Witamy w Piekle. Rozdział 37 - Bieg przez wymiary

 Od czasu kontaktu z Equlis minęły dwa dni.

Członkowie ekspedycji siedzieli na walizkach. Niezbędne rzeczy zostały spakowane, a dane zgrane na dyski przenośne.
Dodatkowo rozstawili kolejne wieżyczki w jaskini oraz w dolinie, opróżniając przy okazji swój zapas.
Jednak w takich warunkach lepiej dmuchać na zimne.

Obecnie czekali na transport z Dysmerii – preferowalnie bez kolejnych niespodzianek.

Kosa siedział właśnie przy stoliku, na którym rozstawiono szachownicę. Grał czarnymi, a sytuacja na polu bitwy nie była dla niego zbyt korzystna.
Widział to wyraźnie – jego oponent, Pyłek, miał mata w trzech ruchach.
A Entiri nie mógł nic zrobić, żeby wyrwać się z tego oblężenia.

– Nie do wiary, przegrywam z trzmielem.
– Bzz.
– Nie pyskuj. I jeszcze to twoje imię, Pyłek. Naprawdę, ten cały Nolan powinien pomyśleć o innych, kiedy cię nazywał. No bo jak to brzmi… „Przegrałem z Pyłkiem”. Trzeba będzie coś z tym zrobić, przyjacielu.

Pyłek zaczął intensywnie bzyczeć i kiwać głową, w pełni zgadzając się z Entirim.
Nie dane było im jednak kontynuować tej dyskusji, a trzmiel nie mógł zaznaczyć dominacji poprzez wygraną.
Karwasz Kosy zapiszczał delikatnie, sygnalizując nowe powiadomienie.
Entiri spojrzał na ekran, po czym wstał.

– Dobra, transportowiec z elektronem wysłał wiadomość, że przejechał osiemset metrów. Czyli jest na miejscu! – krzyknął.
– No to mamy problem. W mieście jest mgła – odparł spokojnie Striker, który grał nieopodal w pokera z resztą swojej drużyny.
– Możemy poczekać. Nie powinny zainteresować się transportowcem… to w końcu kupa metalu i tworzyw sztucznych. Nic jadalnego – odparł Bryant, rozwiązując sudoku.

Ciche mruknięcie przeszło przez obóz. Z argumentacją Bryanta nie dało się kłócić.
Entiri usiadł z powrotem przy szachownicy, a owad udowodnił mu swoją wyższość.

– Aha, czyli w jednym ruchu… – mruknął Kosa.

***

Dwie godziny później mgła się rozwiała, a wśród członków ekspedycji miało dojść do podziału.

Kto ma ruszyć tyłek po transportowiec?
Entiri był przekonany, że zaraz zacznie się bitwa na wyciągnięte z dupy argumenty, dlaczego dana osoba nie może iść.

Tak się jednak nie stało.

Struna, Łuska i Iskra jednogłośnie postanowili, że idą po transport.
Zrobili to z premedytacją i ku wielkiemu niezadowoleniu Strikera, który przez cały ten czas wygrywał z nimi w pokera.
Grali na pieniądze i w ten sposób mogli unieważnić wszystkie partie.
No bo przecież nie było ich przy stole.

***

Sprowadzenie transportowca było szybkie i proste. Ekipa Strikera nawet nie została zaatakowana. Kiedy pojazd wjechał na teren obozu, Kosa od razu otworzył tylne drzwi.

W środku zastał przezroczysty cylinder, wykonany z kryształu i pokryty specjalnymi powłokami oraz zaklęciami blokującymi.
Cylinder był zawieszony w specjalnych obejmach przymocowanych do ścian pojazdu. Entiri wszedł do środka, ostrożnie odpiął obejmy i wyjął z nich – z pozoru pusty – cylinder.

Kosa wysiadł z transportowca, trzymając cylinder w obu dłoniach.

