Witamy w Piekle. Rozdział 38 - Epilog
Cała ekipa została zapakowana do transportowców i zawieziona do szpitala wojskowego, który był położony niedaleko miasta Brokham. Ponad dziewiętnaście tysięcy kilometrów od Kantarii.
Sam szpital wyglądał dość normalnie – sterylne korytarze, białe światło i intensywny zapach jodyny w powietrzu. Wszyscy zostali od razu zbadani i oddelegowani do łóżek.
Pomimo intensywności biegu wszyscy członkowie drużyny wyszli z niego w świetnym stanie.
Byli tylko zmęczeni – zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
Dlatego też dostali wyraźne polecenie: trzy dni odpoczynku. Dopiero po tym czasie obsługa łaskawie pozwoli im wyjść ze szpitala.
Były jednak dwa wyjątki.
Pierwszym był trzmiel Pyłek. Nolan zgłosił się po niego dwie godziny po tym, jak trafili do szpitala.
Nolan chyba bardzo się spieszył, bo nawet nie przywitał się z innymi. Po prostu wszedł, wypisał Pyłka i wyszedł.
Został poinformowany, że trzmiel ma odpoczywać, chociaż nie ma pewności, czy posłuchał.
Natomiast drugim wyjątkiem był Eron.
Equlis wysłało na Endorę informację o tym, że jest obecnie w szpitalu i ma się bardzo dobrze. Miał wracać do domu za trzy dni po solidnym odpoczynku, jednak jego rodzice przybyli do szpitala już po trzech godzinach.
Eron był właśnie w głównej sali. Grał z Entirim w jakąś bijatykę na telewizorze. Naukowcy przy stoliku nieopodal dyskutowali o jakimś poważnie brzmiącym temacie, jakby nie mogli się zrelaksować.
Grupa Strikera siedziała przy innym stoliku i rżnęła w tysiąca, a Garanil z Vincentem siedzieli w fotelach pod ścianą i czytali książki.
Kowboj czytał jakieś romansidło, a tarczownik zanurzył się w dziele o jakże interesującym tytule „Różne oblicza papryki”.
Para weszła do sali, lekko niespokojna. Byli raczej blisko trzydziestki – chociaż, tak jak u obieżysferów, u endoran mogło to być mylące.
Proste, nierzucające się w oczy ubrania i spojrzenia, które wypatrywały tylko tego jednego, małego urwisa.
Zwykli, zatroskani rodzice.
Kiedy Eron ich zobaczył, od razu zerwał się z kanapy i pobiegł ich przytulić.
A oni nie byli mu dłużni – również ruszyli biegiem i spotkali się z nim w połowie drogi.
Nie odzywali się. W ciszy przytulali się, ciesząc swoją obecnością.
Wzruszająca scena, która zwróciła uwagę każdego, kto był na sali.
Po dłuższej chwili para wstała z kolan, a mężczyzna wziął Erona na ręce.
Entiri wstał z kanapy, a Striker od stołu i podeszli do nich.
– Bardzo wam dziękujemy… – powiedziała delikatnie kobieta.
– Kiedy dotarła do nas informacja, że nasz syn został odnaleziony przez grupę obieżysferów, kamień spadł nam z serca. Mieliśmy pewność, że jest z wami bezpieczny – dodał mężczyzna.
– Z tym bezpieczeństwem to różnie bywało… ale co z oczu, to z serca. To jest kapitan Striker. Dowódca drużyny, która jako pierwsza dotarła do Erona – rzucił Entiri z uśmiechem.
Striker ukłonił się delikatnie, nie wiedząc, co ma powiedzieć.
– Słowa nie mogą opisać naszej wdzięczności… nie mamy też nic, co mogłoby służyć za zapłatę… – zaczął mężczyzna, ale Striker mu przerwał.
– To nie będzie konieczne. Taka praca – odpowiedział z uśmiechem wojskowy.
– Jak dorosnę, to też zostanę obieżysferem! – powiedział odważnie Eron.
– W takim razie musisz się dużo uczyć – odpowiedział Entiri, głaskając go po głowie.
– Nie kłam go, do zostania obieżysferem potrzebny jest tylko upór osła i przynajmniej jedna choroba psychiczna. Może być niezdiagnozowana! – krzyknął Garanil znad książki.
Szmer śmiechu przeszedł przez salę.
– Dobrze, doprecyzuję. Musisz się dużo uczyć, żeby móc wytykać innym błędy – powiedział Entiri, ledwo powstrzymując wybuch śmiechu.
– Święte słowa! Mądralińskich nigdy za wiele! – rzucił siedzący przy stole Struna.
– A pan krasnolud znowu trzeźwy! – zawołał Eron.
Matka chłopca chciała go już lekko skarcić, że to niestosowne, jednak Struna ją ubiegł.
