekko zrezygnowany postanowił ruszyć za nimi.

– Aber brak snu i odpoczynku z pewnością negatywnie odbije się na wydajności pracy! – krzyknął, idąc za nimi.
– Zrobisz to samo, co ja. Wypijesz nockę. Mam składników na przynajmniej trzydzieści porcji i zawsze można ściągnąć więcej – odpowiedział Entiri.

Z tą logiką naukowiec nie mógł się kłócić.

***

Kiedy reszta członków ekspedycji usłyszała, że udało się przebić przez ścianę i mogą wyjść na zewnątrz, reakcja była natychmiastowa.
Vincent rozdał wszystkim zimowe płaszcze, które wyciągnął z magazynu.

Entiri spojrzał na niego lekko zdziwiony.

– Mieliśmy być gotowi na wszystko – wyjaśnił kowboj.

Pyłek zanurkował do ocieplanej kieszeni na piersi Entiriego. Kiedy umościł się w niej wygodnie, z kieszeni wystawała tylko głowa – chciał widzieć, co się będzie działo.

Striker ze Struną rozstawili dodatkowe wieżyczki strażnicze przy przejściu do miasta, zejściu do labiryntu oraz przy samym obozie.
Nie zamierzali go zwijać – nawet jeśli udałoby się im stąd teraz wyrwać, to prędzej czy później przyjdą tu jacyś obieżysferzy. Chociażby z powodów badawczych.

***

Po godzinie intensywnych przygotowań Entiri po raz kolejny otworzył portal na zewnątrz, używając dziury.
Uderzyło ich lodowate powietrze, niosące śnieg oraz obietnicę bezpieczeństwa.

– Pamiętajcie, że nie wiemy, co jeszcze może nas tutaj czekać. Stała czujność – powiedział, sprawdzając magazynek swojego karabinka.

Reszta potwierdziła to mruknięciem, ponownie sprawdzając uzbrojenie.

Kosa przeszedł przez portal – czynność, którą wykonywał już niezliczoną ilość razy. Jednak mimo tego poczuł się jak za pierwszym razem.
Po prostu nie miał zielonego pojęcia, gdzie jest i jakie problemy mogą się jeszcze napatoczyć.

Po drugiej stronie temperatura znacząco spadła. Według czujników karwasza było około piętnastu stopni na minusie.

Teren przed nim spowity był półmrokiem – niewiele słońca docierało do ziemi przez czarne, gęste chmury pokrywające całe niebo.
Czy słońce zachodziło, czy może wschodziło? Entiri nie umiał stwierdzić.

Rozejrzał się dookoła.
Po obu stronach, jak i za nim, zobaczył masyw skalny – prawie pionową ścianę. Jedyna droga prowadziła prosto.
Gruba warstwa śniegu pokrywająca wszystko w zasięgu wzroku tylko dopełniała krajobraz tej górskiej doliny.

Po chwili z portalu wyszli też inni, rozglądając się intensywnie i podziwiając widoki.

– Idealne miejsce, żeby się wykrwawić… jak w tych fantazjach o bohaterskim poświęceniu – powiedział Struna, zapadając się w śniegu po kolana.
– Z syndromu bohatera wyleczyłem się dawno temu, ale masz rację – odpowiedział luźno Entiri.

– Dobra, musimy trochę odśnieżyć i założyć obóz… jak ja nie lubię takiej roboty. Kosa! Masz jakieś zaklęcie, które ułatwi sprawę? – zapytał Bryant.

Entiri nie odpowiedział. Karty zatańczyły wokół niego, kiedy składał zaklęcie.

– Kombinacja: ciepły uścisk – szepnął pod nosem.

Dookoła niego pojawiła się lekko pomarańczowa bariera, która po chwili rozszerzyła się na około trzy metry w każdą stronę.
Po chwili poczuli ciepło, a śnieg zaczął się powoli roztapiać.
Płatki białego puchu padające na barierę roztapiały się, powodując delikatny deszczyk.

– Na deszcz nic nie poradzę – rzucił.
– Spoko, większość zabranego sprzętu jest wodo-, wstrząso- i debiloodporna – odparł Matołow, grzebiąc przy swoim karwaszu.
– Chyba rozbijemy obóz tutaj… no chyba, że chcecie szukać lepszego miejsca… – powiedział Garanil, oglądając masywy skalne dookoła.
– Nein, das ist gut! – odpowiedział Bryant, rozkładając pierwszą lampę.

***

Pół godziny później obóz był gotowy. Ziemia, na której mieli stawiać sprzęt, została osuszona, aby uniknąć paskudnego błocka.

Dodatkowo postanowili postawić tutaj tylko dwa namioty – jeden operacyjny, z komputerem, dużym stołem i białą tablicą, a drugi relaksacyjny.
Oba namioty były porządnie ogrzewane i szczelne.