– I to jest to? – zapytał zdezorientowany Striker.
– Kropka w kropkę.
– Przecież cylinder jest pusty… – rzucił zdziwiony Struna.
– A, bo to będzie wasz pierwszy bieg przez wymiary – odparł Kosa z uśmiechem.
– Czyli spodziewali się, że pod nazwą „elektron” kryje się jakaś fikuśna maszyneria – dorzucił Bryant, podchodząc do zgromadzenia.
– Ja też poproszę o wyjaśnienie! – popłynęło z syntezatora.
– W wielkim skrócie: wypuszczamy elektron, a on tworzy trasę o jak najmniejszym koszcie energetycznym do Equlis – odpowiedział Kosa, idąc w stronę środka obozu.
– Strasznie enigmatyczne to wyjaśnienie – odpowiedziała Iskra.
– Bo to praktyka czyni mistrza. Zbieramy się – odparł Kosa, wieszając swoją torbę przez ramię.

Poruszenie było natychmiastowe. Wszyscy zebrali swoje manatki i skierowali się do dziury w ścianie, a potem przez portal na zewnątrz.
Pyłek błyskawicznie podleciał do Entiriego i umiejscowił się w kieszonce na jego piersi.

W dolinie panowało słoneczne popołudnie, a promienie słońca odbijały się od leżącego wszędzie wokół śniegu, tworząc przepiękny widok.

Entiri poprowadził wszystkich odrobinę za linię wieżyczek w głąb doliny.
Kiedy uznał, że oddalili się wystarczająco, zatrzymał się.

– Piękny widok… trzeba nacieszyć oczy, co? – zapytał Garanil.
– Prawda… ale do rzeczy. To będzie szybka akcja, nie więcej niż dziesięć minut. Pięć skoków po dwie minuty i ani sekundy dłużej – powiedział pewnie Entiri.
– Mamy ogólne pojęcie, co nas czeka, ale nie można przewidzieć wszystkiego. Nie oglądajcie się, nie zajmujcie otoczeniem, prosto przed siebie – uzupełnił Garanil.
– Byłoby o wiele łatwiej, gdybyście wcześniej powiedzieli, jak to wygląda! Mieliśmy dwa dni na przygotowanie! – krzyknął zirytowany Striker.

Entiri spojrzał na Garanila z uśmiechem, po czym powiedział:

– Mogliśmy… ale to zepsułoby niespodziankę. Idę przodem, Garnek zamyka, Łuska pilnuje dzieciaka. Reszta trzymać się szyku. Gotowi?
– Nie! – krzyknęli Striker, Struna, Łuska i Iskra.
– Wspaniale! Zaczynamy. – odpowiedział Entiri z uśmiechem szaleńca.

Wykonał gest ręką, a karty wyleciały z futerału, kiedy rzucał kilka zaklęć wzmacniających. Dorzucił coś na poprawienie morali.

Zerwał pieczęć na pojemniku, a delikatna fala energii rozeszła się dookoła. Karwasz zapiszczał głośno.

Entiri schował pojemnik do torby, prawą ręką dobył miecza, zaś w lewej pojawiła się złota karta z dziwnymi runami, które po chwili rozbłysły bladym blaskiem.

Po chwili przed Entirim uformowało się przejście, przez które pewnie przeszedł.
Reszta ruszyła za nim, w zorganizowanym szyku i z bronią w gotowości.
Garanil przeszedł jako ostatni, a portal zamknął się za nim.

Nie było już odwrotu.

***

Entiri wyszedł z portalu, stawiając stopę na rozgrzanym piasku. Rozejrzał się delikatnie.
Pustynia rozciągała się w każdą stronę aż po horyzont. Na błękitnym niebie nie było ani jednej chmurki, a słońce wisiało wysoko, niczym bezlitosny kat.

Zaraz za Entirim wyszedł Bryant, a za nim reszta. Garanil wyszedł z portalu jako ostatni, a tunel zamknął się za nim.

– Ahh… wielka pustynia Drektanu… wracają wspomnienia – rzucił luźno Bryant.
– Na całe szczęście nie zabawimy tu długo – odparł Entiri, rzucając proste zaklęcie ochładzające.

Dzięki temu słońce pustyni stało się bardziej znośne.