– Po pijaku ratuje się świat, do ratowania jednego szczyla wystarczy być trzeźwym!
Tego Entiri nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
Po szybkim pożegnaniu rodzice zabrali Erona ze szpitala i wrócili na Endorę, by nacieszyć się powrotem syna.
***
Trzy dni później wypisano ich ze szpitala i każdy ruszył w swoją stronę.
Striker ze swoją ekipą od razu wrócili do Kantarii. Przymierzali się do powrotu na Dysmerię, więc trzeba było załatwić formalności.
Garanil i Vincent wrócili do swoich domów. Obaj stwierdzili, że mają dość tego rodzaju przygód na najbliższe dwa tygodnie.
Bryant z ekipą naukową wrócili do Varissy. Chcieli sporządzić raport naukowy i przeanalizować dane, które zebrali w jaskini.
Natomiast Entiri postanowił, że przed powrotem do domu poszlaja się chwilę ulicami Brokham, bo dawno go tu nie było.
A miasto było dość niezwykłe i bardzo klimatyczne.
Ulice wypełniał ciągły hałas – mieszanka pary syczącej z zaworów, pracujących tłoków i czegoś, czego nie dało się łatwo zidentyfikować. Powietrze było bardzo wilgotne i czuć było wszechobecny zapach smaru, a budynki były wręcz mokre od skraplającej się na ścianach pary wodnej.
Wszędzie, na każdym budynku i skrzyżowaniu, przy ulicach i warsztatach można było dostrzec rury – cieńsze sterownicze oraz grubsze, którymi podążała para pod wysokim ciśnieniem. Silniki parowe, umieszczone w warsztatach, pracowały na pełnych obrotach, nie zatrzymując się ani na chwilę, a po ulicach jeździły eleganckie parowozy.
Wszystko to tworzyło obraz niezwykłego miasta, które jakby postanowiło kompletnie zignorować istnienie prądu.
Bo w jego żyłach od zawsze płynęła para.
Jedynym elementem niepasującym do całości był ratusz – tradycyjnie wybudowany w stylu staroequliańskim.
Surowe rusztowanie dla rośliny pnącej. W tym wypadku była to truskawka.
Nie mógł się jednak w pełni nacieszyć urokami miasta, ponieważ po trzech godzinach dostał wezwanie do instytutu kartograficznego w niecierpiącej zwłoki sprawie.
Ta sprawa ma pewnie skrzydełka, puchate futerko i nosi generalską czapkę.
***
W pokoju wojskowym instytutu dla odmiany panował spokój i porządek. Nie było w nim też zbyt wielu pracowników – to pewnie efekt trwającej przerwy obiadowej.
Trzmielerał Gerum, jak zwykle, siedział na swoim fotelu ustawionym na masywnym biurku. Patrzył na raport rozłożony na stole.
Entiri bez słowa przysiadł się do biurka i spokojnie czekał, aż Gerum doczyta raport.
– Bzz bzz. Bzz…
<< Czytałem raporty zespołów odnośnie tunelu i jaskini. Jednak chcę usłyszeć od ciebie, co o tym myślisz. >>
– Właśnie w tym problem, że nie bardzo wiem, co o tym myśleć. Mógłbym co prawda wysnuć jakąś teorię, ale nie mam żadnego potwierdzenia – odpowiedział niezręcznie Entiri.
– Bzz bzz.
<< Mów, twoje domysły często pomagają. >>
– Proszę bardzo: Dysmeria jest arką… w dodatku kiepską.
– Bzz, bzz?
<< Czekaj, co? >>
– To, co słyszałeś. Metal, z którego były zbudowane ściany jaskini, raczej na pewno nie występuje naturalnie… a już na pewno nie w takim kształcie. Dlatego uważam, że cywilizacja, która go stworzyła, była na tyle zaawansowana, żeby spróbować stworzyć osobny wymiar.
– Bzz bzz bzz. Bzzt-bzzt.
<< I tym właśnie jest Dysmeria… Jednak coś im wyjątkowo nie wyszło. >>
– Więcej dowiemy się, badając ruiny – podsumował Entiri.
– Bzz bzz bzz.
<< Dobra… ma to sens. Bryant bzyczał coś o tym, że chce tam wysłać poprawną ekspedycję. Dzięki za opinię. Następny tydzień na pewno masz wolny. Później zobaczymy. >>
Entiri wstał z fotela i skierował się do drzwi. Już miał wyjść, kiedy zatrzymał się w pół kroku. Wrócił do biurka i z powrotem usiadł.
– Jak wygląda sprawa skrytek na Dysmerii? – zapytał.
– Bzz? Bzz bzz. Bzz?
<< Skrytek? Chyba dobrze, dostałem meldunek, że wybrali lokalizację, zaczęli je rozkładać i budują bazę niedaleko wiru. A bo co? >>
– Ktoś pilnuje standardu zawartości?