Niedaleko od namiotów ustawili kolejne wieżyczki strażnicze, a po bokach tego oboziku zapory przeciwlawinowe.
Czyli pochylone ściany, które miały przyjąć na siebie uderzenie masywu śnieżnego.

Nieopodal dziury prowadzącej do jaskini ustawili ostatnią, ważną strukturę.
Wysoki na sześć metrów, elegancki słup z kilkoma wystającymi antenkami.

– Co to właściwie za słup? Jakiś nadajnik? – zapytał ciekawsko Jack.
– Właściwie to tak. To nadajnik międzywymiarowy. Jeśli w odpowiedni sposób pobudzisz cząsteczkę chronitonu, wygeneruje ona sygnał, który przebija się praktycznie przez wszystko i jest prawie niewykrywalny. Na ten sygnał nakładasz falę radiową z komunikatem – odpowiedział rzeczowo Bryant.
– A nie moglibyśmy po prostu przenieść się do Equlis? Albo wykorzystać tunelu na Dysmerię? – zapytał zdezorientowany Jack.
– Żeby otworzyć portal, musielibyśmy wiedzieć, gdzie właściwie jesteśmy. Co do tunelu… tak, fala chronitonu by przeszła – tak dotarł do nas sygnał Erona. Jednak dalej nie będziemy wiedzieli, gdzie jesteśmy – wyjaśnił Entiri znad konsoli sterującej.
– To dlaczego wysyłaliście wiadomości strzałami?
– Ten nadajnik przyjechał z nami, bo co poniektórzy zapomnieli go ze sobą zabrać – odpowiedział rzeczowo Bryant.
– Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Nadajnik działa, możemy dzwonić – rzucił Kosa.
– Świetnie, w takim razie dzwoń! – rzucił wesoło Bryant.

Entiri uderzył się otwartą dłonią w czoło, po czym spojrzał z niedowierzaniem na Bryanta.
Już chciał coś odpowiedzieć, ale postanowił ugryźć się w język.

Nie mam na to ani czasu, ani ochoty.

Podłączył swój karwasz do nadajnika. Następnie odpalił urządzenie.
Trzydzieści sekund później urządzenie zyskało pełną sprawność i mogli nadawać.

– Czy ktoś mnie słyszy? – powiedział do mikrofonu karwasza.

Po dłuższej chwili ciszy antena odebrała sygnał zwrotny i zasygnalizowała to cichym piknięciem.

– Mówi Alan Zelkrin z radiostacji Equlis. Odebraliśmy sygnał, zidentyfikuj się.
– Starlancer Entiri, alias Kosa. Kod identyfikacyjny zero trzy pięć „Plecojeb”. Możesz mi powiedzieć, skąd ja, do kurwy nędzy, dzwonię?
– Cholera, czekaj, zaraz to ustalimy. Nie rozłączaj się.

Kiedy to usłyszał, Entiri rozsiadł się spokojnie na krześle nieopodal. Doskonale zdawał sobie sprawę, jaki problem w centrali spowodował tym pytaniem.
Wykrywanie sygnału, obliczenia przestrzenne i międzywymiarowe, marginesy błędu, przesył danych – to wszystko były w miarę trudne zadania i wymagały czasu.

Dlatego Kosa mógł się rozluźnić.

***

Pół godziny później głośniki karwasza znowu się odezwały.

– Entiri, jesteś tam?
– Mhm, nigdzie się nie ruszałem. Co masz?
– Wedle naszych odczytów znajdujecie się tuż przed trzecią granicą. Dysmerii w ten sposób nie wykryjemy, bo jest wymiarem kieszonkowym. Jeżeli dobrze to rozumiemy, to Dysmeria powstała w miejscu, z którego nadajesz, i jest z nim bezpośrednio połączona.
– Trzecia granica? Cholernie daleko… myślałem, że będziemy bliżej – rzucił Entiri.
– Są też gorsze wieści.
– Dawaj.
– Nie mamy statku, który jest w stanie tam dolecieć szybko.
– Spoko. Podeślij mi dane i wyślij elektron przez Dysmerię. Dalej sobie poradzimy.
– Przyjąłem.

Entiri usłyszał znajomy trzask zakończonego połączenia, a po chwili zaczął odbierać dane telemetryczne.
Kiedy transfer się zakończył, przeszedł do namiotu badawczego. Połączył swój komputer osobisty z monitorem i wyświetlił dane, których potrzebował.

– Faktycznie tuż przed trzecią granicą. Trochę dalej i mógłby być problem, ale po danych wnioskuję, że powinno być spokojnie. Chyba – rzucił, patrząc na dane.

Wyjął z szafki pisak i zaczął rozpisywać się na białej tablicy.

Mam ochotę na trochę ręcznej matmy!

***

Dwie godziny później Garanil wszedł do namiotu.
Entiri właśnie rozpisywał na tablicy trasę biegu, zgodną z obliczeniami.