– Czyli tak wygląda świat, w którym nie ma życia… – Eron rozglądał się ciekawsko.
– Nie do końca, tak wygląda miejsce, w którym cywilizacja wytępiła się około czterystu lat temu. Zniszczyła przy okazji ekosystem – odpowiedział spokojnie Garanil.
– Głównie są tu robale żyjące pod piaskiem – dodał Zeroko.
– Dobra, pogadaliście se, otwierajcie kolejny portal. Nie znoszę pustyni! – krzyknął Struna.
– Musimy przejść kawałek do kolejnego miejsca, w którym można otworzyć portal na trasie. Jakieś trzydzieści metrów prosto – odparł Entiri, patrząc na ekran karwasza.
– A to niby dlaczego? Przecież i tak poruszamy się w przestrzeni portalami, na cholerę iść pieszo? – zdziwił się Struna.
– Korekta przestrzenna. Jakbyśmy otworzyli portal tutaj, to dryf wymiarowy wywali nas z trasy – wyjaśnił Bryant, ruszając przed siebie.

Krasnolud nie odpowiedział, nie miał ochoty drążyć tak skomplikowanego tematu – był na to zbyt trzeźwy.
Ruszyli dalej.

– Jak się czujesz, Pyłku, wszystko dobrze? – zapytał Entiri, dotykając kieszonki.
– Bzz.
– Świetnie. Gdybyśmy cię zgubili w biegu, to byłaby katastrofa – był trzmiel, nie ma trzmiela. Więc zamknę kieszonkę, dobrze?
– Bzz.

Pyłek schował głowę w kieszeni, a Entiri ją zamknął.

Przezorny, bezpieczny.

Po krótkim spacerze dotarli do właściwego miejsca. Entiri otworzył portal i przeszedł dalej, a reszta ruszyła za nim.

***

Wyszedł z portalu i poczuł chłód oraz morską bryzę. Z prawej strony zobaczył kamienny murek, a z lewej duży budynek. Nad drzwiami wisiał szyld z wizerunkiem kufla.
Wszystko było obficie przysypane śniegiem.
Niebo zasnute było gęstymi chmurami, przez które przebijało się niewiele promieni słonecznych.
Trochę dalej można było zobaczyć szczyt latarni morskiej, w której intensywnie paliło się światło.

Entiri wziął głęboki oddech, kiedy reszta ekspedycji wychodziła z portalu.

– Wybrzeże Haków wygląda jak zwykle – rzucił Entiri, rozglądając się dookoła.

Garanil poklepał go delikatnie po ramieniu.

– W latarni pali się światło – powiedział.
– Wielka mi rzecz, przecież od tego są latarnie – odpowiedział Striker.

Entiri jednak szybko odwrócił wzrok w stronę latarni, potem zerknął na karwasz, a potem przed siebie.

– Nie na Wybrzeżu Haków… ruchy! Kolejny portal jest przy latarni, a zaraz zaroi się tu od niemilców! – krzyknął Entiri, puszczając się biegiem w dół ulicy.

Reakcja była natychmiastowa. Łuska wzięła Erona na ręce i cała ekipa ruszyła biegiem za Kosą.
Nie zamierzali kwestionować rozkazów bardziej doświadczonego obieżysfera.
Nie w takiej chwili.

Po chwili obok nich pojawił się dwunożny, porośnięty sierścią stwór z dziwną, obustronną glewią, która mieniła się na czerwono.
Potwór zamachnął się na Strikera, jednak Garanil osłonił towarzysza tarczą.
Striker wypalił serię w potwora, który po chwili rozpadł się jak porcelanowa waza.

– Co to, kurwa, jest?! – krzyknął żołnierz.
– Minion, nieważne, ruchy! – odkrzyknął Garanil, popędzając kolumnę.

Z przodu kolumny też nie było kolorowo. Entiri zobaczył przed sobą istotę, której ciało było lekko przezroczyste i połyskujące – jakby stworzone z energii.
Na to ciało nałożone były elementy pancerza z czerwonymi oznaczeniami.