Gerum przez chwilę myślał nad odpowiedzią. Uniósł po chwili odnóże, jakby chciał odpowiedzieć, ale zatrzymał się w połowie. Następnie zerknął na ekran swojego laptopa.
Po chwili przeglądania danych uderzył się przednim odnóżem w głowę.
– Bzz bzz bzzt…
<< Nie dostałem informacji o tym, jakiego standardu użyli… >>
– Ehh… tego się bałem. Może polecę na Dysmerię i założę swoją skrytkę?
– Bzz bzzt-bzzt?
<< Uważasz, że spieprzyli? >>
– Standard ustalałem z Garanilem, Brexem, Vertisem i Velirą. Veliry nie ma na Dysmerii i bardzo możliwe, że pozostali zapomnieli o nim po wyjściu z namiotu.
– Bzz bzz.
<< To może być katastrofa. >>
– Może po prostu jestem przewrażliwiony. W najlepszym przypadku nic to nie zmieni…
– Bzz bzz bzzt! Bzz.
<< A w najgorszym jedna będzie porządna! Udzielam zgody. Wylot za piętnaście minut, więc spakuj potrzebne rzeczy. >>
Entiri kiwnął głową i z uśmiechem wyszedł z sali.
Ostatnie zlecenie przed urlopem.
***
Podjechał do wyznaczonej lokalizacji transportowcem.
Zobaczył tam dość dobrze zamaskowane wejście do jaskini, które – pomimo wielu fal – nie zmieniło się od czasu wyznaczenia na skrytkę.
Ekipa, która wyznaczała te skrytki, działała dość sprawnie. Wybierali odpowiednie miejsce, a potem czekali, aż fala stworzy w danym miejscu jaskinię.
Czasem robili ją sami za pomocą magii ziemi.
Potem wystarczyło wkopać w podłogę jaskini pasywny generator pola stabilizującego – najnowszy wynalazek IMT. Metalowa kula z fragmentem kryształu z Galtei oraz pobudzonym, dysmerańskim kryształem.
Potem wystarczyło to tylko pobudzić projektorem pola i zakopać.
Od tego momentu jaskinia oraz jej zawartość nie zmienią się po przejściu fali.
Wszedł do jaskini – była niewielka. Wystarczająco miejsca, żeby zostawić kufer, rozłożyć śpiwór i automatyczną wieżyczkę. Nic poza tym.
Od razu zabrał się do pracy.
Wrócił do transportowca i chwycił za dużą, metalową skrzynię, którą wypełnił jeszcze w bazie. Następnie sprawdził zawartość – tak na wszelki wypadek.
– Apteczka, racje żywnościowe, instrukcja obsługi broni palnej wraz z glockiem i dodatkowymi magazynkami, śpiwór, talizman, komunikator… chyba jest wszystko – rzucił na głos.
Użył zaklęcia, żeby się wzmocnić, i zaniósł całą skrzynię do jaskini, a potem położył ją pod ścianą.
Wrócił do transportowca, zabrał wieżyczkę P-3 oraz plecak i wrócił do jaskini.
Plecak położył przy skrzyni, a wieżyczkę oparł o ścianę.
– Dobra… czegoś jeszcze brakuje… wiem!
Wyjął z torby kartkę i długopis, napisał krótką notkę, po czym włożył ją do skrzyni tak, aby była pierwszą rzeczą widoczną po otwarciu.
Wyszedł z jaskini, wsiadł do transportowca i ruszył w drogę powrotną do bazy, a potem do Equlis.
***
Feris z tej strony.
To koniec drugiego tomu, więc pomyślałem, że przydałoby się jakieś mądre posłowie.
Problem w tym, że nie mam nic mądrego do napisania.
Ten tom był zdecydowanie inny od poprzedniego.
Wciąż próbuję wykształcić własny styl pisania i mam wrażenie, że bardzo to tutaj widać.
Nie zmienia to faktu, że jestem zadowolony z tego, jak to wyszło.
11 maja minie rok, odkąd opublikowałem na blogu pierwszy rozdział i jest jedna rzecz, która mnie zaskoczyła.
Pisanie jest naprawdę przyjemne.
Zamierzam więc kontynuować.
Trzeci tom zacznie się wkrótce, nie jestem jednak pewien kiedy.
I oczywiście będzie wyglądał inaczej niż drugi.
Trzeba się rozwijać, nie?
Dziękuję wszystkim, którzy czytali.
To wciąż jest dla mnie zaskoczeniem, że ktoś zainteresował się moją grafomanią.
No i oczywiście moja prośba do was: zostawcie swoją opinię.
Co wam się podobało, co nie, co trzeba poprawić – nie musicie się hamować. Jestem twardy!
Do następnego!
Komentarze
Prześlij komentarz