– Jak ci idzie, Bimki Guy? – zagaił tarczownik, podchodząc do tablicy.
– To dziaa Bapplejack! – pociągnął cytat Kosa.
– Czy my właśnie nie złamaliśmy jakichś praw autorskich?

Na to pytanie Entiri westchnął i włożył zatyczkę na marker.

– Ilość różnych światów oraz ich wersji dąży do nieskończoności… więc pytając mnie o to, na pewno złamaliśmy jakieś prawa autorskie. Już samo stwierdzenie „dzień dobry” też jakieś łamie.
– W sumie racja…
– Dodaj do tego fakt, że kopiuję magię… jestem chodzącym naruszeniem praw autorskich. Na podstawie talii szybkiej magii, którą masz przy pasku, moglibyśmy zagrać w „z czego zajebałem”.
– No tak… widzę, że udało ci się wyliczyć trasę – zauważył Garanil.
– Pięć skoków po dwie minuty… dokładnie to dwie minuty i siedem sekund, ale zaokrąglam w dół.
– Jakieś ciekawe przystanki?
– Najpierw Drektan, potem do Albionu…
– Załatwiłbym kilka spraw w Kamiennej Altanie, gdybyśmy mieli więcej czasu – przerwał mu Garanil.
– Bez szans, dryf przestrzenny wyrzuci nas na Wybrzeżu Haków. Potem Zarkusk, Wybrzeże Mieczy… dokładnie to lasy nieopodal Candlekeep, następnie Vantar – odparł Entiri.
– Jakieś problemy po drodze?
– W większości przypadków będzie spokojnie, ale nie jestem pewien Vantaru. Muszę wysłać zapytanie do Equlis, jaka jest tam sytuacja.
– A co do reszty jesteś pewien?
– Prądy czasu. Tylko w Vantarze będziemy w okresie, o którym nic nie wiem… wiesz co? Na wszelki wypadek zapytam o wszystkie.

Kosa ponownie połączył się z nadajnikiem i wysłał zapytanie do Equlis.
Po kilku chwilach dostał odpowiedź.

– Spokój, spokój, spo… dobrze, że mamy anty-rady… – rzucił, przeglądając listę.
– Czekaj, co?
– W Vantarze będziemy przechodzić przez gziba… nuklearnego…
– Ale takiego dopiero wyrośniętego, czy może już opadniętego?
– Tak.
– Czyli spadło więcej… nie możemy tego ominąć?

Entiri westchnął głęboko, po czym podał Garanilowi marker.

– Jeżeli jesteś w stanie dostosować trasę, żeby to ominąć, to proszę bardzo.

Garanil spojrzał na tablicę, marker, a potem ekran z danymi. Westchnął i wziął marker.

***

Siedzieli tak nad tablicą już od pół godziny, kiedy kolejny członek ekspedycji zawitał do namiotu.

– Herr Kosa, czy udało się już… ooo, liczycie trasę ręcznie… Jestem pod wrażeniem, ale program byłby szybszy – rzucił Bryant, podchodząc do stołu.
– Byłby, ale tylko przy wyliczaniu ilości skoków. My tutaj ustalamy trasę… ma być jak najbezpieczniej, w końcu mamy przy sobie dziecko – odparł luźno Entiri.
– Przecież coś takiego wymaga superkomputera!
– Albo to, albo cholernie dużo doświadczenia. Znamy się na tym.

W tym momencie Garanil uderzył głową w tablicę, barwiąc przy okazji czoło na niebiesko.

– Nic z tego, żeby ominąć gziba, musielibyśmy puścić elektron łukiem przez trzecią granicę… – powiedział zrezygnowany.
– Czyli z sześciu skoków co dwie minuty zrobiłyby się… – Entiri zamilkł na chwilę, żeby dokonać szybkich obliczeń, po czym kontynuował – osiemnaście skoków po czterdzieści dwie sekundy.

Kosa wstał i wklepał kilka komend do komputera.

– Dodatkowo musielibyśmy przejść przez Sigil, a ja bardzo nie chcę tam zaglądać – rzucił po chwili.
– Tsa, ja też… czyli zostają anty-rady – odparł Garanil.
– Wunderbar… poza radiacją, natürlich. Czyli szykujemy się do wyjazdu.
– Tak, zabieramy wszystkie niezbędne rzeczy. Dane, które są na komputerach obozowych, trzeba zgrać na dyski i wynosimy się z tego grajdołka. To zdecydowanie nie jest miejsce dla gościa, który musi brać środki uspokajające, kiedy tylko zobaczy gęstą, niczym ja pierdolę, mgłę.

Po tonie Kosy było słychać, że ma po prostu dość.
Nikt nie miał mu jednak tego za złe.

– Na szczęście nie musimy się aż tak spieszyć. Preparowanie elektronu zajmie im dwa dni. A potem jeszcze dostawa… – zauważył Garanil.
– Ale śpimy w jaskini… tam cieplej – rzucił Bryant, wychodząc z namiotu.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Witamy w Piekle. Rozdział 30 - Zmiana planów