Stwór stał na drodze przemarszu i zamierzał rzucić w nich jakimś zaklęciem.
Kosa jednak był szybszy.

Puścił się do przodu i ciął przeciwnika w nieosłonięty fragment nóg, po czym odepchnął go magią na bok.

– Zawalidroga! – krzyknął, biegnąc dalej.

Kątem oka Iskra zobaczyła, jak dwójka ludzi walczy z kolejnymi stworami.
Radzili sobie nieźle, pomimo przewagi liczebnej wroga.

– Powinniśmy im pomóc! – krzyknęła Iskra.
– Nie ma czasu, poradzą sobie! – odpowiedział Vincent.
– Ale… – Iskra już chciała się zatrzymać, jednak Garanil chwycił ją za ramię.
– Nie wpieprzaj się w cudzą historię! Ruchy, minuta dwadzieścia!

Elfka nie zwolniła, ale puściła serię w potwora, który zamierzył uderzyć jedną z walczących postaci w plecy.

Po kilku kolejnych chwilach dotarli do latarni, a Entiri otworzył portal i od razu do niego wbiegł.
Reszta drużyny była tuż za nim, a portal zamknął się za Garanilem.

***

Wypadł z portalu w gęstej dżungli, a pośród drzew i zarośli można było dostrzec obrośnięte mchem i pnączami resztki kamiennych budowli.
Było duszno i strasznie wilgotno. Entiri zobaczył też zwisającego z gałęzi węża.
Gad jednak zdawał się nie zwracać na przybyszy uwagi.

– Co to było?! – zapytał głośno Striker po wyjściu z portalu.
– Po prostu trafiliśmy na zły moment w czyjejś opowieści – odparł lekko Entiri.
– I naprawdę nie pomyślałeś, żeby nas ostrzec? – zapytał równie zły Struna.
– Jestem w stanie mniej więcej określić, jak przebiegnie trasa, ale nie mam na nią wpływu. Kawałek prosto, potem w lewo – odparł Entiri, ruszając przodem.
– Rozumiem, że pewne pierwsze razy są ważne i nie należy zdradzać zbyt dużo… ale mamy ze sobą dziecko – zauważyła Łuska.
– Mówisz o dzieciaku, który przeżył w jaskini pełnej potworów. Najpierw Kosa liczył trasę, potem ja. Nie mieliśmy pojęcia, że to się stanie – odparł Garanil, idący na końcu grupy.
– Następny portal powinien – podkreślam, powinien – wyrzucić nas w lasach niedaleko twierdzy Candlekeep. Jak chcecie bezpiecznej przejażdżki, to było dzwonić po taryfę – dodał lekko zirytowany Entiri.

Po kilku sekundach dotarli do kolejnego miejsca, a Entiri otworzył portal.
Wszedł do środka, mając złe przeczucia.

***

Wyszedł z portalu i cudem uniknął poziomego cięcia, które pozbawiłoby go głowy. Zamachnął się ostrzem, tnąc oponenta, i ruszył dalej.

– Biegiem, ruchy! – krzyknął w głąb portalu.

Wojownicy w zbrojach walczyli dookoła, nieopodal znajdowało się kilka większych postaci.
Był też rycerz w charakterystycznym, czarnym pancerzu.
W oddali dostrzegł dwa trebusze.

Wybiegali z portalu pojedynczo, podążając za Entirim. Każde z nich biegło tak, aby dogonić stawkę.

– Co jest, przecież Sarevok nigdy nie oblegał Candlekeep! – krzyknął Bryant, biegnący metr za Entirim.
– Widocznie w tej wersji Gorion stwierdził, że to pierdoli! Prosto! Dwadzieścia metrów! – odpowiedział Kosa.
– Ale przecież… – zaczął Matołow, ale Entiri mu przerwał.
– Ja się nim zajmę! Wy biegnijcie dalej.

Entiri przyspieszył bieg, szarżując prosto na wojownika w czarnej zbroi, który stał na drodze.
Zamachnął się od boku.

Klang!

Przeciwnik sparował atak swoim ostrzem.

Entiri wymierzył kolejne uderzenie, tym razem od prawej.
Jego oponent chciał znowu sparować uderzenie, ale Entiri wypuścił miecz z ręki, skrócił dystans, zebrał energię w dłoni i położył ją na napierśniku przeciwnika.
Następnie uwolnił zaklęcie.

Efekt był natychmiastowy – rycerz poleciał parę metrów w tył, odepchnięty mocą magiczną.
Entiri ruszył dalej, upewniając się, że nikt nie stoi im już na drodze.

– Szkoda, że mamy tak mało czasu, chętnie bym się z nim spróbował! – krzyknął Garanil.
– Witaj w klubie, może później będzie okazja! – odparł Entiri.

Przed nimi, na początku kolumny, Bryant otworzył portal i przebiegł przez niego. Reszta była tuż za nim.

Przebiegli przez portal, zostawiając za sobą oblężenie.

***

Kiedy wybiegli z portalu, omnimetry od razu zaczęły trzeszczeć jak obłąkane, sygnalizując obecność wysokiego promieniowania.
W górze można było dostrzec dopiero co rozwijający się dym w kształcie grzyba, a powietrze było gorące.

Entiri natychmiast rzucił na nich kolejne zaklęcie ochronne – tym razem przed wysoką temperaturą.

Biegli przed siebie, chcąc jak najszybciej wydostać się z tego zrównanego z ziemią miasta.
Po chwili jednak na niebie dostrzegli kolejny pocisk zmierzający w ich kierunku.

– Kurwa! Ale żeby dwie atomówki na raz?! – krzyknął Struna, który wyraźnie miał dość tej ciągłej huśtawki śmiertelnie niebezpiecznych sytuacji.
– Kosa! Postaw barierę, nie zdążymy! – dodał Striker.
– No bardzo kurwa zabawne! Zdążymy! – odkrzyknął Entiri.

Pocisk był tuż przy nich, kiedy Entiri dobiegł do miejsca i otworzył portal, od razu przez niego przeskakując.
Biegnąc ile sił w nogach, kolejni członkowie ekspedycji przekraczali portal, rozpaczliwie starając się zdążyć.
Ostatni przebiegł Garanil, zamykając za sobą portal.

***

Wybiegli z portalu na łące pełnej kwiatów, a dookoła rozpościerał się gęsty las.
Entiri zatrzymał się – nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Upadł plecami na trawę.

Reszta drużyny również postanowiła się zatrzymać, siadając ciężko na ziemi tam, gdzie stali.

Entiri delikatnie chichotał pod nosem, kiedy reszta starała się dojść do siebie.
Po chwili wybuchnął niczym nieskrępowanym śmiechem.

Drużyna Strikera, Zeroko, Ali, Jack i Eron patrzyli na niego jak na wariata.
Reszta tylko uśmiechała się pod nosem, doskonale wiedząc, co się za chwilę wydarzy.

– Ja chcę jeszcze raz! – krzyknął w chwili przerwy między salwami śmiechu.
– Ciebie to chyba do reszty popierdoliło! – krzyknął Struna.
– Czyli… to był „spokojny” bieg… tak? – zapytał Striker, sapiąc ciężko.
– Boję się pomyśleć, jak by wyglądał taki niebezpieczny! – krzyknęła Iskra.
– To było dość niefortunne, trzeba przyznać. Widocznie coś źle policzyliśmy, ale wyszło idealnie – powiedział luźno Garanil.
– Nikt nie zginął, ani nie zaginął… nie mamy nawet rannych – uzupełnił Bryant.

Z tym stwierdzeniem nikt nie mógł się kłócić.

Po niecałych piętnastu minutach usłyszeli warkot silnika, a na polanę wjechały trzy transportowce wojskowe.
Z kabin bardzo szybko wyszli ludzie ubrani jak sanitariusze.

– Witamy w Equlis! Zabierzemy was do szpitala – rzucił jeden z kierowców.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witamy w Piekle. Rozdział 19 - Na okrętkę

Przygody Entiriego: Echo Erutil. Rozdział 8

Witamy w Piekle. Rozdział 30 - Zmiana planów